Reklama

Reklama

Lament pryszczatych

​Tak po ludzku, zupełnie na bok odkładając politykę, to zwalniani z państwowych mediów - nie wszystkich to dotyczy, ale tych najbardziej "frontowych" - okazują się dziś skończonymi, przepraszam za ten fachowy termin, dupkami. Kiedyś używałem takiego porównania: jak bokser wychodzi na ring, to nie ma prawa potem płakać i skarżyć się, że w mordę dostał. A ludzie, o których mówię, dokonali świadomego wyboru. Przecież nawet pracując w TVP Info nie trzeba się było koniecznie podejmować roli "kelnera", który ochoczo przynosi to, czego kierownictwo oczekuje, ani "cyngla". Kto się do tego wyrywał, wiedział, co robi.

Tak, niekoniecznie trzeba było być Lewicką - można było być Ziemcem. Ba, nawet pracując w TVN można było być Rymanowskim, a nie Sobieniowskim, więcej, nawet w "Gazecie Wyborczej" można być Sroczyńskim, a nie Czuchnowskim czy Kublikową. Nikt naprawdę nie przystawia dziennikarzom do głowy pistoletu i nie zmusza, by się podlizywali rządzącej partii. Robili to ci, którzy chcieli.

Mniejsza dlaczego -czy wpadli w, jak to nazwała pewna pani profesor, "pułapkę zaangażowania", czy była to po prostu czysta lisowszczyzna i cyniczne pożądanie wiążących się z propagandowym oddaniem zysków. Chcieli. Zapewne w najgłębszym, dającym im poczucie bezpieczeństwa przekonaniu, że jest absolutnie niemożliwe, aby kiedykolwiek ta pijana zakonnica na pasach, i tak dalej... No cóż, "odmienna wojny kolejka" - jak to ujmował szwarccharakter z jednej z lektur mego dzieciństwa.

Reklama

W każdym razie poszli na tę wojnę świadomie, czy też raczej - świadomie zamienili w tę wojnę debatę publiczną, a swoje dziennikarstwo świadomie sprowadzili do codziennego zachwalania Tuska, Komorowskiego oraz Kopacz i codziennego wtykania szpil Kaczyńskiemu, Rydzykowi i Kościołowi. A kto idzie na wojnę, ten powinien mieć świadomość, że może przegrać. A kto przegrał, powinien się umieć zachować. Tym bardziej, że "odmienna wojny kolejka" oznacza w końcu także, iż zawsze można mieć nadzieję, że kiedyś się jeszcze sprawy odmienią.

Gdy słyszę, jak kolejni z tych "pryszczatych" (młodszym wyjaśniam, że tak nazywano po Październiku 1956 literatów, którzy pisali ody do Stalina i powieści o traktorach zdobywających wiosnę) odgrażają się, że "jest jeszcze internet", i oni w tym internecie dotrą do milionów. Żełajem uspiechow - jak mawiają za wschodnią granicą. Na razie mam w pamięci, jak Tomasz Lis po usunięciu przez właściciela z Polsatu (bynajmniej nie za politykę, jak potem uparcie twierdził) przeniósł swój program do internetu właśnie, i jaki to był sukces... Taki, że gdyby nie ubłagał pisowców rządzących wtedy TVP o program, prowadziłby do dziś telezakupy - a może i tego nie, bo telezakupy wymagają prezenterów choć odrobinę sympatycznych.

Mówiąc nawiasem, redaktor Krzymowski, skoro tak lubi publiczną robić psychoanalizę osobom publicznym, mógłby zastosować metodę ze swych wynurzeń o Jaro Kaczyńskim do objaśnienia zachowań swojego szefa. Ja mam wrażenie, że furie miotające Lisem mają swe źródło między innymi w pamięci tego, jak się wówczas poniżał przed PiS-owcami, jak im różne rzeczy obiecywał, aby tylko ten program wybłagać. No, swoje zapewne dodaje też świadomość, że swym wściekłym atakiem na córkę prezydenta (dziś sugeruje, że fałszywe konto Agaty Dudy zostało stworzone przez sztab PiS, aby złapać jego, Lisa, w pułapkę - naprawdę czas pogadać z lekarzem) i innymi erupcjami piany pomógł tym, którym chciał zaszkodzić.

Powtórzę, bo gdzieś już to napisałem, że to internet właśnie sprawił, iż nadęte medialne autorytety z telewizji popękały w końcu jak baloniki. Gdyby wszyscy Polacy czerpali wiedzę o świecie właśnie z internetu, gdzie można łatwo dotrzeć do źródłowego materiału, skonfrontować komentarz z faktami, poznać kontrargumenty i zamiast bezrefleksyjnie dać sobą powodować obrazkami, poznać prawdę - to ekipa dziś manifestująca ze swym KOD-em na Placu Powstańców zostałaby przez Polaków zmieciona już po Tragedii Smoleńskiej.

To, że prosperowała tak długo, to tylko efekt baranich nawyków wielkiej części społeczeństwa, której nie chciało się myśleć, której polityczne obycie wyczerpywało się na tym, że ta pani czytająca kłamstwa z promptera taka miła, sympatyczna i w dodatku narzeczona tego fajnego pogodynka, że ten paniczyk na ekranie taki ulizany i ugrzeczniony - no, więc jak im można nie wierzyć, jak można podejrzewać, że nas robią w konia i manipulują?

Proszę bardzo, spróbujcie teraz pokazać, co jesteście naprawdę warci. Bez instytucjonalnego handicapu, bez zagwarantowanego miejsca w ramówce i publicznych pieniędzy przekazywanych pod pozorem reklamy. Ależ nic prostszego, skoro skończyły się państwowe posadki, po prostu załóżcie swoją "Gazetę Polską" i swoje "Do Rzeczy", swoje portale i swoją telewizję. I swoje radio, panie Dąbrowa, wzorem "Radia Wnet" Skowrońskiego. Bo jak na razie, słyszę tylko, że wszystkich zwalnianych gwiazdorów PO i PSL zatrudnić obiecuje wieczny wice Jarosław Kurski w "Gazecie Wyborczej". Co jest zabawne w sytuacji, gdy ta sama gazeta właśnie sporą grupę dotychczasowych pracowników zwalnia. Najwyraźniej - żeby zrobić miejsce. Nie trzeba dodawać, że za zwalnianymi przez "Agorę" żaden KOD ani tym bardziej związek dziennikarzy i aktorów w Australii się nie ujmie, choć na znak protestu śpiewali hymn nie co godzinę, ale nawet co minutę.

Przy okazji lamentów nad zwalnianymi medialnymi gwiazdami PO-PSLu oddane poprzedniej władzy media namiętnie plotkują o tym, gdzie to niby ma kto objąć pozwalniane stołki. W większości wypadków są to kompletnie wyssane z palca bzdury, co mogę zaświadczyć na własnym przykładzie. Ani nikt mi nie proponował żadnego dyrektorowania czy prezesowania, ani ja na tego rodzaju posady nie zgłaszałem nikomu najmniejszej oskomy. Całe życie radziłem sobie bez posad, podwieszeń i politycznych patronów, i śmiem twierdzić, świetnie mi poszło.

Ale nie traciłbym czasu na dementowanie plotek, gdyby szło tylko o mnie.

Jest cała grupa dziennikarzy, którzy w przeciwieństwie do miernot od ulicznych protestów i grania hymnu wszystko mają do zawdzięczenia sobie i swoim czytelnikom, sprawdzili się na wolnym rynku, często ciężką pracą i kosztem wyrzeczeń stworzyli niezależne od magdalenkowego układu media - dlaczegóż niby mieliby to rzucać? Tym bardziej, że byłoby to czasem skrajną nielojalnością wobec ludzi, którzy im w tym pomagali, a nie zdążyli sobie jeszcze wypracować wielkich nazwisk? Do tworzenia nowych mediów, które będą wreszcie zasługiwać na szczytne miano publicznych, a nawet - jeszcze szczytniejsze - narodowych lepiej zatrudnić ludzi młodych, nowych (może i tych zwalnianych z "Wyborczej")? Niech dostaną szansę pokazać wreszcie, co potrafią, zamiast być zmuszonymi nosić teczki za starymi repami z układu. Najwyższy czas to zrobić po ćwierćwieczu pookrągłostołowej zgredokracji, w której za młodzież robili i wciąż robią Owsiak, Hołdys i Wojewódzki.

Jak to zwykle jest, gdy przychodzi do zmian - nie ma gwarancji, co z nich wyniknie. Wiem jedno, że nie będzie gorzej. Że gdy - nie daj Boże - dojdzie w Polsce do ekscesów porównywalnych w sylwestrem w Kolonii, to polskie media nie przemilczą ich i nie będą się starały odwrócić uwagi, jak robiły to zgodnie media "publiczne" i prywatne, zblatowane w jedną polityczno-finansową sitwę, w Niemczech. A to jest właśnie ten ideał, do którego pod rządami Tuska, Kopacz i Komorowskiego dążyliśmy, i ta droga, po której raźno stąpało sczyszczane dziś i jojczące męczeńsko lokajstwo odwołanej przez wyborców władzy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy