Reklama

Reklama

​Kopacz między Bogiem a "Bogami"

Rzadko zdarza mi się spadać z wrażenia ze stołka, i to jeszcze z powodu programu telewizyjnego, ale kiedy "Wiadomości" pokazały pierwsze posiedzenie rządu Ewy Kopacz w nowym składzie - byłem blisko. Niby to przypadkiem kamera uchwyciła, jak pani premier wita się z nowym ministrem zdrowia, profesorem Zembalą. "W imię Boże, zaczynajmy!" - powiedział pan minister do pani premier. "W imię Boże!" - zgodziła się pani premier i przybiła mu wobec milionów widzów piątkę.

Cóż to nowy-stary rząd tak "w imię Boże" zaczyna? Drażnieniem biskupów obietnicą refundowania in vitro, na której spełnienie i tak nie ma kasy? Wprowadzaniem pod pozorem "leczenia niepłodności" prawa do adopcji dla par homo (tak, zostało to sprytnie zawarte w ustawie, którą koalicja niebawem przegłosuje - odsyłam do analizy instytutu "Ordo Iuris")? Przepychanie "związków partnerskich" albo  jakiejś kolejnej lewackiej "konwencji" pod pozorem chronienia Polski przed przemocą, ubóstwem i wszystkimi siedmioma plagami unijnymi?

O nie, to już nie ten etap. Teraz Platforma, na zewnątrz przynajmniej, się zrobiła pobożna nad wyraz, a już zwłaszcza pani Kopacz osobiście. Najwyraźniej "powrót do korzeni" oznacza nie tylko powrót na listy wyborcze "Miro" Drzewieckiego (A pan Sobiesiak - też? Sponsoruje? Uff, to jestem spokojniejszy), ale także powrót do czasów, gdy Donald Tusk uzupełniał na wybory kościelny ślub i modlił się na rekolekcjach w Tyńcu, a inni platformersi pod przewodem marszałek Radziszewskiej pielgrzymowali do Matki Boskiej Trybunalskiej z nominacją na Patronkę Sejmu.

Reklama

Rzecz wydaje się samobójcza, bo przecież jedyną emocją, która ożywia zwolenników PO, jest dziś emocja - taka zresztą typowo "murzyńska", kolonialna - wrogości do Kościoła i religijności. Bo marzące o awansie na "europejczyków" tutejsze białe czarnuchy odruchowo uznają w nich istotę polskości, tego dławiącego ich "obciachu", który chcieliby z siebie zmyć i wyrwać. Wystarczy poczytać tak modne ostatnio listy otwarte lemingów do Partii albo ich internetowe fora czy profile. Nie ma tam deklaracji "popieram PO, bo jest dobra" - wyłącznie "zagłosuję na PO, bo Duda chodzi do Kościoła, bo nienawidzę Rydzyka, bo jak wygra PiS to każe wszystkim biegać na pielgrzymki i będzie wsadzać do więzienia za seks". Kiedy leming chce krótko zdefiniować wrogów albo naubliżać im, używa przymiotnika "katolicki". Nawet Muzeum Powstania Warszawskiego (i same Powstanie) złe jest dlatego, że "katolickie".

Czy pani Kopacz zastanowiła się, jak ten jej najtwardszy elektorat się czuje, widząc ją całującą papieski pierścień? Ba, ją jak ją, ale ten Misiu Kamiński wpity ustami w dłoń papieża tak intensywnie, jakby usiłował mu przez rękę wyssać mózg (zresztą sądząc po ostatniej encyklice niewykluczone, że mu się udało)? Pewnie się zastanowiła, ale doszła do logicznego wniosku, że chorzy z nienawiści do Kościoła i tak na nią zagłosują, bo nie mają na kogo innego, a demonstracyjną pobożnością zapunktuje u katolickiej większości.

Lenin powiadał, że aby być dobrym bolszewikiem, trzeba sobie uświadomić, na jak bezgraniczną pogardę zasługuje istota ludzka. Platformę Obywatelską w kształcie obecnym, czyli ten "miastowy peezeel", w jaki "inicjatywę trzech tenorów" przekształcił Tusk, też cechuje bezbrzeżna pogarda dla wyborców. Trzeba naprawdę gardzić ludźmi, by wierzyć, że można ich kupić tak tanio. Że się powie "szacun" i już będą głosy młodzieży. Że się powie "w imię Boże" i już katolików się ma w kieszeni. Że po ośmiu latach wypychania całego pokolenia na śmieciowe umowy i śmieciowe dyplomy obieca się jakąś tam ustawę, program, dopłaty do miejsc pracy, i ciemny lud to kupi i będzie zachwycony. A jak się doda jeszcze kolejne nowe otwarcie, kolejną rewolucję legislacyjną i kolejne "nowe twarze", to już w ogóle.

I tak wracamy do punktu wyjścia, czyli do nowej twarzy PO - wspomnianego już profesora Zembali, prezentowanego przez wypasione publicznymi pieniędzmi media jako ucznia i następcę wielkiego Religii, którego pamiętacie, drodzy wyborcy, z filmu "Bogowie". Z pozoru manewr świetny. Cyniczny do wyrzygania - kto jeszcze pamięta, jak PO polowała na Religę do tego stopnia zajadle, że użyto nawet pod lipnym pretekstem "aresztu wydobywczego" dla doktora Pinkasa, aby wymusić na nim jakieś obciążające Religę zeznania? - ale kto by się przejmował drobnomieszczańską przyzwoitością, gdy grozi odsunięcie Partii od koryta. Skoro pionier polskiej kardiologii i transplantologii z nami, któż przeciwko nam?

No cóż, okazało się, że jeśli ktoś tak bardzo chce być ministrem, że gotów przyjąć to stanowisko w sytuacji rozpadu władzy, na zaledwie kilka miesięcy przed wyborami, to lepiej się go strzec.

Profesorowi wystarczyły trzy dni, by już kilkakrotnie strzelić sobie i ekipie, której wizerunek miał uratować, w kolana. Najpierw ogłosił swoim sztandarowym projektem tzw. podatek Religi, czyli przeznaczenie na ratownictwo medyczne części składki OC. Oczywiście, przez cztery miesiące pozostałe do wyborów taka zmiana nie ma szans przejść nie tylko przez parlament, ale nawet przez tzw. uzgodnienia międzyresortowe, więc można zapowiedź traktować tylko jako element wizerunkowego picu - ale właśnie co z niej dla wizerunku wynika?

Jeśli "haracz Religi", jak to nazwała Ewa Kopacz wnosząc przed laty jako nowy minister zdrowia o jego likwidację, był dobry, więcej, jeśli w ogóle Religa był taki wspaniały, jak się go teraz celem podpromowania Zembali maluje, to po diabła przez osiem lat jedliśmy tę żabę, czyli tolerowaliśmy rządy w resorcie Kopacz i Arłukowicza?

Trudno też uznać za zręczną zapowiedź nowego ministra, że będzie ministrem tylko trzy dni w tygodniu, a zwłaszcza, że co tydzień będzie wizytował różne placówki służby zdrowia, by zapoznawać się z ich problemami (czyli że ich nie zna?). No, a już iście feudalna wypowiedź, że gdyby w gliwickiej klinice, gdzie prof. Zembala dyrektoruje już od 20 lat, ktokolwiek zastrajkował, natychmiast zostanie wyrzucony z pracy, porównywalna się wydaje w skutkach rażenia z idiotami pracującymi za sześć tysięcy wicepremier Bieńkowskiej. Zwłaszcza że padła w kontekście obrabowanych z dodatków za nadgodziny pielęgniarek z Wyszkowa.

Wygląda na to, że w wizerunku spodziewanego wizerunkowego mesjasza kontekst "Bogów", kardiologicznego mistrzostwa i pomagania ciężko chorym, przegrywa już po kilku dniach z wizerunkiem typowego przedstawiciela trzęsącego polską służbą zdrowia lobby ordynatorsko-profesorskiego. Tego lobby, które często uważane jest za jeden z jej głównych problemów. Bo czy takim ludziom jak prof. Zembala - na bok odkładając jego niewątpliwą biegłość w wykonywanym zawodzie - zależy na zmianie układu, w którym jest, de facto, udzielnym księciem na państwowym szpitalu i aparaturze, w niejasny sposób powiązanym z latyfundiami prywatnymi?

Nikt rozsądny nie będzie mu zazdrościł zarabianych milionów, któż ma je zarabiać, jeśli nie lekarz, który doszedł w transplantologii do mistrzostwa - ale każdy przyzna, że układ, w którym do państwowych szpitali trafia się przez prywatną praktykę ordynatora, jest chory. A myślenie: "jakby mi tu kto zastrajkował, to na zbity pysk z dnia na dzień!" trudno wytłumaczyć inaczej, niż jako oznakę przesiąknięcia feudalną mentalnością. Na dodatek, zamiast przeprosić pielęgniarki, okazać im odrobinę empatii, choćby udawanej, i zwekslować, że miał na myśli moralną niedopuszczalność odchodzenia od łóżek pacjentów, nowy minister idzie w zaparte, a za nim, chcąc nie chcąc, cały rząd, zapisując hurtem kolejną grupę społeczną do PiS i Kukiza.

Jeśli do tego dodać drobniejsze wtopy - jak wyznanie innego nowego ministra, że propozycję objęcia stanowiska dostał nieoczekiwanie krótko przed ogłoszeniem nominacji, co zadaje kłam zapewnieniom i samej premier, i jej rzeczniczki, że nie było żadnej paniki ani łapanki, i wszyscy nowi ministrowie dogadani byli jeszcze przed odwołaniem poprzedników - to można jedynie przypomnieć obserwację, tylko z pozoru banalną, jakiej był dokonał Włodzimierz Czarzasty w czasach, gdy z jego partią działo się dokładnie to samo, co teraz z PO: "Jak nie idzie, to nie idzie". W sensie: jak już się latami pudrowana fasada zaczyna sypać, to się sypie, cokolwiek by robić. I zaklinanie "w imię Boże" rzeczywistości oraz pielgrzymki - nie pomogą. Nawet gdyby pani premier pojechała nie tylko do Watykanu, a do samej Jerozolimy, i obiecała tam koronację Chrystusa na Króla Polski.

Co skądinąd, zważywszy, że w obecnej sytuacji i elektorat Grzegorza Brauna staje się dla PO łakomym kąskiem, wcale by mnie już nie zdziwiło.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy