Reklama

Reklama

Jesień volksdeutscha

​W mediach III RP obrodziło tytułami w rodzaju: "Niemiecka prasa przestrzega przed rządami PiS", "Belgijska gazeta zaniepokojona przyszłością demokracji w Polsce", "Washington Post: rządy PiS groźne dla Polski i Europy", i tak dalej. Nic nowego - za poprzednich rządów PiS też byli Polacy takimi informacjami bombardowani, choć może nie od pierwszego dnia, czy nawet - jak teraz - zanim jeszcze się te rządy zaczęły.

Wszelako w jednej kwestii tutejsze media, relacjonując zaniepokojenie Zachodu, są bardzo powściągliwe: unikają jak ognia podawania nazwisk autorów przywoływanych materiałów i cytowania, kto konkretnie w nich wyraża potępienie i ostrzega przed rodzącym się w Warszawie pisofaszyzmem.

Na szczęście jest internet, który pozwala łatwo przyczyny tej powściągliwości ustalić. Okazuje się, że w zdecydowanej większości autorami materiałów, którymi - jako głosami Zachodu, a więc Białego Człowieka pouczającego głupich tubylców - epatuje czytelników "Gazeta Wyborcza" i media jej pokrewne, są autorzy "Gazety Wyborczej" i mediów jej pokrewnych.

Reklama

Gromi rządy PiS "The Guardian"? Tak, piórem Adama Leszczyńskiego z "Gazety Wyborczej" i Agaty Pyzik z "Krytyki Politycznej". Przestrzega przed PiS "New York Times"? Owszem, piórem, Joanny Berendt z "Gazety Wyborczej", wymiennie z Hanną Kozłowską, stałą autorką portalu Tomasza Lisa. Krytykują gazety niemieckie? Owszem, w "Die Welt" Julia Szyndzielorz z "Newsweek Polska" a w "Berliner Zeitung" Jan Opielka z "Krytyki Politycznej".

Nie jest oczywiście tak, że wszystkie teksty krytykujące Polskę i diagnozujące wynik naszych ostatnich wyborów jako krok ku nacjonalistyczno-klerykalnej dyktaturze, podpisane są polsko brzmiącymi nazwiskami. Niekiedy piszą je osoby wprawdzie od lat z polską lewicą związane, ale dzięki mieszanym związkom rodziców mające nazwiska brzmiące cudzoziemsko, jak bardzo aktywny w tej działalności współpracownik portalu Lisa i "Gazety Wyborczej" Remi Adekoya. Niekiedy też teksty są dziełem stałych pracowników zachodnich gazet, nie ukrywających wszelakoż, że opierają się całkowicie na informacjach i opiniach polskich "autorytetów".

We wspomnianym artykule w "Washington Post" głównym źródłem informacji są: nadworny politolog przegranej formacji profesor Radosław Markowski i mieszkający wprawdzie w USA, ale okazjonalnie współpracujący z Collegium Civitas profesor Hubert Tworzecki. W innych tekstach roi się od cytatów z Adama Michnika, Małgorzaty Bonikowskiej (też z "Wyborczej" rodem), czy Łukasza Lipińskiego, przedstawianego jako lidera niezależnego think-tanku "Polityka Insight" (w istocie jest to internetowy serwisy tygodnika "Polityka").

Nie chcę zanudzać czytelników wyliczaniem nazwisk, tytułów i konkretnych publikacji. Kto ciekawy, znajdzie je w tygodniku "Do Rzeczy" albo na portalu "Żelazna Logika", a pewnie drugie tyle wyguglać może sam

Jedno nie ulega wątpliwości - źródło antypolskiego hejtu bije tu, nad Wisłą. To stąd przegrany obóz władzy i totalnie odrzucona przez Polaków lewica skamla do zachodnich towarzyszy: ratujcie! Skoro nie możecie przysłać tu wojska, zdelegalizować PiS i nakazać powtórzenia wyborów albo - jeszcze lepiej - zarządzić nadzoru komisarycznego czy nawet obłożyć katotalibanu sankcjami, to przynajmniej wspomóżcie słowem, dajcie nam do ręki argumenty, żebyśmy mogli tutejszej tubylczej hołocie wbijać do łbów: patrzcie, Europa każe się wam wstydzić za to, kogo wybraliście do władzy!

Można by zapytać, dlaczego zachodnie media nie próbują nawet zasięgnąć opinii innej niż ludzi związanych z przegraną władzą, o których z góry wiadomo, że pojęcia "obiektywizm" czy "rzetelność" nawet nie znają i kolportować będą antypisowską propagandę? Odpowiedź jest prosta: właśnie dlatego, że odpowiadają na ten apel.

Powiedzmy sobie szczerze, zachodnia opinia publiczna raczej nie poświęca wspomnianym materiałom wielkiej uwagi - ma dość własnych problemów. Owszem, dokładają one swoje do stereotypu Polski - i całej w ogóle środkowej Europy - jako siedliska ciemnoty i nacjonalistycznych zabobonów, dzikusów, nie umiejących się z należytą potulnością odwdzięczyć za łaskę, jaką było przyjęcie ich do Unii Europejskiej i obsypanie dotacjami (miliardów wyciąganych dzięki tej "łasce" z regionu przez zachodnie banki i koncerny nikt tam oczywiście publicznie nie rachuje). Ale przede wszystkim obliczone na oddziaływanie na tutejszą, tubylczą ludność. W końcu trudno się dziwić, że jeśli kolejny wasal próbuje się, podobnie jak Słowacja czy Węgry, wybić na jako taką niezależność, a przynajmniej obronić przed kolonialnym łupieniem przez unijne potęgi, to nie mogą one patrzeć na to życzliwie.

Jak dotąd wobec Polski metoda "na Białego Człowieka" była wyjątkowo skuteczna. To boleśnie przeczy naszym patriotycznym stereotypom, każącym przypisywać Polakom jakąś szczególną dumę, godność narodową... Polacy może kiedyś rzeczywiście tacy byli. Pańszczyźniane Polactwo, wyhodowane przez PRL - nie jest. Małe kraje, takie Węgry czy Słowacja, potrafią się postawić. "Królewski szczep piastowy" na sugestię, że nie powinien się o swoje upominać, bo to się Niemcom nie spodoba, bo nas tam wyśmieją albo odmówią poklepania po plecach, kładzie po sobie uszy i podwija ogon, aż pokolenia przodków ze wstydu zakrywają w trumnach twarze dłońmi.

Przynajmniej tak było dotąd.

"Kaczyński ma jedną idée fixe - Polska suwerenna. To wizja... w bardzo starym stylu rozumiana jako pełna kontrola władzy politycznej nad państwem. Całkowicie niewykonalna w warunkach globalizacji, albo wykonalna kosztem tego, że Polska straci związki z Unią Europejska" - tak w wywiadzie dla "Kultury Liberalnej" definiuje zło "kaczyzmu" Agata Bielik Robson, której jestem wdzięczny za szczerość. W pewnym sensie ma zresztą rację - suwerenność Polski powiązana jest z osłabieniem nad Wisła wpływów Berlina, Brukseli i korporacyjnych central zachodnich krajów. Tak jak swego czasu mrzonki Dmowskiego i Piłsudskiego, całkowicie niewykonalne w ramach ładu Kongresu Wiedeńskiego, prowadziły do utraty związków z trzema cesarstwami, które - wedle dzisiejszej narracji historycznej lewicy, powtarzającej zresztą narrację zaborców - cywilizowały polską dzicz i anarchię.

Co Bielik Robson, Jana Sowę (jednego z głosicieli powyższej tezy o "cywilizowaniu"), "Wyborczą", "Krytykę Polityczną", "Kulturę Liberalną" i inne wymienione tu ośrodki oraz autorytety trwoży - to dla Polaków jest, jak sądzę, drogie sercu. Oczywiście, nie dla wszystkich. Kto zna naszą literaturę, historię, wie, że od wieków obok Polaka niepokornego, upierającego się przy wolności i niezawisłości, przewija się w niej postać Polaka-renegata, którego wszystko co polskie brzydzi, wkurza i boli, a najbardziej go boli to, że nie urodził się Francuzem, Anglikiem czy Niemcem, niechby nawet Ruskim, tylko nadwiślańskim podludziem.

Za okupacji zyskało to nawet urzędową nazwę - volksdeutsch. Tak, ja wiem, że to drastyczne porównanie, bo przecież nie można zestawiać zbrodniczej okupacji hitlerowskiej z patriarchalną, kolonialną eksploatacją przez lepiej rozwinięte kraje, dobrotliwie odpłacające za pracowitość szklanymi paciorkami. Ale kiedy słyszę jak czołowy publicysta Salonu bez cienia wstydu oznajmia, że właśnie życzy sobie, aby Niemcy zmusiły - zmusiły! - Polskę do przyjęcia większej liczby "uchodźców", bo trzeba Polaków ucywilizować przymusem, sami z siebie się przecież z ciemnoty nie dźwigną, to nie umiem tego nazwać inaczej niż mentalnością volksdeutscha. Latania do zachodnich gazet z oszczerstwami o panującym w Polsce "faszyzmie" - również. Fakt, że latają ci, którzy obłudnie zagęgiwali się z oburzenia kiedy prezydent Duda na spotkaniu z Polakami w polskiej ambasadzie w Londynie powiedział, że nie może im zagwarantować w Polsce takich warunków, by na powrocie do kraju nie tracili, ale będzie się o to starał, to już w tej paskudnej mentalności tylko drobna śmiesznostka.

Pytanie, czy murzyński instynkt Polaków okaże się równie silny, jak osiem lat temu, kiedy to nieustanna chłosta rządów PiS przez bratnie, europejskie media była istotnym czynnikiem przejęcia władzy przez PO? Wtedy o faszyzmie nad Wisłą opowiadali w zachodnich gazetach Wałęsa, Geremek, Mazowiecki, Edelman, ludzie, cokolwiek o nich sądzić, na Zachodzie, a przez wielu i w samej Polsce traktowani jako osoby ważne i poważne, autorytety - a nie Adam Leszczyński czy Joanna Berendt. Zresztą nie tylko to, mam nadzieję, się przez ostatnich osiem lat zmieniło.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje