Reklama

Reklama

​"Dziennikarze" przy pracy

Świat, jaki znamy, wchodzi w fazę gwałtownych konwulsji, ale nie muszą się Państwo tym martwić. Większość mediów nie zwraca na to uwagi i zamiłowaniem zajmuje się duperelami. Tydzień ogólnonarodowej dyskusji o tym, czy jak Krzysiek zostawał Anią to sobie obciął, czy tylko schował, i czy mają z kumpelą wspólne wejście do domu, czy osobne, to naprawdę już nie dno, ale kilometry mułu pod nim.

Świat, jaki znamy, wchodzi w fazę gwałtownych konwulsji, ale nie muszą się Państwo tym martwić. Większość mediów nie zwraca na to uwagi i zamiłowaniem zajmuje się duperelami. Tydzień ogólnonarodowej dyskusji o tym, czy jak Krzysiek zostawał Anią to sobie obciął, czy tylko schował, i czy mają z kumpelą wspólne wejście do domu, czy osobne, to naprawdę już nie dno, ale kilometry mułu pod nim.

Problem bynajmniej nie w tym, że się narusza prywatność polityka i kandydatki (czy, zdaniem niektórych, nadal kandydata) w wyborach prezydenckich, bo w każdym cywilizowanym kraju jest zasadą, że politycy mają prywatność ograniczoną - nikt ci nie każe się pchać na świecznik, ale jak się pchasz, to licz się z tym, że ci będą pod kieckę zaglądać. Problem w tym, że publikacja, która całą burzę wywołała, nie zawiera literalnie niczego. Żadnych "twardych" ustaleń. Jedynie złośliwości, napomknienia, i aluzje "wiesz-rozumiesz", które mają myśl czytelnika kierować w odpowiednią stronę. Co zresztą trudne nie jest, bo dziś dochody mediów płyną z przekonywania przekonanych, którym wiele do uruchomienia gruczołów jadowych nie potrzeba.

Za czasów, gdy wchodziłem do zawodu (proszę wybaczyć ten zgredowski ton - ale przecież jestem już zgredem i jestem z tego dumny, napisałem nawet taką książkę, wciąż do nabycia w dobrych księgarniach) autorowi, który po długotrwałym "śledztwie dziennikarskim" przyniósłby coś takiego, powiedziano by - no trudno, nie zawsze się udaje, zajmij się czymś innym. Dzisiaj aby tylko był pretekst do "skandalizującej" okładki - i wio, okładkowy temat.

Reklama

Ba, w tekście tygodnika "W Sieci" wiadomo przynajmniej, że chodzi o Annę Grodzką. "Wprost" od pewnego czasu idzie jeszcze dalej - ogłasza na okładce afery, anonimizując nie tylko źródła, co oczywiste, ale i demaskowanych. Jeden gwiazdor, ale nie powiemy który, ale możemy powiedzieć, że prowadzi popularny program w jednej telewizji, ale nie powiemy której, i ma garsonierę na warszawskim Powiślu, oddaje się homoseksualnej, choć publicznie udaje wielkiego maczo, rozpuście, i w tym celu używa chłopców z agencji towarzyskiej - a jeszcze wybredny jest jak sam diabeł, pierwszej z brzegu męskiej dziwki nie weźmie, tylko urządza regularne castingi. To była sensacja bodaj sprzed dwóch tygodni. A teraz: jedna gwiazda, ale nie powiemy która, oskarża jednego gwiazdora, ale nie powiemy którego, ale możemy powiedzieć, że szefuje dużemu programowi w telewizji, ale nie powiemy której, że kiedy u niego pracowała, bo teraz pracuje w innej telewizji, też nie powiemy, to on ja molestował, ale ona nie uległa, ale najwyraźniej były takie, co mu dały, bo porobiły kariery - ale nie powiemy, które to konkretnie.

Za moich czasów, gdyby ktoś zaproponował taki "cover"... nie, za moich czasów było w ogóle nie do pomyślenia, żeby publikowanie równie gumnianych plotek przyszło dziennikarzowi do głowy. Ale "za moich czasów" nie było mediów społecznościowych i portali, które wcale nie potrzebują konkretnego wskazania nazwisk, świetnie się nakręcają samymi mętnymi aluzjami. Grunt, że jest hejt. A ponieważ polskie sądy jeszcze w epokę internetu nie weszły, można napisać naprawdę wszystko, a potem to skasować i udawać głupiego, przynajmniej dopóki nie pojawi się taka jakość prawna jak poświadczony notarialnie printscreen.

Nie lubię określenia "środowisko dziennikarskie". Czegoś takiego dziś w Polsce nie ma, tak jak nie było w PRL wspólnoty między tymi, którzy pisywali do prasy podziemnej i tymi, którzy ujadali na "Solidarność" i amerykański imperializm w DTV czy "Trybunie Ludu". Są zaprzedane władzy lizusy, które w każdej sprawie z dnia na dzień gotowe są zmienić poglądy zgodnie z aktualną linią władzy, i są bojownicy, którzy zwalczają piórem rządzący establishment, tworzone przezeń układy i wspierającą ich klasę budżetowych próżniaków, jest trochę dinozaurów wciąż starających się kultywować ideały obiektywnego i uczciwego prezentowania odbiorcom bieżących wydarzeń, i są - tych najwięcej - ludzie rozpaczliwie starający się jakoś zarobić w mediach na życie i w miarę możliwości nie stracić cnoty (bo z propagandą jest jak z przysłowiową łyżką dziegciu w beczce miodu - nie trzeba wcale zatrudniać samych propagandystów, wystarczy kilku cyngli obsługujących kluczowe "polityczne" tematy). Ale wszystkie te grupy połączyła w mijającym tygodniu awantura o przyznawane przez SDP antynagrody "Hieny dziennikarskiej".

Jeśli ktoś zna starą teatralną opowieść Gustawa Holoubka o Kalinie Jędrusik, dwóch strażakach i dwojgu innych sławnych aktorach, to sprawa z "hieną" wygląda identycznie. SDP przyznało antynagrodę redaktorowi Stasińskiemu, który w sprawie zatrzymań dziennikarzy w siedzibie PKW zachował się, jak zresztą w wielu innych od dawna, jak obrzydliwy propagandysta PO, i jego redakcyjnemu koledze Czuchnowskiemu, który też jest "cynglem" i propagandystą, ale akurat w tej jednej sprawie jakimś cudem zdobył się na pójście pod prąd własnemu towarzystwu i na komentarz całkiem przyzwoity. Prawdopodobnie SDP chciało nagrodzić - tzn. antynagrodzić - komentarz, rzeczywiście haniebny, innego Wojciecha z "Wyborczej", Maziarskiego, ale się jury pomytłało. Z tym, że jak się już to wydało, to jury zaczęło rżnąć głupa i zamiast po męsku sprawę wyjaśnić, ogłosiło, że Hienę "zawiesza", ale nie cofa, bo Czuchnowski też ma swoje za uszami, choć może akurat nie w tej sprawie, za którą go wyróżniono. Czuchnowski zaś, żeby wstecznie zarobić na odwieszenie, opublikował wulgarny i prymitywny komentarz, którego sensem było potraktowanie autorów "Resortowych dzieci" słowem na "g".

Żeby było jeszcze głupiej, to z kolei pracownicy agit-propu wykorzystali wtopę SDP z Czuchnowskim by wystosowanym publicznie adresem bronić tego, co jest naprawdę nie do obrony, czyli judzenia pana Stasińskiego przeciwko dziennikarzom PAP i Republiki. Używając przy tym argumentu, że za PRL Stasiński działał w opozycji, więc jak teraz jest przy... powiedzmy, poplecznikiem władzy i sprowadza dziennikarstwo w powierzonej sobie redakcji do poziomu usług, które niektóre panie reklamują za pomocą kartek wkładanych za samochodowe wycieraczki - to ma prawo.

A propos tych usług, to oczywiście w sprawie zagrzmieć musiał też redaktor Lis. Nie można o tym nie wspomnieć w niniejszym felietonie, bo to Lis właśnie jest twórcą wzorca "dziennikarstwa" z de wziętego i okładek nie uzasadnionych żadnym dziennikarskim materiałem, a służących wyłącznie temu, by kogoś opluć, poniżyć, sprowokować oburzenie i tym sposobem podkręcić sobie popularkę. To, jak zeszmacił Lis szanowany na świecie brand i co zrobił z pisma, które kiedyś było szanowanym tygodnikiem opinii, znajdzie się zapewne w podręcznikach obok przejęcia za Stalina "Tygodnika Powszechnego" czy, już za Tuska, tygodnika "Uważam Rze".

Osobiście uważam Lisa za kliniczny przypadek chama, nie w sensie prostactwa, tylko życiowej postawy - wobec silniejszych i tych, od których spodziewa się coś dostać, być zawsze usłużnym, grzeczniutkim i lizusowskim, za to wobec podwładnych i tych, którzy nic mu zrobić nie mogą, a których atakować jest miłe - wulgarnym, brutalnym i pozbawionym jakichkolwiek hamulców. Co prawda, w światku medialnym, nie wspominając już o polityce, to częste, ale trzeba Lisowi przyznać, że wyróżnia się na tle innych prymitywów niezwykłym sprytem. W końcu swoje obecne dochody zawdzięcza pisowcom, których skądinąd tak zajadle i lukratywnie opluwa - gdyby nie obdarowali go nieprzyzwoitą kasą i gwarantującym oglądalność miejsce w ramówce, to po przegranych personalnych wojnach w TVN i Polsacie prowadzić by dziś mógł co najwyżej telezakupy. Inna sprawa, że wspomniani pisowcy, rządzący wtedy TVP, ufutrowali Lisa tak hojnie, bo sądzili, że wkupują się w ten sposób do przejmującej władzę Platformy. Co się nie  udało, bo wtedy jeszcze PO nie brała wtedy do siebie wszystkich możliwych spadów, jak to czyni teraz.

Dał więc Lis głos, sypiąc po swojemu obelgami i urągając od nazistów, ale, co najzabawniejsze, naubliżał Wiktorowi Świetlikowi, który z cała sprawą nie miał nic wspólnego. Bo się w lisim móżdżku pomytłało SDP z Centrum Wolności Monitoringu Prasy - też mającym siedzibę na Foksal. Przypominałem już anegdotę o Kalinie Jędrusik i strażaku? Wyguglajcie sobie Państwo, warto.

Słowem, jak u Mrożka - policja ma pełne ręce roboty, bo zajmuje się sobą. Media są tak zajęte młóceniem się nawzajem, że konwulsje przeżywane przez świat, a i przez nasz kraj, zejść muszą na plan dalszy. I jeszcze się dziennikarze dziwią, że wkurzeni górnicy rzucają w nich i w ich kamery kamieniami tak samo jak w policję. A kiedy napisałem "oczywistą oczywistość", że dla tak zwanego "prostego człowieka" są po prostu takimi samymi funkcjonariuszami władzy - oburzenie.

Korci mnie poradzić, by zamiast się oburzać, trochę pomyśleć. Ale uczciwie przyznać muszę, że kto w tym zawodzie zaczyna myśleć, ryzykuje, że zaraz wyleci.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy