Reklama

Reklama

Drobna różnica

Czyżbym odniósł sukces? Przez lata wojowałem (fakt, z niewielkim oddźwiękiem, bo jako publicysta oszołomskich, niszowych gazetek prawicy) z pobłażliwością, jaką nasze salony, a zwłaszcza ten główny, skupiony wokół Unii Demokratycznej i "Gazety Wyborczej" traktowały różne przejawy kolaboracji z komunizmem.

Irytowało mnie wybielanie przez te środowiska ludzi, którzy pomagali peerelowskim specsłużbom, skwapliwe wybaczanie różnym "autorytetom moralnym" pisanych niegdyś peanów na cześć Stalina i Bieruta czy bredni o wyższości realnego socjalizmu nad "zgniłym kapitalizmem". No i patrzcie państwo, ostatnio wypisywanie bredni uznały te środowiska za rzecz hańbiącą! Co prawda, tylko w wypadku jednej osoby. Jędrzej Giertych, o którym do niedawna słyszeli tylko bardzo drobiazgowi badacze dziejów polskiej emigracji i niedobitki najstarszego pokolenia endeckich działaczy, stał się nagle autorem modnym i cytowanym. Cytowanym oczywiście po to, aby skompromitować jego syna Macieja, kandydata LPR na prezydenta, i wnuka Romana, szefa tejże LPR.

Reklama

Pism Jędrzeja Giertycha łatwo do tego użyć, bo tezy, jakie ich autor stawiał, były iście horrendalne. Wyrywając z pierwotnego kontekstu tezę Dmowskiego z 1906 roku, że Polska powinna szukać zbliżenia z Rosją przeciwko Niemcom, doszedł on do absurdalnej wręcz czołobitności wobec Moskwy i zajadłego potępienia wszelkiej działalności antykomunistycznej w peerelu, w której upatrywał prowokacji Niemiec, a także Żydów i masonów kierujących polityką amerykańską. Zbliżyło go to do PZPR, z którą gotów był, pod pewnymi warunkami, działać wspólnie na rzecz "sojuszu" polsko-sowieckiego (nic z tego nie wyszło, czerwony nie potraktowała propozycji poważnie) oraz skłoniło do wysyłania działaczy tworzącej się opozycji kuriozalnych listów, ostrzegających, że są manipulowani przez spisek wrogich Polsce sił i wzywających do posłuszeństwa wobec władz.

Nieodżałowanej pamięci Kisiel pisał o nim per "stary endecki wariat z Londynu", i jest to bez wątpienia najtrafniejsze podsumowanie tej osoby. Ale wariactwo a kolaboracja to jednak dwie różne rzeczy. Jędrzej Giertych ze swoich promoskiewskich obsesji nie czerpał żadnych profitów. Przeciwnie, był z ich powodu izolowany przez emigrację, która uważała go w przytłaczającej większości jeśli nie wprost za zdrajcę, to za niebezpiecznego świra. Żył bardzo ubogo z posady subiekta, a swe horrendalne dzieła wydawał własnym sumptem. Od komunistów nie wziął nigdy ani grosza, choć chcieli dać. Potępianie go dziś przez środowiska tak zawsze wyrozumiałe dla ludzi, którzy podlizywali się czerwonym za partyjne i ZLP-owskie apanaże, którzy brali od pierwszych sekretarzy ordery, mieszkania i samochody, a potem, gdy zaczęło się to bardziej opłacać, gładko weszli w rolę opozycjonistów - to po prostu grube draństwo.

Rafał A. Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: różnica

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy