Reklama

Reklama

Don Corleone Kiepski

Najazd prokuratora Gacka na redakcję "Wprost" najcelniej podsumował ktoś w internecie słowami: "Monty Python po białorusku". Z jednej strony - wschodnie, putinowskie lekceważenie władzy dla prawa i wolności słowa, arogancja i bezczelność w realizowaniu celów rządzącej sitwy. Z drugiej - nieznana tam pierdołowatość, prokurator bezsilnie domagający się od ignorujących go policjantów, by spałowali dziennikarzy, agenci ABW szarpiący się bezowocnie z redaktorem Latkowskim, a potem gubiący w rejteradzie walizkę...

Wszystko to dało ostatecznie wrażenie tak absurdalne, że komentatorzy, nie mogąc pojąć, po kiego diabła była władzy cała ta kompromitacja, uciekają się do teorii spiskowej.

Reklama

Ktoś najwyraźniej celowo posłał prokuratora z abwerą do redakcji tygodnika na "mission impossible", a potem zmienił ich działania w wielogodzinną, transmitowaną na żywo farsę, żeby chwiejącego się na swym stołku Tuska pogrążyć jeszcze bardziej, ośmieszyć go i ułatwić operację zmiany władzy przed nadchodzącymi wyborami, tak, by nowa, "odwilżowa" PO zdążyła odzyskać serca elektoratu.

Sam jestem skłonny uważać, że cała historia z nagraniami i ich ujawnieniem jest dziełem jakiejś "grupy spuszczającej Tuska", ulokowanej w układzie władzy. Prawdopodobne jej motywacje i cele to ciekawy temat dociekań, ale żeby móc napisać coś sensownego, trzeba mieć jeszcze kilka kawałków tej układanki, więc na razie się wstrzymam. Niemniej, jeśli chodzi o pytanie, dlaczego i po co urządzono w redakcji taki cyrk, to moim zdaniem wcale nie trzeba sięgać po hipotetycznego "kogoś".

Cała akcja i jej żałosny przebieg wynika bowiem logicznie ze sposobu "sprawowania przywództwa" przez Tuska i logiki funkcjonowania tej mafii, jaką zbudował on na bazie dawnej Platformy Obywatelskiej.

A więc, po pierwsze, po co? Moim zdaniem nie chodziło wcale o ustalenie, kto przekazał redakcji nagrania, co teoretycznie mogłyby ułatwić ślady na "nośnikach". W ogóle nie chodziło o to, co się dotychczas ukazało. Chodziło o uniemożliwienie publikacji kolejnych nagrań - tych z minister Bieńkowską, szefem NIK Kwiatkowskim i innych, o których huczy dziennikarska giełda. Można się domyślać, że Tusk i reszta panicznie się ich odpalenia boją i nie chcą czekać z założonymi rękami.

ABW miała zamiar, na wszelki wypadek, zająć wszystkie twarde dyski w redakcji. Po czym WSZYSTKO, co się na nich znajduje, uczynić formalnie dowodami w postępowaniu przygotowawczym. A zgodnie z Kodeksem karnym, kto ujawnia dowody z postępowania przygotowawczego zanim zostaną one ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega karze pozbawienia wolności do lat dwóch.

Oczywiście, zaliczenie np. wspomnianych zapisów biesiadnych igraszek pani Bieńkowskiej czy innych ministrów do postępowania przygotowawczego byłoby bezprawiem, ale zanim by się to wyjaśniło, zanim by się zebrał skład sędziowski... Całe miesiące upływałyby na pisaniu zażaleń, ekspertyz i kontrekspertyz prawnych, dając ekipie Tuska czas na medialną kontrofensywę i kontrolowane wycofywanie się na z góry upatrzone pozycje.

Więc, wbrew niektórym komentarzom, wejście miało konkretny sens. A dlaczego się nie udało?

Bo zabrakło determinacji wykonawcom. Prawdziwi gangsterzy, tacy od Putina, weszliby na kopach, całą uzbrojoną jednostką, wynieśliby wszystko w piętnaście minut i zakończyli demolkę, zanim na miejsce dojechaliby pierwsi zaalarmowani prawnicy i dziennikarze. Oczywiście, byłby krzyk, ale - jako się rzekło, protesty, ekspertyzy, jedni za, drudzy przeciw... Rozeszłoby się po kościach.

Tylko żeby tak działać, ten, kto dostał polecenie bezpośredniego wykonania akcji, musi mieć pewność, że w razie, gdyby mu się noga omsknęła, Papachen go obroni, zapewni adwokata, wydobędzie z ciupy i co tam będzie trzeba.

Zabrzmi to paradoksalnie, ale żeby być skutecznym gangsterem, trzeba pewnej dozy uczciwości, honoru, a zwłaszcza lojalności względem swoich ludzi, wychodzącej poza bieżące, doraźne sprawy.

Znakomitym przykładem takiego dobrego gangstera był Wojciech Jaruzelski. Pisałem wielokrotnie, że jego największą winą, z punktu widzenia sprawiedliwości i uczciwości, było to, że do końca osłaniał swoich ludzi. "Za wszystko biorę odpowiedzialność osobiście" - ucinał (co go zresztą wiele nie kosztowało, bo osobistą bezkarność miał zapewnioną w "prawach kardynalnych" założycielskiego dilu III RP) i w końcu prawdę o "nieznanych sprawcach", o przewałach wywiadu i kontrwywiadu, i wszystkich zbrodniach swych podwładnych, zabrał do grobu. Dlatego tak go oni uwielbiali i gotowi byli wskoczyć za nim... no, może nie w ogień, ale w każdą kolejną awanturę.

Sposób działania Tuska jest odmienny, jak tego trepa z "Krolla": "słuchajcie, albo my ich, albo oni was". Masz zrobić to i to, jak się uda, pochwalę i nagrodzę, jak nie - odetnę się i pozwolę cię zgnoić.

Tak postąpił Tusk nawet ze swym skarbnikiem, Drzewieckim, tak potraktował wielu innych. I tak samo teraz traktuje Sienkiewicza, którego przecież - to jest oczywiste, jeśli się przeczyta zapis rozmowy - to on posłał do ubijania dilu z NBP. Masz czas do poniedziałku, ukręcisz sprawie łeb, przetrwasz. Polegniesz - pogonię jak Chlebowskiego czy Nowaka...

A weźcie państwo pod uwagę, że styl "pierwszego" udziela się całej strukturze. Jak Tusk posłał Sienkiewicza, tak Sienkiewicz posłał zapewne ABW z prokuratorem. Z poczuciem każdego niższego szczeblem wykonawcy, że jak się nie uda, albo jak się potem coś zmieni - to nie ministra wydeboszują, nie jaśnie prokuratorów, tylko mnie, biednego misia!

W ten sposób gang zaczyna na każdym szczeblu kierować się urzędniczą logiką "dupochronu". Grunt, to nie, żeby akcja się udała, ale żeby się potem móc wytłumaczyć - czy to zwierzchnikowi, dlaczego nie wyszło, czy sądowi, komu tam będzie trzeba.

Mafia pruje się Tuskowi w rękach z jego własnej winy - zbyt wiele razy wystawił swoich ludzi do wiatru, zbyt często zmieniał front, zostawiając tych, którzy go bronili, jak idiotów na straconych pozycjach, żeby móc liczyć na lojalność swych "żołnierzy" w krytycznym momencie. Dlatego broni go teraz już tylko medialna skleroza, Hołdys, Kuczyński i inne zapiekłe w nienawiści do Jaro dziadki, które już i tak nie mają do stracenia nic poza sztucznymi szczękami.

Nie lubię, gdy kto mówi "a nie mówiłem?", ale wrodzona skromność każe mi przypomnieć, że dawno już opisałem spór polityczny III RP jako wojny Sekty z Mafią i jak dotąd nikt nie opisał go lepiej. Dawno też napisałem, że są z tym związane dwie wiadomości, dobra i zła. Zła - rządzą nami gangsterzy (bo w normalnej sytuacji wyborcy z dwojga złego zawsze wolą mafioza od sekciarza). Dobra - to jest Gang Olsena.

Nawiasem mówiąc, to chyba nie może być przypadek, że  zaraz po sławnej konferencji prasowej Donalda Tuska i Moniki Olejnik TVP nadała film pod tytułem: "Gang Olsena daje dyla". W takich chwilach mam wrażenie, że widzę gdzieś hen, za kłębiącymi się nad tym łez padołem ciemnościami uchachaną własnym żartem twarz Opatrzności.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje