Reklama

Reklama

Czasem się nie udaje

Na konferencji prasowej prokurator strzelił sobie w głowę, wcześniej w rozdzierającej mowie oskarżywszy dziennikarzy o to, że go zaszczuli na zlecenie bliżej nie określonych, ale bardzo wysoko postawionych ciemnych sił, którym nadepnął na ogon śledztwem w sprawie jakiejś straszliwej korupcji w armii. Wszyscy trąbią o tragedii, ale niewiele czasu mija i tragedia okazuje się farsą, bo już po kilku godzinach pułkownik-samobójca zaczyna udzielać wywiadów. W których prostuje, że w zasadzie zastrzelił się w proteście nie przeciwko dziennikarzom ani korupcji w wojsku, tylko przeciwko planom likwidacji prokuratury wojskowej.

Tu od bohatera tragicznego pochodnię buntu przejął już jego zwierzchnik, generał prokurator Parulski, który podnosi rokosz przeciwko swemu zwierzchnikowi, prokuratorowi generalnemu. W rokoszu tym wspiera go tradycyjnie związany z wszelakim postpeerelowskim trepostwem prezydent Komorowski, oznajmiając, że trzeba by przemyśleć rozdzielenie stanowisk prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. Nikt nie ma sumienia przypomnieć naszemu Forrestowi Gumpowi z Belwederu, że w czasie gdy tej sztandarowej reformy pierwszej kadencji PO dokonywano, on sam pilotował ją jako marszałek Sejmu i zasadniczo wtedy należało myśleć. No, ale wtedy od myślenia marszałek Komorowski miał Tuska, a teraz już dał się najwyraźniej przekonać doradcom, że może myśleć sam. Niech go nie zniechęca, że nie nawykł i nie umie, ma mu kto podpowiedzieć.

Reklama

Zresztą Donald, jak to ma we zwyczaju w sytuacjach kryzysowych, nawiał w Dolomity. Wpadł na chwilę, wypowiedział się niejasno, i zniknął znowu. Metoda radzenia sobie z kryzysami ta sama, jaką przed laty z powodzeniem stosował Jarosław Iwaszkiewicz - w razie jaki Marzec, Grudzień czy Czerwiec od razu chodu do Włoch i wracam dopiero, jak wszystko się ułoży. Dzięki temu zachował stanowisko niemalże dożywotnio. Powie ktoś, że on kierował tylko Związkiem Literatów Polskich, a nie całą Rzeczpospolitą - ja na to odpowiem, że nawet ten peerelowski związek za Iwaszkiewicza miał większe międzynarodowe znaczenie niż obecnie nasze państwo pod tak udanym kierownictwem.

Bo też nie mniej istotnym powodem ucieczki premiera w Dolomity (acz całkiem przykrytym w mediach "tragedią w Poznaniu" i dorocznym świętym oburzeniem na zwyrodnialców, którzy nie oddają należnej czci propagandowo-charytatywnemu rytuałowi III RP) jest nikczemny cios ze strony Europy. Europa niby to Donalda popiera, ale nie wiedzieć czemu, zamiast przemilczeć konkretne ustalenia w sprawie funduszu stabilizacyjnego, ogłosiła je, wykazując kłam rządowej propagandy o kolejnym osiągniętym sukcesie.

Przypomnę, bo już chyba nikt nie pamięta, że bezpośrednio po brukselskim szczycie premier i minister odnośnych spraw twierdzili, nie w trybie warunkowym, ale jako o rzeczy pewnej i dokonanej, że zapewnili Polsce miejsce wśród państw, które będą współdecydować o losie euro. Potem, gdy okazało się, że nikt z zachodnich partnerów o tym nic nie wie, panowie Rostowski i Dowgielewicz zmienili czas dokonany na przyszły: że to nasz warunek, będziemy się przy nim upierać, i nawet "nie zawahamy się użyć weta" (!), co, o dziwo, w ich wykonaniu nie wywołało żadnych pouczeń jaśnie oświeconych elit na temat "potrząsania szabelką" czy "warcholstwa".

A teraz, jak Europa powiedziała jasno, że przy stole, przy którym podejmowane będą decyzje, Polska pojawi się wyłącznie w charakterze zakąski, pan premier oznajmił tylko, że no cóż, czasem się nie udaje. Z tą samą rozbrajającą szczerością, z jaką wyjaśnił swego czasu, dlaczego obiecywał ograniczyć biurokrację o 10 procent, a w kilka lat rozmnożył ją o 25 procent. No, co on biedak poradzi.

Jeśli ktoś mówi, że nie udaje mu się tylko czasem, to, logicznie, wynika z tego, czasem coś mu się jednak udaje. To ja bardzo proszę o konkretny przykład, co się Tuskowi udało, poza oczywiście oduraczeniem wyborców i kupieniem ich sobie za pożyczone i otrzymane z Unii miliardy. Może do sukcesów mamy zaliczyć zablokowanie portu w Świnoujściu niemiecko-rosyjską rurą? Może wyjaśnienie tragedii w Smoleńsku (chyba że właśnie "zamiecenie" sprawy uważa Tusk za swój sukces - w takim razie jest on chwilowy)? Uratowanie polskich stoczni? Politykę wobec Białorusi? Zmniejszenie bezrobocia z 10 do 12,5 proc. i to przy wypchnięciu z polskiego rynku pracy ponad miliona aktywnych zawodowo obywateli i zaciągnięciu ponad 300 miliardów długu? Pozyskanie z Unii kolejnych 300 miliardów, które miały zapewnić... kto tam jeszcze pamięta kampanię wyborczą, wszystko - a które, jak właśnie uznali Sarkozy i Merkel, Unia przeznaczy jednak nie dla Polski, tylko na "stabilizację" euro? A może "uzdrowienie" służby zdrowia przez przymusową komercjalizację jej placówek? Ten akurat sukces doczekał się bezlitosnego podsumowania w niedawnym raporcie NIK.

No, tak, skorośmy doszli do służby zdrowia, to tu wreszcie mamy sukces niekłamany i oczywisty. Narobić takiego bardaku, jak reforma refundacji leków, nie mógłby nawet dywanowy nalot bombowy. Dziennikarze "Newsweeka" twierdzą, że minister Arłukowicz chciał w ostatniej chwili opóźnić "reformę" o jakieś pół roku, zdając sobie sprawę z jej, delikatnie mówiąc, niedoskonałości, ale premier mu nie pozwolił. Nie żebym żałował Arłukowicza; facet póki był w opozycji, sam tę ustawę krytykował, a potem bezwstydnie sprzedał się za stołek. Pewnie myślał, że go kupują, bo jest coś wart, a kupili, okazuje się, bo potrzebowali frajera, kozła ofiarnego, na którego zwali się cały syf, jakiego narobiła hołubiona przez premiera i w ostatniej chwili ewakuowana na wyższe stanowisko pani Kopacz. Bardzo dobrze, patrz młodzieży i się ucz, że nawet w III RP czasem opłacałoby się zachować odrobinę przyzwoitości.

Ale, skoro wspomniałem o "Newsweeku" - celowo powołuję się tu na tygodnik oddany establishmentowi i histerycznie antyprawicowy - to zamieszcza on także rozmowę z lekarzem, który nie bierze udziału w proteście, wypisuje recepty, nie stempluje ich, a i tak wracają one z aptek, bo w świetle nowej ustawy są nieważne. I to jest najlepszy numer, który udało się przykryć dzięki protestom.

Otóż nowa ustawa wprowadziła od pierwszego stycznia nowy system informatyczny, z 22-cyfrowymi kodami identyfikacyjnymi w miejsce dawnych 20-cyfrowych. Tylko że nowy system nie ruszył (he, będę zgadywał, kto wygrał nań przetarg - pewnie ten sam pan, który produkuje jedyną insulinę umieszczoną przez ministerstwo na liście refundacyjnej?), a stary przestał działać, nic do niczego nie pasuje, wszystkie recepty są nielegalne, wszystkie refundacje na słowo honoru, które wiadomo, co jest warte... Wcale się nie dziwie aptekarzom, że w tej sytuacji zapowiadają, że w ogóle nie będą sprzedawać żadnych refundowanych leków, dopóki władza z tym burdelem nie skończy, i to ustawą, bo w obietnice, podobnie jak lekarze, przestali już wierzyć. Rychło w czas.

Ale na robienie nowej ustawy cofającej "reformę" nawet gdyby premier się zgodził (a nie może, obiecał Europie te oszczędności, które miał porobić na pacjentach, już od początku roku, a europejskich nadzorców od księgowości nie da się tak wodzić za nos, jak tutejszych wyborców), to Sejm i Senat są zajęte szyciem na tempo kolejnej reformy. 11 stycznia Sejm - pierwsze czytanie, 12 - Sejm, drugie czytanie, a 13 Senat - klepnięcie, i mamy w tempie superekspresowym ustawę o objęciu rolników ubezpieczeniem zdrowotnym. Wszyscy wiedzą, że to bubel i prowizorka, więc ma obowiązywać tylko przez rok, ale akurat kończy się 15 miesięcy, które (tak jakoś o tym wcześniej nie pamiętano w natłoku sukcesów) niegdyś dał rządowi na uregulowanie tej sprawy Trybunał Konstytucyjny, i coś trzeba wysmażyć na miejsce starych przepisów, które z mocy ustawy zaraz przestaną obowiązywać.

To będą jaja, dla odmiany na wsi... No cóż, czasem się nie udaje.

Skoro nawet wysoki stopniem oficer, by wrócić do tej "tragedii", która stała się farsą, nie potrafi trafić z broni krótkiej we własną głowę, strzelając z przyłożenia... Powiada, że chciał, ale "ręka mu drgnęła". Drgnienie ręki to może spowodować, że się spudłuje z dziesięciu metrów. Ale gdy człowiek sobie wkłada lufę do ust (proszę spróbować, choćby na długopisie), to żeby pocisk ominął głowę i przebił tylko policzek dłoń musi nie "drgnąć", ale zmienić położenie o co najmniej 45 stopni. Ba, jeśli ofiara (w obu znaczeniach tego słowa) już wkrótce udzielała wywiadów w radiu, z zupełnie normalną dykcją, to jest oczywiste, że w chwili wystrzału nie mogła mieć lufy w ustach. Wystrzał to uwolnienie gazów prochowych o temperaturze kilkuset stopni, które spaliłyby samobójcy gardło i krtań, przez wiele dni nie byłby on w stanie wydobyć z siebie artykułowanej mowy. Jeśli gada, to znaczy, że strzelił, trzymając lufę przyłożona do policzka od zewnątrz.

Wygląda więc na to, że pan pułkownik zrobił coś, co dawniej uważano za zachowanie typowe dla zakochanych nastolatek - pozorowaną próbę samobójczą. Pozostaje tylko pytanie, czy tak sam z siebie, czy ktoś go o to prosił względnie rozkazał, żeby nakręcić cały cyrk w prokuraturze i doszczętnie ją sparaliżować.

A może rzeczywiście miał już tak skołatane nerwy... W III RP życie w prokuraturze, jeszcze wojskowej, jeszcze po Smoleńsku, jest naprawdę ekstremalnym sportem.

Rafał A. Ziemkiewicz

PS. Skoro pan premier w sytuacji kryzysowej ma czas na odpoczynek, to i jak ja sobie wezmę dwa tygodnie urlopu, świat się, mam nadzieję, nie zawali. Następny felieton 3 lutego, serdecznie zapraszam.

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje