Reklama

Reklama

​Chwała nam i naszym kolegom

Liberalno-lewicowa opozycja pracowicie uczy się tego, czego przez ostatnie ćwierć wieku nie miała okazji się nauczyć - bycia opozycją. Na razie doszła mniej więcej do tego miejsca, w którym obóz dziś rządzący był w połowie lat dziewięćdziesiątych, czyli do "Konwentu Świętej Katarzyny". Płyną z okolic PO, Nowoczesnej i KOD zapewnienia, że w jedności siła, naprzemiennie z mniej lub bardziej pogardliwie formułowanymi wyrazami lekceważenia "głównej siły opozycyjnej" dla pomniejszych sił opozycyjnych.

Przy czym - podobnie, jak to było z centroprawicą dwadzieścia lat temu - każda z sił opozycyjnych uważa się za tę główną właśnie. Z daleka sprawia to wrażenie, jakby wola jednoczenia z poczuciem hegemonii wędrowały po antypisowskim obozie wahadłowo. Jak w starym wierszyku Brzechwy o czapli i żurawiu.

Kilka miesięcy temu pod auspicjami KOD, ale z ewidentnej inspiracji Nowoczesnej, ogłoszono powstanie koalicji "Wolność Równość Demokracja". Platforma zaproszenie do koalicji odrzuciła wtedy stanowczo i jednoznacznie, sugerując, że prawdziwą opozycją jest tylko ona, ze swoimi milionami, biurami poselskimi w całym kraju i przede wszystkim władzą nad prawie wszystkimi województwami i większością dużych miast, a jacyś tam hołysze od Petru, nie mówiąc już o lewicowym drobiazgu i mgławicowym KOD, mogą ją tylko wspierać. Politycy Nowoczesnej i sympatyzujący z nimi publicyści chórem wtedy pouczali Grzegorza Schetynę, że jedność, jednością, przez jedność i w jedności można jedynie Kaczora pokonać, i młotkowali go, że niwecząc jedność, wysługuje się znienawidzonemu PiS.

Reklama

Teraz dla odmiany to Nowoczesna ogłosiła, że jednoczenie się na siłę i na pokaz to bzdura, pic, i że droga do pokonania PiS wiedzie przez "współkonkurowanie" ugrupowań opozycyjnych - mówiąc prościej, że dopóki PiS będzie miał przeciwko sobie PO, skompromitowaną poprzednimi rządami, to zawsze będzie wygrywać. Po pierwsze i najważniejsze więc trzeba wyzerować Schetynę, by naród nie miał już żadnych wątpliwości, że prawdziwym przywódcą opozycji i nadzieją na przyszłość jest Petru. Przywódcy PO odpowiedzieli na to, że jedność, jednością przez jedność i w jedności, i że szkodząc jedności, Petru wysługuje się znienawidzonemu PiS.

A gdzieś tam na skraju trwa nieustające pouczanie przez autorytety salonu lewicy, że w imię jedności powinna się podporządkować, i jej odgryzanie się na fejsach i w zinach, że się nie podporządkuje, bo tylko ona jest realną alternatywą.

Najciekawsze w przygotowanym przez pp. Lubnauer i Rabieja manifeście programowym "Nowoczesnej" wcale jednak nie jest stwierdzenie, że należy odrzucić "sztuczną jedność", ale założenie, z którego tezę tę wyprowadzono. Otóż Lubnauer i Rabiej dokonują iście kopernikańskiego przewrotu w myśleniu antypisu i stwierdzają to, co skądinąd oczywiste, że poprzedni układ władzy przegrał dlatego, że społeczeństwo en masse odrzuciło elity, których był on emanacją i reprezentantem.

Na miarę liberalno-lewicowej opozycji jest to porównywalne z wynalezieniem koła. Jak dotąd całe myślenie antypisu oparte było bowiem na aksjomacie: "jesteśmy tą lepszą częścią społeczeństwa", i na drugim, uzupełniającym go aksjomacie: "a społeczeństwo zawsze podąża za swymi najlepszymi".

Bardzo zawężało to pole dopuszczalnych wyjaśnień tego, co stało się w czerwcu i październiku ubiegłego roku. "PiS wygrał przypadkiem" - przecież dostał tylko 37 proc., SLD i PO miewały więcej, tylko tak akurat się ułożył rozkład mandatów. Dopuszczalne było uzupełnianie tego rozpoznania stwierdzeniami, że PiS "kupił sobie" poparcie populistycznymi obietnicami, w rodzaju 500+, ale pod warunkiem jednoczesnego zaznaczania, że je "kupił sobie" na krótko, bo hołota pieniądze szybko przepije i będzie chciała więcej, a w tym czasie państwo PiS, zrujnowane nadmiernymi wydatkami i negatywnymi ratingami, upadnie.

W każdym razie: rządy PiS to tylko chwilowa aberracja i kiedy ujawnią swą prawdziwą naturę (to znaczy, dotrze do Polaków, że szefem PiS jest bezustannie od ćwierć wieku demaskowany jako samo zło Kaczyński), to wtedy naród zawyje, wyjdą na ulice "dwa miliony", pisowcy będą wyskakiwać przez okna, a ludzie-symbole III RP, tacy jak Wałęsa, Rzepliński czy Komorowski, będą noszeni na rękach i całowani po stopach przez płaczący nad okazanym rok temu brakiem czujności lud. Bo lud (poza garstką pisowców, którzy i tak wymrą jak dinozaury, nawet jeśli chwilowo im się ufarciło) podziela przekonanie elit, że ostatnie ćwierć wieku było złotym wiekiem i pasmem sukcesów, zapatrzony jest w Europę, ku której prowadzą go elity, w sumie tak jak one, i nie marzy o niczym innym niż tylko "żeby znowu było tak jak było".

Z tej głębokiej analizy politycznej wynikać mogło tylko jedno - że opozycji wystarczy być. Wystarczy wzywać do walki z PiS, urządzać marsze, wymyślać różne, coraz to nowe antypisowskie hasztagi, awatary, symbole i "akcje", okazywać intensywnie oburzenie, licytować się, kto bardziej pogardliwie wyrazi się o "kurduplu", mocniej mu naurąga i z czym gorszym niż ktokolwiek wcześniej porówna... I to w zasadzie tyle. Reszta dokona się sama, z niewielką pomocą przyjaciół z międzynarodowych i unijnych instytucji.

I oto ktoś w tym obozie odkrył, że Polacy zagłosowali tak, jak zagłosowali, bo właśnie mają już dość bredzenia Wałęsów i Frasyniuków, dość pouczania przez telewizyjne autorytety, korupcji, nepotyzmu, bezkarnego łupienia kraju w majestacie prawa, którego przejmowanie nieruchomości było tylko jednym z wielu przejawów - można to ująć w jednym zgrubnym: dość pogardy ze strony cwanych i spokrewnionych sitw, które się ustawiły, nachapały i uważają za coś nieskończenie lepszego od reszty. Logicznie prowadzi to do wniosku, że nawet jeśli PiS Polakom zbrzydnie (nad czym, przyznajmy, wciąż pracuje, i tylko oczywiste skretynienie opozycji mu w tym przeszkadza) to wcale nie rzucą się oni z płaczem prosić odsuniętych od władzy o ponowne objęcie rządów.

Fakt, towarzyszy temu sporo stwierdzeń kuriozalnych - na czele z konstatacją, że oczekiwane odrzucenie PiS przez społeczeństwo już się dokonało - a myśl, iż stare elity są skompromitowane i trzeba stworzyć nowe, podporządkowana jest taktycznej potrzebie znalezienia jakiegoś kija na blokującą Nowoczesnej drogę do hegemonii nad opozycją PO. Ale i tak jest to niewiarygodny, jak na środowiska trawione frustracją odrzucenia i nienawiścią do antypis, przebłysk racjonalności.

Pytanie, czy antypis stać dziś w dziedzinie zdrowego rozsądku na coś więcej niż taki jednorazowy przebłysk. Jak mawiał Walery Wątróbka: "przypuszczam, że wątpię". To nie Lubnauer i Rabiej nadają ton swojemu politycznemu obozowi - nie nadają go nawet własnej partii, kojarzonej nie z żadnymi manifestami i programami, tylko z kolejnymi medialnymi wtopami lidera. Ich racjonalna diagnoza, że obóz antypsiowski został odrzucony i musi odzyskać poparcie Polaków, a nie tylko straszyć Kaczyńskim i czekać, aż Polacy się zmobilizują do powstania, wpadła w antypisowski hejt jak przysłowiowy niewypał w szambo.

Dzień później tematem dnia był już wywiad sędziego Stępnia, z którego wynikało, że pisowcy to dla niego i jego żony "ch..." - zgodnie z jedynym w elitach III RP programem politycznym, sformułowanym przez nieżyjącego już klasyka w słowach "chwała nam i naszym kolegom, ch.... precz!". Następnego dnia dyskutowano o wywiadzie prezesa Rzeplińskiego dla Deutsche Welle, w którym po raz kolejny poskarżył się, że obawia się o swoje życie, czy raczej właśnie się nie obawia, i mimo szykowanego na niego zamachu chodzi bez ochrony. Jutro zapewne uaktywni się Mateusz Kijowski po raz kolejny zapewniając, że "nie ma dowodów, ale ma pewność", iż chodzą za nim i podsłuchują go służby. A pojutrze we wspólnym manifeście, powiedzmy, Wałęsy, Komorowskiego, Kwaśniewskiego, Cimoszewicza i Michnika przeczytamy, że demokracja jest w Polsce zagrożona.

W takiej sytuacji PiS może spać spokojnie i też nie martwić się o żadne programy, tylko w całej rozciągłości realizować program politycznych przeciwników. Z jedną tylko zmianą: że nie waszym, ale naszym kolegom chwała, i to wy, a nie my, jesteście ch....mi. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama