Reklama

Reklama

Chamy miód piją!

To jest rewolucja - głoszą politycy i propagandyści garnący się pod skrzydła KOD-u. Będziemy jak Hamas. Zrobimy tu majdan, jak w Kijowie, tylko bardziej krwawy. Miliony wyjdą na ulice i już z nich nie zejdą. A jeśli tych milionów będzie dwa, to sam Wałęsa obiecał, że wtedy łaskawie stanie na ich czele (wcześniej nie, dla roboty detalicznej nie będzie sobie przecież przerywał nieustającego tournée pomiędzy Chile, Florydą a Emiratami). I tak dalej...

Bardzo interesuję się historią, także historią rozmaitych przewrotów i insurekcji. I proszę mi wierzyć - historia widziała wiele rewolucji, ale zawsze były to rewolucje robione przez biednych, głodnych, w taki czy inny sposób wysiudanych, wydutkanych i wyzutych z dzielenia wspólnego tortu. Ale żeby rewolucję robili najedzeni, nachapani, wściekli, że przestano im czapkować - tego nie było. I, jeśli ktoś daje się łudzić kodomickiej propagandzie, uspokajam od razu: nie będzie.

Reklama

"W trzy dni (w odpowiedzi na apel Łozińskiego i Kijowskiego) odezwało się 30 tysięcy osób, że trzeba coś zrobić" - tak w jednej z dzisiejszych gazet maluje sukces KOD socjolog-ideolog Radosław Markowski. Ten argument powtarza się jak mantra: w tydzień KOD zgromadził na swoim profilu ponad pięćdziesiąt tysięcy uczestników grupy dyskusyjnej i ponad dwieście tysięcy lajków, czy to nie jest sukces?

No, właśnie nie. Owszem, tyle zgromadził w tydzień, ale potem, od pół roku, już nic mu nie przybyło. Czy pięćdziesiąt - no, niech będzie, że prawie sześćdziesiąt - tysięcy zwolenników na tyle aktywnych, by uczestniczyć w fejsbukowych dyskusjach, a przynajmniej regularnie je śledzić, to naprawdę takie aj waj, żeby piać na cały świat zachwyty nad spontanicznym, masowym ruchem, a nawet porównywać KOD z dziesięciomilionową pierwszą "Solidarnością"?

Przypomnę, że w ubiegłorocznych przegranych wyborach PO dostała 3,6 mln głosów, Nowoczesna 1,1 mln, a lewica i PSL razem wzięte jeszcze ponad 1,5 mln. O 8 mln głosów Komorowskiego nie wspomnę. Jeśli z tego udało się KOD-owi przy podkręceniu histerii do maksimum i gigantycznym wsparciu masowych mediów oraz zagranicy zaktywizować i wyprowadzić na ulicę w szczytowym momencie (zresztą dzięki partyjnym pieniądzom i logistyce PO) 50 tysięcy ludzi, to to jest masowy ruch, rewolucja?

Najciekawsze jest, z którego segmentu społecznego rekrutuje się te kilkadziesiąt tysięcy najbardziej aktywnych wrogów PiS. Według danych GUS - z grudnia 2015, ale przez pół roku niewiele się mogło zmienić - średnia płaca w Polsce wynosi wprawdzie ok. 4200 zł, czyli 3000 zł "na rękę", ale tzw. mediana (gdyby ułożyć imienną listę płac wszystkich pracujących Polaków mediana to zarobek tego, który znajdzie się dokładnie pośrodku) to o tysiąc złotych mniej. Czyli przeciętna płaca w Polsce jest o tyle niższa od średniej krajowej, a tzw. dominanta, czyli wynagrodzenie najczęstsze, to jeszcze mniej, zaledwie 2600 zł, czyli 1800 zł "na rękę".

Co z tej statystyki wynika? Że mamy w Polsce bardzo wąską grupę ludzi zarabiających bardzo dużo, którzy "ciągną" w górę średnie wskaźniki, i ogromną liczbę zarabiających bardzo źle, źle i marnie. Jedna dziesiąta Polaków zarabia poniżej 1700 zł brutto, jedna dziesiąta - powyżej 7000 zł. Ale takich, którzy zarabiają te 7 tysięcy "na rękę", jest około 6 proc. A przecież 7 tysięcy to nie jest dochód pozwalający pławić się w luksusach. Czesne w dobrej, niepublicznej szkole w Warszawie za jedno dziecko to około tysiąca...

Zresztą, co będę Państwu mówił, ile kosztuje życie, każdy sam wie. Ile kosztowały ośmiorniczki i wino u Sowy czy w Klubie Biznesu też jeszcze, mam nadzieję, każdy pamięta.

Nie ma oczywiście statystyk, z której grupy dochodów rekrutują się aktywiści KOD i uczestnicy jego "iwentów". Ale propaganda antypisowska z niezwykłym uporem zamyka ich w grupie najlepiej ustawionych. Trudno zliczyć te alarmistyczne, a zarazem pełne pogardy jeremiady w "Wyborczej" i mediach jej pokrewnych, że "500+" ("pińćset", jak to zwykli jadowicie określać uczestnicy fejsbukowej grupy KOD-u) zepsuło rynek pracy, że odkąd "PiS kupił sobie poparcie kobiet w wieku rozrodczym" matki dwojga i więcej dzieci wolą "siedzieć w domu i nic nie robić", zamiast śmigać na mopie albo siedzieć w pampersach na kasie w dyskoncie.

Doszło do tego, że markety musiały podnieść pensje - choć oczywiście i tak pozostają one wielokrotnie niższe niż te same sieci płacą za identyczną pracę w Niemczech czy Francji - co oczywiście zagraża ich wynikom finansowym. Plantator owoców miękkich żali się gazecie, że w zeszłym roku biedota garnęła się zbierać truskawki, nawet dzieci, po 1,5 zł za godzinę - a teraz nawet Ukraińcy żądają więcej (!).

Są już efekty tego rozwydrzenia: załamała się sprzedaż luksusowych aut, która za rządów PO miała tak znakomitą dynamikę, za to urzędnicy skarżą się, że są zalewani wnioskami o rejestrację samochodów używanych, które sobie biedota nagle zaczęła kupować. Polskie drogi, zamiast pięknymi limuzynami z reklam autoryzowanych dilerów, zapełnią się starymi gruchotami. Smród, tłok - oto, do czego prowadzą te rządy!

Doprawdy, można długo cytować te wywody w duchu "mieszkanie plus szybko stanie się meliną, w której menele będą przepijać pięćset plus". Czy "elity", przynajmniej ich liderzy, nie wiedzą, że to okazywanie wszem i wobec pychy jest w politycznej walce samobójcze? Może i wiedzą, ale odruch pogardy jest u nich tak silny, tak instynktowny, że nie potrafią się powstrzymać.

W matriksie, w którym żyją, sprawcą wszystkich nieszczęść jest wiocha, która narzuciła im, oświeconym (mówiąc nawiasem, najwyżej i PO, i wcześniej Bronisław Komorowski wygrywali w byłych PGR-ach - do 70, 80 proc.) władzę ludzi, którymi elity gardzą, których nienawidzą. I to właśnie wściekłość, że tak się stało, jest najsilniejszą napędzającą antypis emocją, nie żadna tam demokracja, wolność czy Trybunał. Pamiętacie państwo sienkiewiczowskiego Zagłobę, zirytowanego, że "chamy taki dobry miód piją"? Te słowa najlepiej się nadają na motto wieszczonej przez Frasyniuków i Michników "rewolucji".

Istotą sprawy, wbrew pozorom, nie są zarobki. Jest nią poczucie godności. Ciekawą rzecz powiedział mi znajomy socjolog - otóż od lat mniej niż połowa Polaków deklaruje, że czuje się bezradna wobec sytuacji w kraju, nie ma na nic wpływu, odczuwa z tego powodu złość i frustrację - a druga połowa, że przeciwnie, wie, że jego/jej głos się liczy. I sama proporcja się nie zmieniła, ale po ubiegłorocznych podwójnych wyborach te połowy niejako zamieniły się miejscami. Przez ćwierć wieku frustracja, bezradność i poczucie bezsilności cechowały biedniejszą część Polaków - teraz tę bogatszą, natomiast to właśnie ubożsi poczuli swą siłę i poczucie wartości.

Ludzie zdeptani, głosujący pokornie na "ciepłą wodę w kranie" i przeciwko prawicowemu awanturnictwu, bo jeszcze nas przez nie wyrzucą w Unii i zakręcą kurek z dotacjami - zaczęli podnosić głowy. Wbrew pogardliwej wizji kodomitów, to nie są menele, którzy w biedę wpadli przez alkoholizm, lenistwo czy analfabetyzm, i widzą w PiS fundatora zasiłków, które zaraz przepuszczą na bełty.

Większość deklarujących dziś w sondażach poparcie dla PiS i to, że właśnie PiS wyraża ich poglądy, to ludzie, którzy otrzymaną pomoc traktują jako szansę. Dowodem choćby owe masowo kupowane, używane samochody (przecież nie po pięćset złotych, prawda?). To przecież inwestycja, żeby dojechać do pracy, żeby zwiększyć swe szanse na lepszy zarobek. Ludzie, którzy jak Martin Eden ze sławnej powieści Londona uwięzieni byli w pułapce najniższego dochodu, życia "na zeszyt", w wiecznym zadłużeniu, pochłaniającego całą energię i już jej nie pozostawiającej ani odrobiny na poprawę życia, dzięki temu wyszydzanemu przez nachapanych "pińset" mogą wreszcie pomyśleć o rozwoju swoim i swoich dzieci. A że przy okazji wzrosły oczekiwania co do minimalnej płacy i płace musiały pójść w górę, że mamy akurat najniższe od ćwierć wieku bezrobocie i "nawet Ukraińcy" nie biorą już każdej pracy na najmarniejszy gros - to tym bardziej.

Bieda - czy nawet, bez wielkich słów, niezamożność - nie boli sama z siebie tak bardzo, jak bardzo boli poniżenie, które z niej wynika. Kto tego nie rozumie, ten jest za głupi, by brać udział w życiu publicznym.

Jeśli odsunięte przez demokrację elity III RP chcą, by to poczucie godności skonsolidowało się w trwałe, mocne poparcie dla PiS, to epatowanie wszem i wobec udecką pogardą dla "człowieka prostego" jest na to znakomitym sposobem. Że tak powiem słowami Aleksandra Kwaśniewskiego, lansowanego w kodomickim politycznym postmodernizmie na symbol walki z PRL, którą rzekomo restytuuje Kaczyński: Mateuszu Kijowski, Grzegorzu Schetyno, Ryszardzie Petru, i wy, ich dziennikarskie Saby - idźcie tą drogą. I niech wam się długo, przyjemnie leci w przepaść, która jest u jej końca.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy