Reklama

Reklama

​Brzęczenie i pogarda

Wyskoczyłem z kraju na parę dni, celowo nie wykupując roamingu na przesył danych, żeby mieć choć chwilę wytchnienia. Ale wszystko, co dobre, ma swój kres, więc w końcu przyszło ponownie włączyć się do naszej, z przeproszeniem, "debaty publicznej". Zaglądam do sieci - jeden z portali (powiem który, niech się wstydzą: dziennik.pl) informuje, że radiowa Trójka ma nowego szefa, a raczej szefową. Niejako mimochodem dodając, że nowa dyrektor "zastąpi Magdę Jethon, odwołaną ze stanowiska przez nowe kierownictwo Polskiego Radia".

Dwie dezinformacje w krótkim zdaniu: Magda Jethon nie została odwołana, tylko sama złożyła rezygnację (mówiąc nawiasem, i tak była najdłużej pozostającym na stanowisku nominatem "Samoobrony" - zdołała przeżyć nie tylko swą partię, ale i jej lidera) i rezygnacja ta została przyjęta jeszcze przez poprzednie kierownictwo Polskiego Radia. Drobiazg? Drobiazg, nikomu się nie chce prostować, więc dezinformacja dziennika powtarzana jest, jak to w necie, tu i tam, w ramach ogólnego brzęczenia: straszny PiS wyrzuca, usuwa, czystki robi...

Reklama

Tomasz Lis, który przez ostatni miesiąc promował swe męczeństwo żegnając się wylewnie co tydzień, też zdjęty został z anteny przez poprzedni zarząd rodem z PO i PSL. Można rzec, rzutem na taśmę, bo niewiele zabrakło, aby pozostał bodaj jedynym z wprowadzonych do TVP przez PiS, który przetrwał tam całe rządy Tuska i Kopacz.

Kolejny news: prezydent Duda podpisał ustawę o inwigilacji - podaje PAP. O, cholera, myślę sobie, PiS rzeczywiście bije rekordy szybkości, ale nie było mnie w sumie niecałe trzy dni, i zdołali coś od zera przeprocedować aż do etapu podpisu prezydenta? No bo przecież, jak wyjeżdżałem, żadnej ustawy o inwigilacji na tapecie nie było. No i teraz oczywiście też nie ma - chodzi o ustawę o policji. Tę, którą najbardziej krzykliwa część opozycji usiłowała przedstawić jako zamach na internet i tak dalej (akurat pisałem o tym przed miesiącem, wystarczy kliknąć), nie bardzo w związku z tym, co faktycznie ona zawiera i kontekstem, w jakim powstała.

Zresztą ten kontekst jest bardzo śmieszny i bardzo charakterystyczny. Przypomnę, zaczęło się od Trybunału Konstytucyjnego, który dał Sejmowi prawie dwa lata na uregulowanie zasad dostępu policji i służb do treści internetowych. Rząd PO-PSL w pocie czoła sklecił projekt ustawy, nie przegłosował go, bo zajęty był objazdowym pajacowaniem, ale sam projekt został gorąco oprotestowany przez PiS jako zagrożenie dla wolności słowa, otwarcie drogi do masowej inwigilacji i zamiar położenia łapy na prywatności.

Potem były jedne i drugie wybory, skutkujące odrzuceniem establishmentu rządzącego Polską pod różnymi nazwami od 25 lat, PiS stworzył własny rząd i nagle się okazało, że czas dany przez Trybunał się kończy i jeśli nie będzie ustawy do końca stycznia, wszystkie działania policji i służb staną się z automatu nielegalne - co samej policji i służbom zapewne nie przeszkadza, ale uniemożliwiłoby ewentualne przyszłe konsumowanie ich operacyjnych trudów w sądzie.

Więc co zrobił PiS? Wyciągnął ten gorąco oprotestowany projekt PO i przegłosował jako swój, dla picu zmieniając gdzieniegdzie "że" na "iż". A co zrobiła PO, teraz już opozycyjna? Rozpętała histerię, że ten projekt to zagrożenie dla wolności słowa, otwarcie drogi do masowej inwigilacji i zamiar położenia łapy na prywatności. W tę histerię ochoczo wskoczył nowo powstały KOD, nie kryjąc nawet, że czyni to ze względów taktycznych, bo internet, jak pokazały spontaniczne protesty w sprawie ACTA, to temat, który interesuje młodych i przyciągnie ich na KOD-owskie manify. Podobno jutro kolejna próba: już się nie mogę doczekać, na szczęście można nie czekając wpisać na jutubie "marsz KOD w Częstochowie", do czego zachęcam.

Nie wiem, czy jest sens animatorów KOD-u o tym informować, ale poinformuję: z tym ACTA to chodziło zupełnie o co innego i nadzieję, że histerie wokół nowej ustawy mogą równie internautów wzburzyć są zupełnie płonne. Nawet nie dlatego, że podpisana przez prezydenta ustawa w praktyce niczego w ich sytuacji nie zmienia. ACTA, przypomnę, to była wylobbowana przez amerykańskie koncerny próba położenia łapy na pieniądzach europejskich konsumentów, korzystających w sieci za darmo z różnych niematerialnych dóbr, do których owe koncerny roszczą sobie prawa.

Rzecz zresztą warta zbadania przez jakąś komisję sejmową, bo - przypomnę, jako że media lisowo-kraśkowe nigdy się o tym nie zająknęły - to Polska, korzystając z tzw. prezydencji (był to zresztą, niestety, jej jedyny realny przejaw) wetknęła owo ACTA niepostrzeżenie w wielgaśny transatlantycki traktat o rybołówstwie, transporcie i handlu. I gdyby nie czujność zachodnioeuropejskiego internetu, numer mógłby się udać. Zważywszy, że Amerykańce obiecywali sobie po ACTA miliardy, trudno mi uwierzyć, by ktoś z poprzedniej ekipy nie wziął od nich za to solidnie w łapę... Chociaż, kto wie, może zadowolił się obietnicą drobnej synekury - w końcu tam, gdzie idzie o szklane paciorki, Polacy się nie drożą, przynajmniej ci od Tuska.

W każdym razie - tym, co poderwało wtedy młodych ludzi i pchnęło ich na ulice, była groźba obłożenia internetu daniną pieniężną na rzecz zaoceanicznych harpagonów. Kwestia prywatności w sieci obchodzi młodzież daleko mniej. Rzekłbym wręcz, że większość młodych cechuje pod tym względem beztroska granicząca z głupotą - zwykli oni wrzucać do sieci wszystko, do zdjęć własnego przyrodzenia włącznie, kompletnie nie licząc się z faktem, że może to obejrzeć każdy, kto będzie chciał, choćby i demoniczny Jaro z jeszcze bardziej demonicznym Antonim.

Zaciskam zęby i przeglądam dalej. Dorota Kania skazana na dwa lata więzienia! - raduje się portal wiadomej gazety. O, myślę, coś nowego w sprawie? Nie, nic nowego - chodzi wciąż o ten sam wyrok z lipca ubiegłego roku. Wyrok, delikatnie mówiąc, wątpliwy, oparty wyłącznie na zeznaniach jednej osoby i odrzuceniu wniosków dowodowych... Bodaj czy nawet sam pisałem, że moim zdaniem Dorotę zwyczajnie wrobiono, i że cała sprawa jest równie wyssana z palca, jak oskarżenie (już wreszcie obalone) Wojciecha Sumlińskiego o próbę sprzedania aneksu z raportu o rozwiązania WSI "Gazecie Wyborczej" (tak!). Mniemane "powoływanie się na wpływy" w sprawie Dochnala pasuje do całej działalności dziennikarki jak to handlowanie z "Wyborczą" do Sumlińskiego. Mniejsza o tu zresztą meritum - sprawa od miesięcy leży gdzieś w trzewiach aparatu sprawiedliwości, czekając na rozpatrzenie apelacji i uniewinnienie, a tu nagle jedna z gazet robi z niej sensację. Dlaczego? Bo jest polityczna potrzeba.

I tak dalej... Lawina przestróg, że podatek bankowy banki przerzucą na klientów. Hm, kierując się taką logiką, nie można opodatkowywać niczego, bo każdy podatek może opodatkowany przerzucić na kogoś innego (chyba że nie pozwoli mu na to dobrze działający rynek albo, tam, gdzie rynek działa, decyzja tzw. regulatora). Lawina szyderstw z rodzin wielodzietnych, że jak dostaną po 500 złotych na dziecko, to przepiją - a zdaniem niektórych nawet już przepijają, z góry. Brawo, brawo, elito III RP, pokazujesz się z najlepszej strony. Tylko oczekuję, że konsekwentnie odniesiesz to do wszystkich zasiłków i form pomocy społecznej - bo przecież hołota każdy zasiłek gotowa przepić, czy to dla bezrobotnych, czy "ołówkowe", czy inne świadczenie.

Oczekuję konsekwencji zwłaszcza od tych, którzy przy różnych okazjach deklarują "wrażliwość lewicową". Niech naród widzi, że owa "lewicowość" tutejszych salonów dotyczy wyłącznie kwestii zboczeń seksualnych i w niczym nie przeszkadza gardzić biedą, chorobą, wykluczeniem i wszystkim tym, czym wzbogacony cham zwykł gardzić u tych, których ma za mniej sprytnych.

Sprawa smoleńska - bolesna rana dla rodzin, które do dziś nie wiedzą, ile kawałków czyich zwłok leży w jakiej trumnie, ale ile wciąż wala się na miejscu tragedii, kompromitacja państwa, którego władze kłamały i "zamiatały" jednym głosem z Putinem, i kompletna bezkarność skompromitowanego BOR-u, cwaniaczków, którzy weszli w oczywisty spisek z Putinem, by wspólnie z nim zdeprecjonować własnego prezydenta, oraz całego aparatu odpowiedzialnego za to, że przez kilka lat loty VIP-ów odbywały się w totalnym bardaku i chaosie, z pogardą dla najbardziej elementarnych procedur bezpieczeństwa. Co na ten temat pisze portal antypisowskiej gadzinówki? Ano, pisze o "puszkach i parówkach". He, he. Eksperci, którzy badali puszki i parówki, wicie-rozumicie...

Ręce opadają. W mojej szkole nauczycielka tłumaczyła, co to jest atom, pokazując nam mniejsze i większe piłeczki. Gdyby ona była nominowana przez PiS, a ja (uchowaj Boże) byłbym etatowym hejterem z "Wyborczej", mógłbym przy każdej okazji szydzić, że kretynka zamiast o atomie uczyła nas o piłeczkach. Miałoby to tyle samo sensu, co czepienie się przez sektę Anonidy/Millera tej nieszczęsnej miażdżonej puszki, która ktoś użył jako obrazowego przykładu.

Taki to poziom. Nawet nie dno, tylko jeszcze niżej. Aby brzęczało, aby chlupotało, aby tresować "swoich" w histerii i podtrzymywać w pogardzie dla tych, co "nie nasi". Jezuuu, jak się nie chce do tego wracać...

No, ale wracam, dobra. Taki zawód. "Gówno też ktoś musi dla Ojczyzny wywozić", jak pono powiedział był brygadier Piłsudski do Kostka-Biernackiego. 

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz | felieton

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje