Reklama

Reklama

Błąd komputera

Gdybym traktował wpisy pod swoimi felietonami jako reprezentatywne dla ogółu czytelników (spokojnie: nie traktuję), to musiałbym się załamać. Wynikałoby bowiem z takiej próby, że mniej więcej połowa z nich nie jest w stanie pojąć poglądu bardziej skomplikowanego niż uderzenie cepem.

Jeśli pochwalę PiS, dajmy na to, za determinację w dążeniu do oczyszczenia Polski z wpływów mafii zbudowanych przez komunistyczne nomenklatury i specsłużby, ludzie tacy rozumieją, że jestem za Kaczyńskim. Jeśli zganię PiS, dajmy na to, za urzędnicze podejście do gospodarki - że przejrzałem na oczy, względnie zdradziłem, i teraz jestem przeciw.

Myśl, że polityk może mieć w jednych sprawach rację, a w innych nie, dla tych wyznawców łopatologii jest zdecydowanie zbyt trudna do zaakceptowania. Podobnie jak myśl, że ten sam człowiek może mieć i zasługi, i winy. Że można, jak Adam Michnik, mieć piękną przeszłość, a potem się stoczyć do roli "pożytecznego idioty" chroniącego postkomunistyczny układ. Albo, jak śp. Jerzy Giedroyć, mieć w pewnych sprawach, konkretnie w kwestii polityki wschodniej, świętą rację, a na przykład w stosunku do Kościoła ulegać chorobliwej obsesji.

Reklama

Dla pewnego typu ludzi jest to skomplikowane ponad pojęcie. Dla nich trzeba być za kimś albo przeciw komuś. I nie przyjmą do wiadomości, że można być za jakąś sprawą. Nie, dla nich się jest za albo przeciw osobie. Popierasz Kaczyńskiego czy Tuska? Jesteś za Balcerowiczem czy przeciw? A ja głęboko do serca wziąłem sobie zasadę, że popierać trzeba właśnie sprawy, a nie osoby, i jeśli ktoś nie jest w stanie tego pojąć, to niech się wypcha i zamiast moich felietonów czyta tabloidy.

Tyle niezbędnego wstępu, a teraz do meritum. O co chodzi temu Kaczyńskiemu? - zastanawia się cała Polska. Chce koalicji czy nowych wyborów? Odpowiedź najczęściej udzielana przez publicystów brzmi: Kaczyński chce całej władzy dla siebie. To żadne wyjaśnienie. Owszem, sądzę, że istotnie chce władzy, ale pytanie brzmi - po co mu ona? Nie widzę powodu, żeby nie wierzyć w to, co sam na ten temat mówi od lat kilkunastu. Kaczyński - nie jedyny zresztą - konsekwentnie od początku III RP głosi konieczność dokonania w Polsce radykalnej zmiany. Aby zmieniać, trzeba mieć w ręku narzędzia - władzę właśnie. Tym większą, im więcej chce się zmienić. To logiczne.

Zmiana ta miałaby polegać, najogólniej, na likwidacji resztek struktur peerelowskich i na odejściu od liberalnej polityki gospodarczej na rzecz polityki "prospołecznej". Pierwsze hasło wydaje się dość jasne i mi osobiście się podoba. Drugie jest kompletnym mętniactwem: nigdy Kaczyński nie wyjaśnił, co właściwie ma znaczyć, w czym widzi istotę rzekomego liberalizmu dotychczasowej polityki gospodarczej (ile w niej w istocie liberalizmu, odsyłam do tekstów Pana Michalkiewicza, który pisze o tym lepiej), i na czym miałaby polegać postulowana prospołeczność - nie wiadomo, o co chodzi, do tego stopnia, że to drugie hasło skłonny jestem bagatelizować jako zwykłą, wyborczą demagogię, co nie znaczy, że nie dostrzegam potencjalnych płynących z niego zagrożeń.

Tak czy owak, realizacji swego celu Kaczyński, wraz z całą centroprawicą, próbował już kilkakrotnie, i ma z tego konkretne doświadczenia. Uważam, że to one właśnie wpłynęły na jego obecne postępowanie i tłumaczą całą tę chryję, którą obserwujemy z rosnącym zdumieniem i niezrozumieniem.

Pierwsze doświadczenie to doświadczenie PC (Porozumienie Centrum) - partii, która w swym dążeniu do zmiany była tak pryncypialna, że weszła w morderczy konflikt jednocześnie ze wszystkimi. I z postkomunistami, i z Unią Demokratyczną, i z Wałęsą, i w końcu z resztą centroprawicy. Skończyło się to tak, jak musiało. Nec Hercules... - jak mawiali starożytni, a zresztą Kaczyński Herkulesa nigdy nie przypominał.

Drugie doświadczenie, to doświadczenie AWS. Koalicji, która chciała być tak szeroka, że zjednoczyła wszystkich, ale to wszystkich, których dawało się podciągnąć pod najluźniej interpretowane hasło zmiany. W efekcie powstała jakaś horda od sasa do lasa, kompletnie niesterowalna, w której doskonale znalazły dla siebie miejsce rozmaite korupcyjne układy.

Wnioski z tych doświadczeń są sprzeczne. Z historii PC wynika, że aby prowadzić politykę realną, realizować swe cele, a nie tylko ględzić i ewentualnie dostawać państwowe synekury, trzeba mieć większość, ergo - sojuszników. Trzeba zawierać kompromisy. Ale doświadczenie AWS uczy, że nic się nie zrobi, jeśli się wszędzie nie pousadza swoich, zaufanych ludzi.

Kaczyński usiłuje zrealizować te dwa sprzeczne ze sobą wnioski jednocześnie. Czyli - stworzyć koalicję, ale taką, w której będzie decydować o wszystkich istotnych sprawach. Takiej koalicji nie dało się stworzyć z PO, bo ta - nie ufając PiS za grosz - chciała mieć wpływ na "resorty siłowe", a na to PiS - nie ufając z kolei za grosz PO - nie mógł się zgodzić, uważając, że podzielenie się owymi resortami ze środowiskiem byłego KLD oznaczałoby koniec marzeń o uzdrowieniu "układów". Kaczyński uznał jednak, że może cel osiągnąć, używając poparcia Samoobrony i LPR albo PSL, ale nic im za to konkretnego nie dając.

Dlaczego tak uznał? Wskutek bardzo racjonalnej kalkulacji: Samoobronie, LPR i PSL opłaci się dziś wziąć każdy ochłap, jaki im PiS da, bo inaczej nie dostaną nic. Jeśli się tym nie zadowolą, to będą nowe wybory, a w nowych wyborach albo w ogóle znikną, albo stracą znaczenie.

I to jest właśnie, moim zdaniem, błąd. Błąd typowy dla polityków, którzy, jak to kiedyś pisał o Kaczyńskim Piotr Wierzbicki, mają komputer w głowie. Odruchowo zakładamy zawsze, że inni myślą tak samo jak my. Kaczyński, kalkulując, założył, że i Lepper, i Giertych, i Pawlak, też kalkulują. I z kalkulacji wyjdzie im to samo - ochłapy albo nic. A jeśli kalkulują, no to wiadomo, co wybiorą.

Tymczasem ludzie, politycy też, nie zawsze kierują się kalkulacją. Czasem większy wpływ na ich działania mają emocje. Partnerzy Kaczyńskiego nie wytrzymali upokorzenia. Uznali, że "Kaczor" robi ich w bambuko (skądinąd, fakt) i postanowili mu "pokazać". Stąd cyrk z Kotlinowskim broniącym Jurkowi dostępu do laski i późniejsze wydarzenia. Koniec końców LPR, który drakę rozpętał, najwięcej na niej stracił, inni też stracili, ale po prostu nerwy, urażona duma i wściekłość wzięły górę.

W efekcie jedynym wyjściem stały się nowe wybory. W koalicję z "Samoobroną" nie wierzyłem ani przez moment i nie uwierzę - Lepper też nie wierzy, skoro poleciał do Chin. To już tylko manewry, które mają odpowiednio ustawić przeciwników w oczach elektoratu.

Komputer w głowie Kaczyńskiego przewidzieć tego wszystkiego nie mógł, bo komputery w taki sposób nie działają - więc się zawiesił. Niezbędny stał się reset. Czyli kolejne wybory.

Rafał A. Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: wybory | hasło | LPR | doświadczenie | błąd | Prawo i Sprawiedliwość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne