Reklama

Reklama

Biurwy kampanii

Kampania wyborcza, w której ostatni miesiąc wchodzimy, po prostu obraża przeciętnego Polaka. Jesteśmy przez głównych kandydatów i ich sztaby traktowani jak debile i analfabeci, którym można wcisnąć każdą brednię, więcej nawet - których tylko za pomocą bredni można wyprowadzić ze stanu otępienia i skłonić do oddania głosu na wskazanego kandydata. Niby to nic nowego, ale aż tak głupio i prymitywnie, jak w tych wyborach, jeszcze nie było...

Przy czym zdecydowanie głupsza i bardziej prymitywna jest kampania prowadzona przez szeroko pojęty obóz władzy, choć, być może, tylko dlatego, że w ogóle jest ona bardziej intensywna. Wynika to choćby z obfitości narzędzi: na trwanie betonowanego od ośmiu lat układu gra cała administracja, cała kasta urzędnicza, establiszmęty zawodowe i korporacyjne, oraz, szczególnie, tzw. wiodące media.

Reklama

Całe korowody redaktorów i "autorytetów" ożywiane są staraniem o to, aby system - zapewniający pasożytniczym "elitom" przywileje, a ogłupionej przez nie masie ciepełko "małej stabilizacji" - nie stracił swego gwaranta. Coraz częściej zresztą, jak głośny w minionym tygodniu sędzia, popadają w tym w nadgorliwość, która ich usiłowania niweczy.

Opozycja jest w stanie temu przeciwstawić objeżdżanie kraju i spotkania "w terenie" oraz swoje media - jedno i drugie z natury służy głównie przekonywaniu przekonanych. No i występy w medialnych "okienkach" przekaziorów władzy, gdzie wybrani przez dysponentów tychże przekaziorów pisowcy prezentowani są w odpowiednim kontekście i z odpowiednim komentarzem jako przykładowe egzemplarze, mające dowodzić słuszności generalnego dyskursu - że, mianowicie, to straszni wariaci i w żadnym wypadku nie wolno ich dopuścić, choćby było nie wiedzieć ile i jak poważnych powodów, do dokonania w Polsce jakiejś zmiany. Okienka te czasem udaje się opozycji wykorzystać po swojemu, ale najczęściej tylko do przelicytowania władzy z robieniu z wyborców debili.

Rzecz w tym, że po ćwierćwieczu demokracji w Polsce nikt już nie wierzy w żadną "mądrość ludu", jaka się śniła u zarania intelektualistom i ideowym bojowcom. Tak jak media z roku na rok przekonywały się, że im program głupszy, bardziej chamski, niesmaczny, prymitywny, tym większa oglądalność i kasa, odwrotnie zaś, wszelkie próby znalezienia bardziej wymagającego i inteligentniejszego widza wiodą do bankructwa - tak samo politycy przekonywali się z wyborów na wybory, że tylko uruchomienie najbardziej prymitywnych odruchów nienawiści, pogardy i strachu prowadzi do sukcesu.

"Pogarda dla widza zawsze owocuje wzrostem oglądalności" - miał mawiać sławny amerykański magnat telewizyjny. Pogarda dla umysłowego i moralnego poziomu wyborcy zawsze wiedzie do zdobycia jego poparcia - mogliby to sparafrazować politycy, gdyby nie byli zbyt załgani, by bodaj sami przed sobą przyznać się, w czym naprawdę robią.

Można jeszcze do tego dodać pochwałę chciwości (na przykład cytując kwestię "greed is good!" etc.  wypowiadaną w sławnym filmie "Wall Street" przez symbolicznego rekina finansjery) i to już w zasadzie komplet imponderabiliów współczesnej liberalnej demokracji. Tylko na Zachodzie wciąż jeszcze zachowuje ona pewne pozory i pobłyskuje lakierem, a u nas te same zasady realizowane są na sposób cebulacko-siermiężny.

Podsumowując, z kronikarskiego obowiązku - trzy główne tematy seansu nienawiści realizowanego przez władzę w ramach kampanii to: unurzanie opozycji w aferze SKOK-ów, sprowokowanie do wojny ideologicznej o in vitro oraz "konwencję antyprzemocową" i zepchnięcie w niej do narożnika "katolicki fundamentalizm, sprzeczny z normami unijnymi", a wreszcie odgrzanie sprawy Smoleńska, celem przypomnienia, że ci straszni umoczeni fundamentaliści jeszcze na dodatek chcą wypowiedzieć wojnę Ruskim.

Opozycja kontratakuje na dwóch polach.

Po pierwsze, podchwyciła to, co jest w wizerunku obozu władzy najsilniejsze i od zwycięstwa w 2007 stanowiło jej najsilniejszy atut - jej ocierającą się o włazi..., hm, włazitylność, powiedzmy,  "prounijność" i gotowość spełniania "europejskich" oczekiwań. Choćby się nie wiem jak ta władza dystansowała od planów jak najszybszego wyzbycia się złotego i przyjęcia euro, wszyscy wiedzą, że na pewno jest ona bardziej za euro niż PiS, a wspólna waluta po kryzysie greckim przestała być przez Polaków postrzegana jako coś atrakcyjnego.

Po drugie, opozycja podchwyciła sprawę SKOK, wykorzystując ją - via SKOK Wołomin - do przypomnienia o związkach Bronisława Komorowskiego z WSI, a przez WSI - z Putinem. W kwestiach ideologicznych i smoleńskich musi PiS utrzymywać okopane pozycje, ale stara się to robić na tyle dyskretnie, aby przeciwnikowi nie udało się ściągnąć na ten odcinek starcia uwagi masowego wyborcy.

O tym, że "afera w SKOK-ach" jest, generalnie, wystrugana z banana, pisałem już tydzień temu. Ale też propagandystom Platformy nie chodziło o dokopanie się tu do jakichś konkretów, tylko o, jak to dosadnie nazywają Amerykanie, wrzucenie gie w wentylator. Jużci, wentylator rozrzuci je po całości i w efekcie wszyscy będą piegowaci - ale władza już i tak ma opinię bandy złodziei, co jej zresztą dotąd nie szkodziło, zgodnie z cwaniacką zasadą, że lepsze mafia od sekty. Tu idzie jej tylko o to, by, nawet kosztem obryzgania siebie samej, umocnić przekonanie, że kradną WSZYSCY. Wszyscy, a więc te prawicowe świętoszki też nie są wcale lepsze od nas, jak to się wam od lat starają wmówić...

Mówiąc nawiasem, myślałem w pierwszej chwili, że koledzy, którzy to opisali, żartują, ale faktycznie, w społecznym odbiorze na najszerszą skalę afera SKOK skojarzona została przez dużą część opinii publicznej nie z PiS i nie z WSI, tylko z "liberałami". Bo przeciętny Polak w życiu nie słyszał o żadnym senatorze Biereckim (o WSI też zresztą nie), a o Bieleckim, byłym premierze, coś tam, coś tam - i że podobno poszedł on z polityki na prezesa banku, i że kumpluje się z Tuskiem. Narracja, że ten Bielecki od Tuska zajumał jakąś kasę ze swojego banku i wywiózł za granicę, skleiła się więc sama. Takim to "głuchym telefonem" jest tak zwana "masowa komunikacja" w kraju pańszczyźnianym i postkolonialnym.

Co do in vitro i genderu, są to oczywiste tematy zastępcze. Drugi temat Polacy mają w ogóle głęboko, choć oczywiście sprzedawanie ideologicznego kitu jako rzekomej walki z przemocą zmusza ich do deklarowania, że są za. Pierwszy natomiast dali sobie wcisnąć jako troskę władzy o ludzi, którzy by chcieli mieć dzieci, a nie mogą.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego opozycja brnie w spór ideologiczny, nie próbując nawet odbić ataku pokazaniem, że jest to klasyczny "temat zastępczy". I na dodatek zwykła "kiełbasa wyborcza", kolejna obiecanka bez pokrycia (ha, cóż za kalambur mi wyszedł, w tym kontekście!), bo procedura sztucznego zapładniania jest szalenie droga i nawet jeśli dziurawy NFZ zdoła wysupłać jakąś mamonę na jej refundowanie (kosztem uśmiercenia jakichś ciężko chorych), to wystarczy tego dla wsparcia najwyżej kilku spokrewnionych właścicielsko z Partią prywatnych klinik - w państwowych się tego zabiegu raczej nie robi - i wątpliwe, by na dyskusyjne dobrodziejstwo załapał się tam ktokolwiek poza szwagrem i szwagierką kogoś ustawionego.

Sprawa Smoleńska jest sterowana wajchami znajdującymi się poza Polską. Jak wielokrotnie pisałem, dzięki tchórzostwu, głupocie i kunktatorstwu Tuska Rosjanie mogą nią grać, jak chcą, wypuszczać dowody zamachu i je dyskredytować, nie mówiąc o grozie, jaką budzą w kręgach miejscowej władzy posiadane przez Moskwę dowody wspólnej z PO gry przeciwko Kaczyńskiemu, która się tą tragedią skończyła.

Ale przecież inne wywiady też mają wiedzę, a przynajmniej jej wiarygodne znamiona, i jeśli będą chciały Polską potrząsnąć, to czemu nie. Zdaje się, że z jakiegoś powodu postanowił właśnie co nieco z tej wiedzy wypuścić wywiad niemiecki. Poczekajmy, jak się wkurzą na obecny układ Amerykanie, których satelity musiały wszak wszystko dokładnie nagrać. W każdym razie, sprawa wróci, kiedy tam będą chcieli, a nie wskutek konferencji jakiejś tam naszej prokuratury wojskowej, która sama nie wie, co ma w aktach.

Wspólna waluta mogłaby być ważnym i znaczącym przedmiotem sporu, gdyby nie fakt, że PiS wrzucił ją w sposób z punktu lokujący ten spór na poziomie debilnym - czyli bronkomarketem i rzekomymi podwyżkami cen. Oczywiście, każdy, kto ma pojęcie, wie, że to bzdet, że ceny mogą wzrosnąć albo nie i w ogóle nie o to chodzi, nie to jest dla Polski zagrożeniem, że jaja pójdą w górę o pół złotego albo kiełbasa o trzy, tylko że nasza gospodarka będzie bardziej jeszcze drenowana niż dotąd i straci szansę na konkurencyjność. Ale kampanijni stratedzy z punktu uznali, że z tym do debili nie ma co startować, bo raz, że nie skumają, a dwa, że własna kieszeń coś ich tam jeszcze obchodzi, a Polska to dla tutejszych mas, delikatnie mówiąc, abstrakcja.

Co najgorsze, prawdopodobnie uznali słusznie. Takie są reguły współczesnej demokracji: byle głośno, byle na chama, byle głupio. Tylko wyborca postraszony albo podjudzony ruszy tyłek i pofatyguje się do urny.

I nikt się nigdy przeciwko traktowaniu jak półmózg i analfabeta nie zbuntuje - a jeśli, to jakieś nieistotne statystycznie jednostki, takie jak "spacerowicz" z jednego z moich ulubionych opowiadań Raya Bradbury’ego - bo każdy chętnie wierzy, że, cóż, debile i matoły to ci inni, a ja popieram moją partię, bo się z nią zgadzam, bo mam to wszystko przemyślane, a jakże! Oczywiście, że nasi grają na niskich instynktach, głupocie i naiwności, no bo tamtych, tę ciemnotę, trzeba jakość wziąć na hak - ale ja to co innego, mną nikt nie manipuluje!

Jasne. A czy ktoś pytany, dlaczego kupił ten a nie inny proszek do prania, powie: bo na bilbordach była fajna blondyna z dużym cycem, bo melodyjka z reklamy mi wlazła w pamięć etc.? Oczywiście, powie: bo ten jest dobry. Choć niby wie, że proszki różnią się tylko opakowaniami. Uświadomienie sobie tego całego propagandowego judzenia wymagałoby odrobiny pokory w stosunku do samych siebie i własnych, wzbudzonych przez media emocji. A że pokora to najbardziej deficytowa rzecz na świecie, biurwy kampanii mogą być spokojne.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje