Reklama

Reklama

Zwycięzcy napisali własną historię

Czesław Kiszczak został skazany za to, że wprowadził stan wojenny. Ten dość dziwny wyrok skomentowały już dziesiątki mniej lub bardziej godnych osób, więc nie zamierzam w tej materii rywalizować z kimkolwiek. Tym bardziej, że ważniejsze jest to, co odbyło się niejako na marginesie całego wydarzenia.

Otóż słuchałem tych różnych komentarzy w różnych stacjach i uderzające było dla mnie jedno: coś około 90 proc., a może 95 proc. osób zapraszanych do wyrażania opinii, to byli dawni działacze "Solidarności" albo historycy z tą "Solidarnością" otwarcie sympatyzujący. Drugiej strony niemal nie było. A przecież Polacy w sprawie stanu wojennego podzieleni są mniej więcej pół na pół (i to od lat!) - dlaczegóż więc media, działające bez cenzury, okazały się tak jednostronne?

Reklama

Medioznawcy mają na tak postawione pytanie gotową odpowiedź: otóż dziennikarze - z racji tempa pracy - operują kalkami, gotowymi schematami, nie chcą się wychylać, chcą być poprawni, grają - jak to się mówi - w mainstreamie. Potrzeba bycia w stadzie jest dla nich najważniejsza.

No dobrze, ktoś zapyta - a kto nadaje temu mainstreamowi ton?

Prawicowe towarzystwo uważa, że Adam Michnik, i jego obciąża winą za wszystkie swoje klęski, prawdziwe bądź urojone. Z kolei palikotowcy, ci bardziej radykalni, wskazują na ludzi Kościoła, na biskupów, Opus Dei i tak dalej.

Każdy wskazuje na kogoś innego.Otóż, myślę, to poszukiwanie władcy mainstreamu, tego jednego, co siedzi i manipuluje, jest niepotrzebne. Nie ma jednej osoby, która miałaby taki wpływ, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w dobie wielu stacji radiowych i telewizyjnych, w dobie internetu. Ten mainstream jest wypadkową wpływów różnych postaci, różnych ośrodków. Więc i się przemieszcza - raz jedne rzeczy uważane są za normalne, innym razem inne.

No dobrze, zapyta ktoś, jeżeli ów mainstream to coś płynnego, to dlaczego w sprawie stanu wojennego media mówią jednym głosem, są takie a nie inne?

Jakby nie kombinować, najlepiej na to pytanie odpowiedział Karol Marks, który mówił, że to klasa panująca pisze swoją wersję historii, i ona jest pisana tak, żeby uzasadnić panowanie owej klasy. Trochę inaczej ujął to swego czasu Lech Kaczyński, mówiąc, że to zwycięzcy piszą swoją wersję historii.

I tak jest ze stanem wojennym - to zwycięzcy, czyli post-Solidarność pisze jego historię. I wszystko jest pisane w barwach biało-czarnych, gdzie wiadomo, kto w jakiej roli jest obsadzony.

Ubolewam nad tym.

Uważam, że w roku 2012 nie ma już potrzeby, by wmawiać ludziom biało-czarne schematy, by absolutnie lekceważyć racje drugiej strony. Że ten stan zakłamania, w gruncie rzeczy, szkodzi Polsce.

Nie ma już potrzeby udowadniania, że jedna strona miała rację, a druga nie, po to by tych pierwszych legitymizować, a tym drugim odmawiać prawa do czegokolwiek. To zostało już rozstrzygnięte - III Rzeczpospolita (a i Czwarta) to państwa post-Solidarności. Tu dla innych w przestrzeni tzw. "porządnych ludzi" miejsca nie ma. I to jest prawdziwa blokada, którą mamy w Polsce. Że dla jednych jest szybka ścieżka, a inni uderzają głową w sufit.

Co więcej, druga strona ten stan rzeczy zaakceptowała. Nie ma w Polsce 13 grudnia czegoś na kształt marszu oranżystów w Irlandii Północnej, czyli świętowania zwycięstwa nad "Solidarnością". Jakby nie liczyć, w to "zwycięstwo" zaangażowanych było parę milionów ludzi (wojsko, milicja, administracja, część PZPR, plus nieokreślona liczba sympatyków), a z tego grona nie zbierze się nawet paru tysięcy, by przeszli ulicami Warszawy. Czy dlatego, że te osoby uważają, że popełniały zło?

Oczywiście, pluton specjalny z kopalni Wujek popełniał zło, ale miliony innych jest przekonanych, że uratowali Polskę. Że Rosja Breżniewa nie miałaby wahań. Więc powód, by nie świętować 13 grudnia (i słusznie) jest inny. Bo nie można cieszyć się z "mniejszego zła".

Te miliony parę lat później włączyło się w budowę nowego porządku. Okazało się, że fanami "komunizmu" nie byli, że gdy pojawiło się dziejowe okienko wyrwania się ze strefy rosyjskich wpływów - byli za. Generałowie, którzy realizowali stan wojenny wprowadzali nas do NATO, oficerowie służb specjalnych budowali więzi sojusznicze z USA, bankowcy , którzy w latach 70. zaciągali długi, w latach 90. negocjowali (z powodzeniem!) ich redukcję o 50 proc., itd.

Takie są realne fakty, z których PiS wyciąga propagandowy wniosek, że po roku 1989 Polska niewiele się zmieniła, bo dawni "komuniści" nie zostali wycięci do zera. Więc bruździli, i dlatego III RP jest tak niedoskonała. Powiedzmy jasno - to jest wniosek i niezborny intelektualnie, i fałszywy. Po prostu, zbyt wielu ludzi PZPR i PRL-owskich służb kręciło się wokół Jarosława Kaczyńskiego i robiło kariery, by te jego opowieści brać na poważnie.

Zresztą, akurat w tej sprawie nie czynię Kaczyńskiemu zarzutu, bo gdzie by znalazł, na przykład, lepszego partyjnego skarbnika?

W tym wszystkim inna rzecz jest ważniejsza - otóż w dzisiejszej Polsce mamy całą armię ludzi, którzy na stan wojenny, na tamten czas, mają inny punkt widzenia niż nakazuje dzisiejsza propaganda, ale jest też tak, że nie za bardzo mogą o tym mówić. Oni swoją prawdę trzymają w jakimś ukryciu, przygłuszeni przez medialny mainstream. Takie mamy czasy, że łatwiej opowiadać, że jest się zwolennikiem krzyża na Krakowskim Przedmieściu, że się głosowało na Palikota, albo że jest się gejem, niż to, że jest się sympatykiem generała Jaruzelskiego.

Jak w takiej sytuacji możemy oceniać polską debatę polityczną, skoro prawie połowa obywateli nie może powiedzieć, co myśli? I jest traktowana, jeśli nie obelżywie, to w każdym razie jako ten gorszy rodzaj Polaka? Bo zwycięzcy napisali własną historię...

Myślę, że w imię prawdy, zakopywania podziałów, warto byłoby tych ludzi wysłuchać.

Robert Walenciak

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne