Reklama

Reklama

Wynik wyborów przesądzony?

Nie mam zamiaru tego ukrywać – lubię czas kampanii wyborczych, te dni, kiedy politycy naprawdę się starają, wychodzą z siebie, próbują myśleć o obywatelach, o państwie. Lubię nawet te różne haki, którymi w czasie kampanii strzela się w rywali, bo mają one swoją dramaturgię, choć tak naprawdę są mało skuteczne. No i słucham z zaciekawieniem tych niekończących się debat, dzielenia włosa na czworo – ile dana partia weźmie głosów, czy jej spada, czy rośnie, czym wyprzedza konkurencję.

Nieodłączną częścią tych debat są tzw. jęki partyjne, czyli różne tłumaczenia, publicystów i polityków, dlaczego jedni są bardziej popularni, a drudzy - mniej. W bieżącym sezonie dominują dwa, trzy takie jęki. Pierwszy, grany przez publicystów bliskich PO, że poparcie dla PiS wynika z tego, że ciemny lud dał się kupić za 500+. On te pieniądze bierze, cieszy się, wydaje na wódkę (spożycie alkoholu mamy najwyższe w historii, o wiele wyższe niż w czasach Polski Ludowej), i tak trwa zabawa. PiS daje - więc jest kochany. A poza tym, jest tak samo nieokrzesany jak ów lud, więc kochany jest podwójnie, jako swojak po prostu... Stąd i wynik wyborów jest poniekąd przesądzony. Ciemny lud, póki bólu w kieszeni nie poczuje, będzie na swojaków głosował.

Reklama

Rozumiem ten jęk, to jest stary inteligencki topos - że z jednej strony mamy szlachetną, patriotyczną inteligencję, a z drugiej chętne do złodziejstwa i zdrady chłopstwo. Które ściągnie buty martwemu powstańcowi. Ten schemat żył także w III RP. Kto śledził politykę, ten pamięta te okrzyki, po zwycięstwie SLD, że społeczeństwo nie dojrzało, że to wciąż homo sovieticus, a nie wolni ludzie. Albo później, gdy karierę robił Andrzej Lepper, że oto najgorsze prostactwo wpycha się na salony.

Więc te dzisiejsze opowieści o ludzie kupionym za 500+ są funta kłaków warte, i więcej dowiedzieć możemy się z nich o ich autorach niż o owym ludzie. Są mało prawdziwe i mało mądre. Nawiasem mówiąc, bardzo one cieszą PiS, bo po każdym takim popisie, oni zaraz wołają - o, proszę, jak obrażają Polaków!

A jęk numer 2? To opowieść, że wyniki wyborów już są znane, że wszystko przesądzone. Gdy to słyszę, przypominają mi się dwa wydarzenia. Pierwsze, to rok 1989, przed wyborami czerwcowymi. Kiedy jeden z ważniejszych wówczas sekretarzy PZPR, Zygmunt Czarzasty (nie łączy go żadne pokrewieństwo z obecnym Czarzastym) prezentował wyborczy optymizm, i w niego wierzył. "O, tu na dłoni - mówił wątpiącym - mam 60 proc. w wyborach do Senatu. I tylko martwi mnie, żeby Solidarność też coś miała, żeby nie była za bardzo skrzywdzona".

OK. Takie głupoty mówił człowiek, który nosa zza gabinetu nie wyściubiał. No to przypominam słowa człowieka mądrego, Adama Michnika, który zapowiadał zwycięstwo Bronisława Komorowskiego nad Andrzejem Dudą. I mówił, że musiałby pijany przejechać zakonnicę w ciąży na pasach, żeby stało się inaczej.  

A stało się inaczej. Choć żadna zakonnica na pasach nie legła.

Morał z tych opowieści jest prosty. Wybory, rzecz cykliczna, wyzwalają podobne emocje. Za każdym razem. I zmieniają się partie, zmieniają się politycy, a emocje, ich barwa, i argumenty, które słyszymy, są elementem stałym.

Jeżeli jesteśmy przy elementach stałych, to jest jeszcze jęk numer 3. Czyli powtarzające się rozczarowanie - że po bombardowaniu (propagandowym, hakowym etc.) przeciwnikowi nie spada, że wciąż ma swoje poparcie. Więc ci z PO są rozczarowani, bo rzucili na stół loty Kuchcińskiego - i nic. Rzucili aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości i opowieści małej Emi - i nic. Film Vegi "Polityka" - też nic nie zmienił. Więc wołają - PiS nic nie rusza! Oni kupili ciemny lud!

No to spójrzmy na to z drugiej strony. PiS wysłał w Polskę cysterny wstydu, które mają przypominać o bezeceństwach koalicji PO-PSL. PiS w mediach publicznych jest 24/24, tam jest chwalony niczym święty Antoni Padewski. No i Jarosław Kaczyński obiecał rzeczy wspaniałe - trzynastą i czternastą emeryturę, podniesienie płacy minimalnej do 4 tys. zł, płace na poziomie niemieckim itd. I co? I nic. PiS po takich strzałach powinien już mieć z 60 proc. poparcia. A tu stoi. Jest niczym pod Verdun. Im większy ostrzał, tym front stabilniejszy.

Więc może trzeba do ludzi inaczej?

Mam na ten temat własną odpowiedź. Otóż te wybory wygra ten, kto będzie bardziej chciał. Kto nie będzie bał się ludzi, będzie z nimi. To jest w podręcznikach politologii - że liczba uściśniętych dłoni przekłada się na liczbę głosów w urnie.

Duda bardziej chciał być prezydentem niż Komorowski - dlatego wygrał. Dziś jest podobnie - same błyski w mediach, czy spacery w otoczeniu sztabowców to za mało. Trzeba umieć przyciągnąć niezdecydowanych, umieć sprzedać wyborcom swą pasję. Spojrzeć im w oczy, przekonać. Nie bać się rozmowy, czy nawet przykrych słów.

Bo wyborcy też chcą wybrać kogoś prawdziwego, a nie plastik, bo tym telewizjom mało wierzą, wiedzą, że to bujda i propaganda. Więc szukają. I byle czym ich się nie złapie. Face to face. To jest główna barwa tej kampanii.

A jej treść? Jej stawka?

No cóż, stawka jest większa, niż większość z nas sądzi. Ale o tym przy innej okazji. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje