Reklama

Reklama

​Wojna PiS-u z sędziami. Sezon drugi

Miało być, jak zapowiadał Mateusz Morawiecki, normalnie. A wszystko wskazuje na to, że była to bujda, bo przed nami kolejna awantura. O sędziów.

Do Sejmu trafił projekt nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych, podpisany przez grupę posłów PiS. Media już go dokładnie opisały, więc nie ma się co nad jego treścią rozwodzić. A projekt jest drastyczny. Znalazł się tam m.in. zakaz podważania kompetencji innych sędziów poprzez badanie legalności ich powołania oraz "podejmowanie uchwał wyrażających wrogość wobec władz Rzeczypospolitej Polskiej".

Reklama

Co to znaczy, nie za bardzo wiadomo. W każdym razie za złamanie tych przepisów sędziom mają grozić kary dyscyplinarne, m.in. zwolnienie z urzędu lub przeniesienie na inne miejsce służbowe, albo też utrata miesięcznego uposażenia.

Komentarzy więc nie brakuje. Przytoczę tylko jeden, Ewy Łętowskiej. Że jest to projekt "niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy, ma zamknąć usta sędziom, zakazuje krytyki władz, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Polexit właśnie się dokonuje".

Opozycja już zapowiada w tej sprawie manifestacje. I najpewniej nie skończy się na jednej - bo nawet jeśli Sejm szybko ustawę przepchnie, to Senat będzie ją rozkładał na czynniki pierwsze.

PiS więc świadomie wchodzi w kolejną polityczną batalię. I teraz nasuwa się pytanie, po co tę wojnę rozpoczyna? O co tu chodzi, skoro miało być "normalnie"?

Jest kilka przynajmniej na to odpowiedzi, one zresztą się wzajemnie nie wykluczają. Oto one:

1. Bo PiS nie wie, co zrobić po wyroku TSUE i orzeczeniu Izby Pracy Sądu Najwyższego z 5 grudnia, w którym wskazano, że Izba Dyscyplinarna tego sądu nie jest sądem w rozumieniu prawa. A to de facto rozbija "reformę" PiS-u w sądownictwie. Więc mamy rządowy kontratak.

2. Bo inaczej PiS nie potrafi. Pisałem o tym wiele razy, Jarosław Kaczyński tak ma, że nie potrafi działać inaczej, niż kreując awantury. Taki był jeszcze w czasach, gdy służył Wałęsie, taki jest i teraz. Więc znów zaczął wojnę. Pokazał wroga, ma strzelaninę, obóz prawicy wokół siebie zjednoczony i zmobilizowanych wyborców.

3. Bo PiS-owi potrzebna jest kolejna zwycięska wojna. Ta hipotezą łączy się po trosze z wcześniejszą. Jeżeli bowiem partia rządząca przyzwyczaiła swoich zwolenników do kolejnych kampanii, a to przeciw lekarzom, a to przeciw nauczycielom itd., to nie może nagle udawać formacji spokojnej. Lud chce adrenaliny. A nic tak dobrze władzy nie robi, jak "mała, zwycięska wojna". Przypomnijmy sobie zresztą "wojny" poprzednie - im większe wzbudzały emocje, tym PiS w sondażach zyskiwał. Dlaczegóż więc nie miałby zyskać i tym razem? Przejąć polityczną inicjatywę, zwiększyć poparcie? Może to jest sposób na mobilizację "swoich" wyborców? Zwłaszcza, że lud sędziów nie kocha, i bije brawo, gdy władza dokręca im śrubę.

4. Bo władzy puszczają nerwy. Cztery lata PiS z sędziami się mocuje, i idzie mu to słabo. Owszem, ma w środowisku swoje przyczółki, ale pełni władzy nie posiada. A poza tym co chwila różni sędziowie tę władzę boleśnie szczypią, złośliwie komentując jej działania. Więc nie dziwmy się okrzykom Andrzeja Dudy - "poziom zakłamania tego towarzystwa i jego hipokryzji mnie osłabia!". Te słowa dość wiernie oddają stosunek PiS-owców do "nadzwyczajnej kasty". Oni chcą w końcu sędziom dokopać. Więc to czynią.

5. Bo władza chce wreszcie zamknąć kwestię "oczyszczenia sądów". To wersja najchętniej opowiadana przez PiS. Że mamy zamkniętą grupę, zanurzoną po szyję w układach z PRL-u, i trzeba to oczyścić, a wtedy będziemy mieli sądy sprawne, szybkie i sprawiedliwe. Tak mówi Jarosław Kaczyński, tak mówi też Marek Suski, który snuł wersję, że ten PRL, jeśli chodzi o młodszych sędziów, to po prostu się "replikuje". Czyli młodsi zarażają się od starszych. Suski powtarza więc tezy z głębokiego PRL, ze stalinowskich czasów, że trzeba usunąć z uniwersytetów przedwojennych profesorów, bo oni źle wpływają na młodzież.

Na marginesie tego wszystkiego - sam od ręki jestem w stanie wymienić kilka, a może i kilkanaście przykładów sądowych wyroków, które kłócą się z poczuciem sprawiedliwości, i które jak najgorzej świadczą o tych, którzy je wydali. Sądy wymagają naprawy, to jest oczywiste. Kłopot tylko w tym, że PiS wołając o tym, wcale sądów nie naprawia. W najnowszym sondażu SW Research aż 55,4 proc. ankietowanych uważa, że sądy funkcjonują gorzej po reformach PiS. A tylko 17,6 proc. respondentów mówi, że się poprawiło. Wyraźnie więc widać, że hasło reformy sądów jest PiS-owi potrzebne po to, żeby je przejąć, i podporządkować. Żeby wyroki były takie, jakie dyktowane będą z centrali PiS. Poza tym, za sprawą "Małej Emi" doskonale wiemy, co to za ekipa zamierza sądy przejąć. Jakie jest morale tych ludzi, ich metody działania, poglądy, jakie są ich cele. I proszę mi nie wmawiać, że te osoby znalazły się w Ministerstwie Sprawiedliwości, na bardzo wysokich stanowiskach, przypadkowo.

6. Są jeszcze inne hipotezy tłumaczące, dlaczego Kaczyński znów poszedł na wojnę z sądami. Jedna z nich głosi, że chodzi tu o przykrycie afery Banasia. Już wiadomo, że Marian Banaś nie zniknie z dnia na dzień, tylko zamierza w NIK trwać. Więc dzięki wojnie o sądy, która media zaabsorbuje, uda się go usunąć w cień.

7. No i wymieniłbym jeszcze jeden powód - to element walki o władzę w łonie Zjednoczonej Prawicy. Ona, po październikowych wyborach, rozgorzała na nowo, Gowin kontra Ziobro, oni obaj kontra zakon PC... A każda informacja o kłopotach zdrowotnych Jarosława Kaczyńskiego tę walkę rozpala. Wojna o sądy jest znakomitym narzędziem do wzmocnienia pozycji na prawicy. Bo na osobie, która będzie ją prowadzić koncentrować się będą zainteresowanie i emocje wyborców prawicy.

Mamy więc kilka hipotez, które tłumaczą, dlaczego PiS wchodzi w bój o sądy, które odzwierciedlają stan ducha ludzi PiS-u. Choć w tym wszystkim brakuje jednego - czy Kaczyński i jego współpracownicy mają wyobrażenie, czym taka wojna się skończy? Nawet zakładając zwycięstwo PiS-u?

Nie ma dwóch zdań, skończy się to kolejną wojną z Unią Europejską. I rosnącym przekonaniem w krajach na zachód od Odry, że Polska to nie jest Europa, że to takie coś innego.

Po drugie, skończy się to dewastacją sądów. Głębokim podziałem środowiska, upadkiem jego autorytetu, awansem różnego rodzaju miernot, nie na podstawie kompetencji, tylko umiejętności podlizania się rządzącym.

Sędziowie z tej smuty wychodzić będą długo. Tam przez lata będzie się mówiło, kto uległ PiS-owi, a kto był niezłomny.

Po trzecie, następcy PiS-u (bo chyba nikt nie wierzy, że ta partia będzie rządzić do końca świata) wejdą w jego buty, i - mając gotowe ustawy - wybiorą swoich sędziów, którzy zgnoją tych PiS-owskich. Będzie kolejne łamanie charakterów. I bez kłopotów znajdą się tacy, którzy partii Kaczyńskiego służyli, a teraz będą chcieli zrehabilitować się w oczach kolejnej ekipy. Wiadomo, jak...

Bo z instytucjami jest jak z tym słynnym angielskim trawnikiem. Żeby był gęsty i zielony, trzeba go wałować, kosić, nawozić, podlewać, i tak przez sto lat. A nie co parę miesięcy przekopywać, siać itd., i głośno krzyczeć, że już za chwilę będzie piękny. No, nie będzie...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy