Reklama

Reklama

Wojna o sądy i duch Lenina

PiS do wojny z sądami rzucił wszystko co posiada. PiS-owskie gazety krzyczą na pierwszej stronie, że Sąd Najwyższy walczy z demokracją. Zbigniew Ziobro z kolei stwierdził, że uchwała Sądu Najwyższego jest nieważna, co samo w sobie jest bardzo interesującym i raczej niespotykanym w cywilizowanych krajach ruchem. Z kolei prezydent Duda nawołuje górników, by z sędziami zrobili porządek. "Może właśnie do was, twardych ludzi Solidarności, górników, hutników, ludzi ze Śląska, z Zagłębia, ludzi twardych branż, może właśnie do was najmocniej trzeba powiedzieć te słowa - o wsparcie" - wołał podczas spotkania z górniczą "Solidarnością". Do tego dorzućmy pomniejszych polityków i publicystów, którzy deklarują, że mają w nosie to co mówią sędziowie, bo interesuje ich opinia "Polaków".

Idzie więc na ostro, pytanie tylko - dokąd to wszystko nas zaprowadzi?

Reklama

Otóż, niestety, ta wojna prowadzi nas w miejsca bardzo niebezpieczne.

Wiem, wiem - wszyscy o tym piszą. Że podporządkowanie sądów PiS-owi oznacza likwidację trójpodziału władz. Powrót do PZPR. I sytuację, w której władza będzie dysponować ciągiem technologicznym - będzie miała swojego policjanta, który zatrzyma, swojego prokuratora, który oskarży, swojego sędziego, który wyda wyrok, i swojego dziennikarza, który to wszystko opisze.

Ba! To wszystko za chwilę oznaczać będzie chaos prawny, a gdzieś na końcu drogi - wyprowadzenie Polski z Unii. Choć, z drugiej strony, trudno uwierzyć, by Polacy na to pozwolili.

To są niebezpieczeństwa widoczne gołym okiem. Sęk, w tym, że może być jeszcze gorzej.

Wojna o sądy psuje bowiem nie tylko Polskę i jej pozycję w Europie, ale psuje przede wszystkim samych Polaków. A to jest groźniejsza choroba, i trudniej ją leczyć.

Psuje w dwojaki sposób.

Na początek posłuchajmy, jak PiS walczy z sędziami, jakiego używa języka. Odwołuje się w nim do antyelitarnego resentymentu, że z jednej strony są jacyś profesorowie, a z drugiej - Polacy.

"Sędziowie są sługami polskiego społeczeństwa, nie odwrotnie" - to słowa Andrzeja Dudy. - "Jakoś dziwnym trafem te sędziowskie elity, same siebie nazywające kastą, co woła o pomstę do nieba, nie pokazały na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci żadnego konstruktywnego programu, który rzeczywiście prowadziłby do naprawy wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie ci uważają się za nietykalnych. I walczą o zachowanie przywilejów, które mają jeszcze z czasów PZPR".

"Ja mam w nosie tych 60 profesorów, bo ja jestem za Polakami" - tak mówi wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski, poseł Solidarnej Polski.

Podobną melodię w swych wypowiedziach grają też inni politycy PIS i publicyści z tą partią sympatyzujący.

Oni pewnie sobie z tego do końca sprawy nie zdają, że mówią językiem różnych, mniej lub bardziej brutalnych dyktatur. One legitymizowały się w ten sposób, że deklarowały, iż są głosem ludu, i że ten lud bronią przed wszelakim złem. To mogło być zło zewnętrzne, źli sąsiedzi, mówiący obcymi językami, albo - wewnętrzne, czyli zepsute elity, czy jakieś mniejszości. Zawsze jakiś wróg musiał istnieć. To jest też język bolszewików. "Oczyścimy Rosję na dobre!" - wołał Lenin, przygotowując listy inteligentów - do wygnania z Rosji lub zamknięcia w więzieniu. I pisał do Gorkiego: "intelektualne siły robotników i chłopów rosną i krzepną w walce o obalenie burżuazji i jej popleczników, intelektualistów, lokajów kapitału, uważających się za mózg narodu. Tymczasem to nie mózg, lecz gówno".

Oto słowa, które ranią. Które dzielą społeczeństwo. W ten sposób niszczy się poczucie wspólnoty, chęć współpracy, wzajemne zaufanie. Ta trucizna działa przez wiele lat. Osłabia państwo, rozbija je.

Taki stan jest nie do zaakceptowania zarówno dla konserwatystów, którzy przywiązują wielką wagę do ładu, do porządku, jak i dla socjaldemokratów, zakładających współpracę wszystkich grup społecznych.

Ta trucizna niesie ze sobą jeszcze inne konsekwencje, dotyczące rozwoju państwa.

Jakie kraje w czasach nowożytnych odniosły największe sukcesy? Jakie się liczą w świecie? Odpowiedź jest prosta - te, które kształcą obywateli. Które postawiły na wiedzę, na kompetencje.

Kraje anglosaskie nie dominowałyby nad światem, gdyby nie sieć ich znakomitych uniwersytetów, które wykształciły armie uczonych i biznesmenów. "Jakie by było moje życie, gdybym urodził się w Peru? Jaką bym tam zrobił karierę?" - to słowa Warrena Buffeta.

Szacunek dla ludzi wykształconych, dla ich wiedzy, umiejętności - to cecha charakterystyczna Zachodu. Jakże dumni ze swoich inżynierów są Niemcy. I jak biją dziś na alarm, że wyjeżdżają im do Ameryki i do Szwajcarii. Brytyjczycy jako główne zagrożenie brexitu podają możliwość wyjazdu najlepszych fachowców na kontynent. Tego się boją!

Chiny nie wepchnęłyby się, w ciągu trzydziestu lat, na drugie miejsce w świecie, gdyby nie postawiły na naukę, na edukację. To nie było proste. W czasach rewolucji kulturalnej inteligentów wysyłano na wieś, by orząc, pasąc krowy, uczyli się odpowiednich wzorców od ludzi pracy. Deng Xiaoping to całkowicie odwrócił, zmieniając status intelektualistów z "dziewiątej, śmierdzącej kategorii", na pierwszą kategorię.

Merytokracja to dominująca cecha najważniejszych państw. Przysłowie chińskie głosi: "planujesz na rok - sadź ryż, planujesz na 10 lat - posadź drzewo, planujesz na 100 lat i następne pokolenia - kształć dzieci".

Tymczasem w Polsce władza odnalazła szczególną radość pomiatania ludźmi wykształconymi. Podważania autorytetu lekarzy, sędziów, nauczycieli... I nie mam wątpliwości - nie pozostaje to bez echa. Kształtuje poglądy, postawy.

Z punktu widzenia narodu, jego przyszłości, to jest jak cios w plecy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje