Reklama

Reklama

Weźcie się wreszcie za tę ustawę!

Wylało się! Pieniądze lubią ciszę, a tymczasem te wyszły na świat i święcą ludziom w oczy. Myślę o reprywatyzacji warszawskiej, czyli o zwracaniu byłym właścicielom (a raczej handlarzom, skupującym ich roszczenia) kamienic i placów znacjonalizowanych tzw. dekretem Bieruta.

Do tej pory to zwracanie odbywało się w ciszy, a teraz - czy to na skutek kampanii wyborczej, czy po prostu dlatego, że miarka się przebrała - trąbi się o tym na lewo i prawo. I tak właśnie ma być! Głośniej nad tą trumną! To jest najważniejszy temat kampanii!

Reklama

Miejmy świadomość, o jakich sumach jest mowa. Wartość wszystkich nieruchomości warszawskich, które mogą zostać objęte roszczeniami, oceniana jest na ok. 35 miliardów zł. To znaczy - takie są najniższe szacunki, bo na przykład Hanna Gronkiewicz-Waltz mówi, że 15 proc. wartości tych nieruchomości to 27 mld zł. Dodajmy teraz jeszcze jeden element - sprawami roszczeń zajmuje się w Warszawie kilkanaście kancelarii, a tak "na ostro" - kilka. I jeżeli uda im się przejąć choćby co dziesiątą nieruchomość, to do ich kieszeni mogą trafić dobra warte przynajmniej 3,5 mld zł!

Powiedzmy sobie szczerze, nie ma dziś w Polsce lepszego biznesu! O takie pieniądze toczy się gra i - nie mam złudzeń - tu wszystkie chwyty są dozwolone.

W samej Warszawie roszczeniami wynikającymi z dekretu Bieruta objętych jest w tej chwili prawie 2 tysiące nieruchomości, z reguły położonych w atrakcyjnych punktach miasta. Są to kamienice, a także szkolne budynki, boiska, przedszkola, parki.

Warszawa sukcesywnie te nieruchomości zwraca, a nowi właściciele działają standardowo - jeśli w kamienicy są lokatorzy, to podnoszą im czynsz, a potem zachęcają do wyprowadzki. Też standardowo: a to odcinając wodę, a to zdejmując dach, a to w rozmaity sposób zastraszając. Żeby poszli won. Jeśli trafi im się szkoła lub przedszkole - też każą im się wynosić. Jeśli boisko - to bez skrupułów stawiają tam biurowiec.

Oni biorą zyski, miastu zostawiając kłopoty - co zrobić z wyrzucanymi lokatorami, gdzie przenieść szkołę itd. Miasto wobec tej plagi zachowuje się jakby było sparaliżowane. Dlaczego?    

Pytani o to włodarze miasta odpowiadają tak, jakby mieli gorączkę. Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła na przykład: "Pamiętajmy, że rząd Jerzego Buzka uchwalił ustawę reprywatyzacyjną, prezydent Kwaśniewski ją zawetował".

Mój Boże, Kwaśniewski projekt ustawy reprywatyzacyjnej zawetował w roku 2001... Nawiasem mówiąc, jak najbardziej słusznie, bo ta ustawa była bardzo źle napisana. A Kwaśniewskiego chwalił za weto m.in. Andrzej Olechowski, ojciec założyciel PO.

No dobrze, Hanna Gronkiewicz-Waltz i cała gromada prawicowców uważają, że prezydent postąpił wtedy źle. Ale od tego czasu minęło 13 lat, dwa lata rządów PiS i siedem lat rządów PO! Jedni i drudzy mogli w tym czasie uchwalić ustawę regulującą warszawską reprywatyzację, taką, jaką by chcieli. Więc co ich sparaliżowało?

Przypomnę: Hanna Gronkiewicz-Waltz jest wiceprzewodniczącą PO, Bronisław Komorowski mieszka w Warszawie, Donald Tusk był ostatnio posłem z Warszawy. Tych posłów Platformy z Warszawy, prominentnych, mających wszędzie wejścia, jest  o wiele więcej. I co? Co ich powstrzymało, że nie chcą bronić miasta?

Zresztą, jest to temat ogólnopolski. Po II wojnie światowej Warszawa była morzem ruin. Więc dekret Bieruta, nacjonalizujący grunty warszawskie (ale nie kamienice), był nieodzowny, by miasto można było odbudować. Alternatywa była prosta - zostawiamy morze ruin i przenosimy stolicę do Łodzi albo Krakowa. A do Warszawy niech jeżdżą wycieczki, tak jak do Auschwitz czy Czarnobyla.

Wybrano wariant odbudowy i to cały naród budował swoją stolicę. Dlaczego więc teraz, po tym, jak naród ją odbudował, ma to wszystko wpaść w ręce niedużej gromadki jakichś dziwnych osób? Bo zabrane trzeba zwrócić? Czy na pewno? Więc cofnijmy reformę rolną! Zwracajmy kamienice Niemcom we Wrocławiu i Żydom w Łodzi, Górze Kalwarii i innych sztetlach... Nie ma chętnych? I słusznie, gdyż wojna zmienia świat.

Rozumiały to elity II RP, na które naciskano, by Polska oddała majątki skonfiskowane przez cara powstańcom styczniowym. II RP tych majątków nie oddała, tłumacząc, że jest na to za biedna, że jest inny czas. Że dobro wspólne stoi przed dobrem pojedynczej osoby. A ustawa reprywatyzacyjna, którą przyjęto w roku 1932, była więcej niż symboliczna.

Dlaczego więc elity III RP nie potrafią tak się zachować? Antykomunizm wypalił im mózgi?

Opowiadano mi, że wciąż w polskiej wyobraźni dominuje obraz dawnego właściciela - pana z laseczką, któremu zabrano kamienicę, dorobek pokoleń, i on teraz, po latach biednego życia, nie chce nic więcej tylko sprawiedliwości. To piękny obrazek, ale niewiele mający wspólnego z rzeczywistością. Bo dziś, zamiast byłych właścicieli, łapy wyciągają handlarze roszczeniami, bogate kancelarie. A potem wyrzucają na bruk starych, schorowanych ludzi, wołając o "świętym prawie własności".

To jest ta gra. O miliardy. Miejmy tego świadomość. I nie dajmy się na nią nabrać. I miejmy świadomość, że nacjonalizacja gruntów miejskich, a w zasadzie morza ruin, to nie jest rzecz niezwykła - tak na przykład postąpiono po wojnie w Rotterdamie. I tam Strasburga ani miejscowych sądów się nie boją.       

No dobrze, więc jak wytłumaczyć prosty fakt, że Platforma przez siedem lat rządzenia nie rozwiązała tej sprawy? Że każdy rok kosztuje Warszawę setki milionów, a PO nic? Są tylko dwa wytłumaczenia, oba dla Platformy nieprzyjemne.

Pierwsze jest proste - ekipa PO nie wiedziała, jak się za to zabrać, to są dyletanci, więc sprawę odkładano, niech martwią się następcy, po nas choćby potop. Drugie wytłumaczenie jest groźne - wiedziano, jak się za to zabrać, ale nie chciano. Z przyczyn, które powinny wyjaśniać określone służby.

Oczywiście, nie rozstrzygniemy tutaj, jak jest naprawdę. Ale możemy zrobić coś pożytecznego i zawołać: panie posłanki i panowie posłowie, weźcie się wreszcie za tę ustawę!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy