Reklama

Reklama

Weto prezydenta będzie wydarzeniem drugorzędnym

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że prezydent Duda zawetuje uchwaloną przez PiS ordynację do Parlamentu Europejskiego.

Nie czarujmy się, to weto, jeżeli nastąpi, to będzie wydarzenie co najwyżej drugorzędne. Ono rozpala emocje kilkudziesięciu polityków, którzy przymierzają się do dobrze płatnych foteli europosłów, ich rodzin, no i może jeszcze tych kilkudziesięciu tysięcy fanów polityki, dla których wszystko jest ważne. Tyle. Po co więc o tym piszę? A to dlatego, że cała sprawa ma swoje drugie, a nawet trzecie dno. Że, owszem, jest to prosta polityczna gra - i o niej zaraz parę słów. A potem o czymś sto razy ważniejszym.

Reklama

Zacznijmy od tej gry.

Jest w świecie polityki przekonanie, że kampania do Parlamentu Europejskiego to najprostszy sposób na wylansowanie nowego projektu politycznego. Bo nie trzeba struktur, wystarczy kilka nośnych nazwisk, i już jedzie. Zwłaszcza, że są to wybory cieszące się niską frekwencją, wystarczy więc zmobilizować "swoich" i można mieć całkiem niezły wynik, i trampolinę do dalszej walki.

Minione sukcesy LPR czy "Samoobrony" tezę tę potwierdzają.

Dlatego też już od paru miesięcy mogliśmy usłyszeć, że szykowane są różne "europejskie" inicjatywy, zarówno po lewej jak i po prawej stronie. Mówiono więc o "liście Tuska", z której mieliby startować wskazani przez niego politycy, o "liście Biedronia", którą miał zamieszać na lewicy, oraz o miksie korwinowców, narodowców, wszystkiego na prawo od PiS. Do tego dodajmy jeszcze jedną inicjatywę, hipotetyczną, ale za to taką, której Jarosław Kaczyński rzeczywiście się obawia - listę Antoniego Macierewicza.

Więc ta nowa ordynacja, którą PiS przyjął w szybkim tempie, te wszystkie możliwości blokowała. Bo realnie podnosiła próg wyborczy do około 15-16 proc. W prosty sposób - nowa ordynacja zakładała wybory w okręgach, które byłyby 3-4 mandatowe. Czyli, mandaty trafiałyby do dwóch największych partii - w okręgu czteromandatowym w układzie 2:2, w trzymandatowym - 2:1.

W ten sposób mandatami podzieliłyby się PiS i PO, a wszelkie nowe inicjatywy sczezłyby w boju.

Dla PiS było to więc opłacalne - nowa ordynacja zapewniała tej partii większość mandatów, no i przede wszystkim blokowała polityczny ruch Macierewicza. Oraz utrzymywała dominację PO i Grzegorza Schetyny po stronie opozycji, co - jak wiadomo - Kaczyńskiemu służy.

Cóż więc się stało, że w pewnym momencie PiS przestał tej ordynacji bronić?

Otóż, zmieniły się okoliczności. Po pierwsze, Kaczyńskiemu udało się spacyfikować Macierewicza, i już wie, że Antoni nic poza PiS-em nie będzie organizował. Po drugie, nagle się okazało, że opozycja gotowa jest stworzyć jedną, wspólną listę. I w ten sposób PiS zderzyłby się z blokiem, i zdobyłby mniej mandatów niż przy obecnej ordynacji. Dlatego tak bez żalu jest gotów z nową ordynacją się pożegnać.

A apele do Andrzeja Dudy, o weto? Delegacje Kukiza, PSL-u i Partii Razem, by prezydenta przekonywać? To miła okazja, by pokazać zatroskaną twarz Pierwszego Obywatela. I o czymś zadecydować.

A list rzecznika Episkopatu? Z sugestią, by prezydent ordynację zawetował?

O, to już jest inna liga!

Na pierwszy rzut oka list jest dziwaczny - bo jak wytłumaczyć, dlaczego Kościół wtrąca się w sprawy ordynacji wyborczej, tu żadnych prawd wiary przecież nie ma. Po drugie, były inne sprawy, znacznie poważniejsze, typu niezależność sądów czy sprawa niepełnosprawnych, przy których Kościół umył ręce, wybrał milczenie.

Dlaczegóż więc poucza przy sprawie ordynacji do Parlamentu Europejskiego? I wygłasza takie na przykład opinie, że "prawo wyborcze powinno służyć społeczeństwu i dobru wspólnemu, a nie tylko największym partiom politycznym". I że "dominujące partie nie mogą traktować swojej pozycji jako przywileju chronionego przed obywatelami".

Nie ma dwóch zdań, to są bardzo słuszne opinie, podpisuję się pod nimi jedną ręką i drugą, ale przecież nie sposób się nie zapytać, cóż się stało, że nagle w takiej sprawie Kościół zabrał głos?

A może, mówiąc o ordynacji do Europarlamentu, mówił też o ordynacji do Sejmu? Bo do niej też PiS robi przymiarki, też jest ochota, by ją poprawić. By, w efekcie, trwale w Polsce wprowadzić system dwupartyjny, a raczej - dwublokowy. I przed takim rozwiązaniem Kościół się broni.

Najzupełniej słusznie, bo jak dowodzi praktyka ostatnich lat, taki system odbiera biskupom podmiotowość. Jarosław Kaczyński wciągnął polski Kościół w swoją grę, prezentując się jako główny obrońca Kościoła, reprezentant jego interesów i ich gwarant. A w zasadzie - jedyny, bo gdzie tu konkurencja? Tym sposobem załatwił sobie darmowych agitatorów po parafiach, a i często wśród hierarchów. Kościół - przybudówką PiS? Oczywiście - nie. Ale w tym kierunku to zmierza.

Oczywistym jest, że hierarchowie chcieliby takiej sytuacji uniknąć. Dla nich lepszy jest system z kilkoma partiami, relatywnie słabymi, których nie trzeba się bać. Apel o weto dla ordynacji, to ruch biskupów w kierunku obrony własnej niezależności. Bo w systemie dwublokowym, w którym jedni chcą dać Kościołowi wiele, a drudzy chcą zabrać, to biskupi nie mają wielkiego wyboru.

Bo w ogóle system dwublokowy, w polskich warunkach, jest nieszczęściem, niszczącym życie publiczne.

System dwublokowy preferuje dyscyplinę, i twardą postawę wobec przeciwnika. To jest system dwóch armii, które maszerują jedna na drugą, podporządkowanych wodzowi, zdyscyplinowanych. W którym największymi cnotami jest lojalność wobec wodza, i nieustępliwość.

System wielu partii preferuje inne cechy. Przede wszystkim umiejętność dogadywania się, zawierania sojuszy. W tym systemie hejterzy, trafiają na margines, bo są nieefektywni. Najwyżej cenieni są za to ci, którzy są kompetentni, i nie palą mostów - bo dzisiejszy przeciwnik za parę tygodni może być koalicjantem.

W Polsce od roku 1993 mamy praktycznie system dwublokowy. On dzielił Polaków, z roku na rok coraz mocniej, a w ostatnim czasie to już przekroczyło dopuszczalne granice.

Można z tym skończyć. Wystarczyłoby zlikwidować 5-procentowy próg wyborczy i zagwarantować duże okręgi wyborcze, przynajmniej 20-mandatowe. W ten sposób każdy polityk, cieszący się poparciem wyborców, mógłby startować do Sejmu i miałby szansę na sukces. A poparcie partyjnego wodza byłoby dla niego drugorzędne. Parlament odzwierciedlałby polityczny kształt społeczeństwa. Więc nie byłoby grup wyrzuconych poza nawias. I - z drugiej strony - partyjnych hord, które biorą wszystko.

I znów zaczęlibyśmy rozmawiać ze sobą, a nie tylko obrażać. Cóż za wspaniała perspektywa!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne