Reklama

Reklama

Utopiło się 350 Polaków. Tak źle jeszcze nie było

Czy to nie jest dziki kraj? Kraj dzikich plaż, dzikich kąpielisk, dzikich obyczajów nad wodą... I dzikich reakcji na plagę tego lata - od maja utopiło się już 350 Polaków! Tak źle jeszcze nigdy nie było... i nic.

Zamiast refleksji, choćby najbardziej prostej, mamy głupie tłumaczenia. Że gorąco, więc ludzie kąpią się więcej, że częściej wchodzą do wody, no i, prawem statystyki, częściej się topią. Że sami sobie winni, bo pchają się do rzek i jezior, a nie potrafią pływać. Albo próbują pływać po pijanemu.

Reklama

Przecież są dorośli, więc jakiś poziom odpowiedzialności powinni wykazywać. Poza tym, czy na każdym skrawku nad wodą mamy ustawić policjanta? A co do dzieci - mają przecież rodziców, to rodzice powinni je pilnować... I tak dalej. Jednym słowem, Bóg tak chciał, ludzie topią się z własnej nieprzymuszonej woli i winy, pozostaje nam jedynie zmówić za nich modlitwę, koniec, kropka.

Otóż, myślę, że sprawa jest bardziej skomplikowana. W krajach zachodnich takiej skali utonięć nie ma. W Holandii, jak gdzieś wyczytałem, latem utopiło się raptem 14 osób, z tego czwórka to Polacy, więc skala to nieporównywalna. Po drugie, istotą każdej cywilizacji jest wyciąganie wniosków z nieszczęść i im zapobieganie. 350 utonięć to niewątpliwe nieszczęście. Więc tym bardziej dziwi, że przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Na zasadzie, że nic się nie da zrobić...

Powiem więcej: to milczenie (i zarazem przyzwolenie na kolejne nieszczęścia) jest bardzo niepokojące, świadczy bowiem o tym, że nasza debata publiczna jest w uwiądzie. Że staliśmy się niewolnikami różnych PR-owców, spin-doktorów, że ruszają nas sprawy, które oni nam serwują, ich sprawy, a nie te realnie ważne. Że jesteśmy niesamodzielni.

Czym troska się Donald Tusk i jego partyjni koledzy? Dowiadujemy się tego z ujawnionego nagrania spotkania działaczy PO z Dolnego Śląska z premierem. Że trzeba wywalić "pisiora", który pracuje w MSW. Z tym przychodzą działacze PO do premiera, takie sprawy ich obchodzą, a on im basuje. A po drugiej stronie, tej od Kaczyńskiego, mamy czterdziestą miesięcznicę katastrofy smoleńskiej, mszę, kolejną manifestację i przemówienia, że "prawda zatriumfuje", że męczeństwo nagrodzone zostanie pomnikiem i tak dalej.

Jedni rozdrapują posady, wywalają z nich prawdziwych lub wydumanych wrogów, drudzy lewitują, zadymieni miesięcznicami, rocznicami i marzeniami o rewanżu. Za to zgodnie, jedni i drudzy, szczują na rywali swych zwolenników. Niestety, tak dziś wyglądają zajęcia głównych polskich polityków. Gdzie więc im zajmować się  tym, że Polacy się topią...

A powinni tym się zająć.

Władza państwowa ma bowiem wiele narzędzi, by określone działania wymuszać. Przykładem niech tu będzie Felicjan Sławoj Składkowski, który jako minister spraw wewnętrznych (ucz się Sienkiewiczu!) na początku lat trzydziestych wymusił na wielomilionowej rzeszy chłopów budowanie wychodków i malowanie płotów. Przełamał wielusetletni obyczaj. Naprawdę, doceńmy to, że w ciągu paru lat miliony ludzi przestały chodzić za potrzebą za stodołę.

A co dziś władza może zrobić? Masę rzeczy. Może egzekwować lekcje pływania dla dzieci i zachowania się nad wodą. Może wspomagać akcje letniego wypoczynku dla najmłodszych. Może wspomagać akcje zagospodarowania przez samorządy dzikich lub zaniedbanych kąpielisk. Bardzo często wystarczą niewielkie pieniądze, niewielki procent tych, które wydano na Orliki, żeby nawet w mało ciekawym miejscu pojawiła się plaża, ratownik, knajpka... Kawałek cywilizacji.

To przecież jest proste - większość ludzi, mając do wyboru zagospodarowane, czyste miejsce do biwakowania i pluskania albo dzikie chaszcze, wybierze to pierwsze. Ładne miejsca przyciągają - i tych, którzy chcą odpocząć, orzeźwić się, i tych, którzy mają pomysł, jak na plażowiczach zarobić. Łatwo również strzec takich miejsc. Jest jeszcze problem picia alkoholu nad wodą - to także można w miarę bezboleśnie uregulować. Policja też częściej może zajrzeć nad wodę, a nie siedzieć w krzakach z radarem czy obstawiać tirówki.

Innymi słowy: jest pakiet działań, na szczeblu centralnym i samorządowym, które - po wdrożeniu - sprawiłyby, że wypoczynek nad wodą byłby przyjemniejszy, w cywilizowanych warunkach, i bezpieczniejszy. A liczba utonięć zdecydowanie by spadła.

Polskę można zmienić. Ale żeby tak się stało, trzeba wziąć się do roboty, a nie szukać "pisiora" w MSW albo narzekać na zdrajców i złych ludzi w rządzie.    

Dowiedz się więcej na temat: policja | woda | statytystyki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne