Reklama

Reklama

Trzymam stronę Anonimusów

Co tu dużo gadać - podobają mi się ataki Anonimusów (tak ich na swój prywatny użytek nazywam) na rządowe serwery. Na strony kancelarii premiera, ABW, CBŚ, Sejmu i jeszcze innych instytucji. Trzymam ich stronę w wojnie przeciwko ACTA.

I żeby była jasność - nie czynię tego, bo czuję że tak wypada, albo że cieszą mnie wpadki rządu, albo że boję się złośliwości internautów i tak dalej. Nic z tych rzeczy - moja sympatia kształtowana jest przez dwa elementy, jeden ważny, drugi mniej.

Reklama

Zacznijmy od tego mniej ważnego - myślę po prostu, że w większości z nas tkwi odruch przekory, buntu, postawienia się mądralom. Robin Hood, Janosik, to są te klimaty.

Ale cała sprawa ma także swoje jak najbardziej poważne oblicze.

Oficjalnie ustawa przedstawiana jest jako próba znalezienia złotego środka pomiędzy ochroną praw intelektualnych a wolnością wypowiedzi. No i jako krok w kierunki walki z internetowym piractwem.

Taka jest teoria. I myślę, że mało kto temu się sprzeciwia - piratów, czyli złodziei, internetowych bądź innych, nikt rozsądny bronić nie zamierza. Tylko że - odnoszę wrażenie - pod pozorem walki z piratami wprowadzane są przepisy, które wprost prowadzą do zanegowania wolności w sieci i zagrażają wolnościom obywatelskim. Ba, wciągają prywatne instytucje, jakimi są dostawcy internetu, w działania policyjne - bo to na nich ma spoczywać śledzenie POTENCJALNYCH piratów, rejestrowanie informacji, jakie przesyłają i tak dalej.

Mamy więc oto zderzenie dwóch filozofii funkcjonowania społeczeństwa. Pierwszej, liberalnej, stawiającej na pierwszym miejscu wolności obywatelskie, i drugiej, opresyjnej, zakładającej, że rację ma państwo i jego organa. W imię ładu, bezpieczeństwa i porządku. I że temu państwu trzeba pomagać.

I tylko można się zdziwić, że partia, która odwołuje się do liberalnych korzeni, stając w obliczu sporu wolność kontra porządek, wybrała porządek. Czyli strzeliła sobie w stopę. Co zresztą pokazuje jaką ewolucję przeszła.

Ten spór nie jest łatwy do rozstrzygnięcia, jeśli chodzi o Polskę można wręcz postawić tezę, że w ostatnich latach górą byli w nim zwolennicy porządku. Bo to byli ci, którzy domagali się ostrzejszych wyroków sądowych, bardziej represyjnego prawa, i więcej uprawnień dla policji i prokuratorów. Pożywką dla takich postaw był przeświadczenie, że na ulicach czyhają na obywateli gromady bandytów, że Polska jest rozkradana i tak dalej.

Krótki okres rządów PiS-u pokazał, że wiara, iż oto grupa policjantów i prokuratorów zaprowadzi w społeczeństwie ład i porządek, jest naiwna.

Bo po pierwsze, ci co kierują aparatem ścigania i przymusu mogą mieć własne intencje i preferencje. I napuszczać ten aparat na aktualnych wrogów - opozycję, kułaków, lekarzy, właścicieli sklepów, różnie to w różnych okresach historii bywało.

Po drugie, naiwnością jest wiara, że ten aparat może być sprawny. Kto był choć raz na komendzie policji i widział znudzone miny urzędujących tam funkcjonariuszy, ten wie o co chodzi.

Nawiasem mówiąc, zablokowanie stron internetowych (nudnych i rzadko oglądanych, ale to inna sprawa) kluczowych instytucji w państwie - kancelarii premiera czy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego - świadczy jak najgorzej o służbach odpowiedzialnych za ich funkcjonowanie. To jest ich kompromitacja. Dowód na ich gnuśność i na to, że biorą pieniądze za nic.

Po trzecie, naiwnością jest wiara, że ten aparat może być "czysty". Wystarczy przejrzeć prasę tylko z ostatnich miesięcy, by przekonać się jak wiele w nim patologii i ludzi, którzy stanowią najzwyczajniej zagrożenie dla społeczeństwa. Można wymieniać - począwszy od jeżdżących po pijanemu policjantów, przekonanych o bezkarności, skończywszy na prokuratorach (także przekonanych o bezkarności), skręcających prowadzone przez siebie śledztwa. Ukrywających dowody, pomijających jedne, inne - bez weryfikowania - czyniąc osią oskarżenia, dających wiarę zeznaniom kryminalistów i tak dalej.

I jest jakąś skazą naszych czasów, że ten aparat ścigania i przymusu wciąż się rozrasta, wciąż ma więcej możliwości, i wciąż rośnie jego przewaga nad obywatelem.

Regularnie rosną nowe biura i agencje zatrudniające tajniaków, które mogą każdego z nas prześwietlić w parę minut - sprawdzić rozmowy i SMS-y, rozmówców, miejsca, gdzie bywamy, konta bankowe, listy zakupów. Bez kontroli sądu, na podstawie własnego widzimisię jakiś człowieczek może grzebać w życiu innych. I może niszczyć to życie.

Anonimowość w internecie też jest dziś ułudą , ale tłum użytkowników sieci daje jakieś wrażenie swobody. Nowe przepisy odbierałyby i to.

Dlatego lepiej dla nas wszystkich byłoby, żeby nie weszły w życie. Bo interes paru koncernów i jakiejś grupy funkcjonariuszy jest mniej istotny niż interes obywateli. Jeśli, oczywiście, są oni jeszcze obywatelami, a nie numerami w jakichś kartotekach.

Robert Walenciak

Dowiedz się więcej na temat: ACTA | Anonimowi | haker

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje