Reklama

Reklama

Ta plaga szkodzi Polsce

Trzy podobne wiadomości – to trudno uznać za przypadek.

Oto Kamila Andruszkiewicz, żona wiceministra cyfryzacji Adama Andruszkiewicza, została prezesem zarządu Fundacji Agencji Rozwoju Przemysłu. Gdy podniosły się głosy oburzenia, że to nepotyzm, pani Kamila groziła, że jeżeli ktoś posądzi ją, że dostała taką robotę dzięki koneksjom, to zaraz skieruje sprawę do sądu.

Reklama

No, nie zdążyła, po paru dniach złożyła rezygnację, tłumacząc, że "to przejaw troski o dobre imię Fundacji".

Mniej więcej w tym samym czasie przez media przebiegła informacja, że Nikodem Matusiak, syn posła PiS, został prezesem zarządu spółki Inova, która jest częścią grupy KGHM. W tym przypadku komentarzy zbyt wiele już nie było, bo do akcji wkroczył wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin. - Ta decyzja będzie korygowana - oświadczył, no i Nikodem Matusiak przestał być prezesem.

A ta trzecia wiadomość dotyczy stryja prezydenta Andrzeja Dudy, Antoniego Dudy, lat 70, byłego posła PiS, który zasiadł w radzie nadzorczej PKP Cargo. Duda-stryj, w rozmowie z dziennikarzami przyznał, że nie ma doświadczenia związanego stricte z transportem kolejowym, ale praca w 11-osobowej radzie nadzorczej mu odpowiada. Jakiś czas temu płacono za to 11 tys. zł miesięcznie, więc rozumiem jego optymizm.

Co bardziej istotne - póki co, nie znalazłem informacji, by z tej rady się wycofał, można więc zakładać, że ma lepsze plecy niż Kamila Andruszkiewicz czy też Nikodem Matusiak.

Czy to wszystko mnie dziwi? Raczej nie... Regularnie przecież na światło dzienne wyciągane są podobne historie żon, dzieci i pociotków różnych funkcjonariuszy partii władzy, ba!, dziennikarzy służących PiS-owi. I niech mi ktoś powie - dlaczego to całe towarzystwo nie chce weryfikować swych umiejętności na rynku, w firmach prywatnych, tylko musi konsumować państwowe?!

Ech, nie mam wątpliwości, że tego typu przypadki będą się powtarzać, to będzie narastało.  

Po prostu, to jest trwała tendencja. Starsza niż PiS. Ona wynika, po pierwsze, z polskiej tradycji i polskiej mentalności, a po drugie - z wyjątkowego parcia ludzi PiS na państwowe posady, z przeświadczenia, że wszystko im wolno. I nie przeszkadza im w tym pamięć o poprzednikach, którzy marnie na takich zwyczajach wyszli.

Pamiętam, jak swego czasu opowiadano, że partią najbogatszą kadrowo jest PSL, bo tam byle wójt może zostać wiceministrem. I tak się zdarzało.

Leszek Miller, gdy był premierem, zastrzegał, że nie wszystkie ptactwo,. które do SLD zleciało, jest najwyższych lotów. Okazało się, że miał stuprocentową rację.

Donald Tusk ostrzegał ludzi Platformy, żeby nie szaleli, i przypominał im, że na czele CBA zostawił Mariusza Kamińskiego, który na pewno będzie patrzył im na ręce. Ten eksperyment (ha, ha) skończył się słabo. A w zasadzie nie wiadomo czy się skończył, bo sprawa pana Falenty i taśm z restauracji "Sowa i Przyjaciele" chyba nie jest do końca zamknięta.

No i teraz mamy PiS. W butach poprzedników.

Ostatnio rozbawiły mnie komentarze - gdy okazało się, że nowym szefem MSZ został Zbigniew Rau, oddany człowiek PiS-owskiego aparatu. Otóż w kuluarowych rozmowach, gdy pytano posłów PiS jakie wiążą nadzieje z nowym ministrem najczęściej odpowiadali, że chcieliby, żeby "przewietrzył" ten resort. Cóż to znaczy - przewietrzył? Ano to, że wyrzuci pracujących tam dyplomatów, i poprzyjmuje "swoich". Już się PiS-owcy do dyplomacji szykują... A że to może się skończyć tak jak "przewietrzanie" radiowej Trójki, z której już niewiele zostało i mało kto jej słucha? A kogo to obchodzi? Jestem dziwnie pewien, że pensja dyrektora Trójki jest taka sama, jak pięć lat temu... Sorry - pomyliłem się! Na pewno jest dużo wyższa...

Jak więc z tą plagą, walczyć?

Był w historii III RP epizod, że z tym walczono. To było jeszcze za czasów, kiedy premierem był Waldemar Pawlak. Wtedy ówczesny minister sprawiedliwości Włodzimierz Cimoszewicz rozpoczął akcję "czyste ręce", wyłapując ministrów, wiceministrów, dyrektorów departamentów, którzy zasiadali w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i w ten sposób sobie dorabiali. Ta akcja przyniosła umiarkowane efekty, choć były to czasy, kiedy na wysokich rangą urzędników jeszcze działało, że mogą znaleźć się na takiej liście. Teraz tamtego wstydu już nie ma, odnoszę wrażenie, że mamy sytuację wręcz przeciwną - jak jakiś polityk ulokował żonę w trzech radach nadzorczych, jest to powód do dumy i chwalenia się. Bo oznacza, że człowiek jest obrotny i ma szerokie plecy.     

Tylko, że w ten sposób daleko się nie zajedzie.

Nie mam wątpliwości, że szefowie PiS o tym wiedzą. Te wymuszone dymisje, żeby ludzie nie gadali, o tym świadczą. Ale przecież widzę, jak ten mechanizm jest przez nich wykorzystywany. Oni z tą plagą nie walczą, oni poprzez rozdawanie posad i pieniędzy budują swoje obszary wpływów. Warto posłuchać przecieków z negocjacji w sprawie rekonstrukcji rządu. Tam wpływy w spółkach skarbu państwa czy w różnych funduszach są traktowane na równi z posiadaniem ministerstw. Na równi i wymiennie.

Państwo i państwowe pieniądze są więc jak ten przysłowiowy postaw czerwonego sukna, który można rwać i kupować zwolenników. Oto polski klientelizm czasów współczesnych!

Nie jestem naiwny. Jeżeli jakiś zwyczaj został zakorzeniony w polskiej mentalności, i to już stulecia temu, to przecież w parę lat się go nie wypleni. Z drugiej strony - wszyscy mamy świadomość, że ten mechanizm jest szkodliwy. Że niszczy działanie państwa, nie służy dobru wspólnemu. Że tej tradycji powinniśmy się wyrzec.

Pozostaje nam więc gadanie. Przypominanie PiS-owi jakie państwo obiecywał, a jakie buduje. Niby to nic, jak brzęczenie muchy. Ale gdy tych "much" zabrzęczy tysiące...

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne