Reklama

Reklama

Szpiedzy ograli Polskę

Wojny nie są już gorące, to się nie opłaca, wojny toczą się w cieniu, w niewidzialnym świecie. Prowadzą je różne służby, tajne i bardzo tajne. Ich działań nie widzimy, choć po jakimś czasie możemy poznać, że "coś" miało miejsce. Po faktach.

Oto dwa tankowce zostały zaatakowane w Cieśninie Ormuz. Wiadomo, to miejsce kluczowe dla światowej gospodarki, przez cieśninę przepływa jedna trzecia światowej produkcji ropy. A ponieważ sytuacja w rejonie jest napięta od dawna, więc mamy cykl oświadczeń i groźnych min. Prezydent Trump już zawołał, że to Iran. Że ajatollahowie chcą sparaliżować transport ropy. Teheran odpowiada, że to nie on. Na co Amerykanie odpowiadają filmem, przedstawiającym irańskich (tak twierdzą) żołnierzy, podpływających do tankowców.

Reklama

Jaka jest prawda? Czy to jakaś gra Iranu, a może jakiejś frakcji wewnątrz rządzącej w Teheranie ekipy, żądnej konfliktu? A może ktoś inny chce wciągnąć USA w kolejną wojnę? Czyli kto? A kto na tym by skorzystał?

Hipotez jest wiele. Możemy je wyliczać. Zatrzymajmy się na prostej konstatacji - to gra tajnych służb. Choć nie wiemy, których.

Europa. Austria, jeden z najnudniejszych krajów świata. I oto parę tygodni temu ukazuje się w mediach (niemieckich) film, przedstawiający szefa prawicowej FPOe, Heinza-Christiana Strache, późniejszego wicekanclerza, jak przed wyborami parlamentarnymi 2017 roku, w wilii na Majorce, rozmawia o wsparciu finansowym ze strony Rosji, obiecując za to polityczne przysługi. A rozmawia z tajemniczą kobietą, która podaje się za przedstawicielkę rosyjskiego oligarchy.

Hop! Efekt publikacji filmiku znamy - Wolnościowcy zostali wyrzuceni z rządu, mamy w Austrii wcześniejsze wybory. No i znów w tym zgiełku umknęła nam ważna sprawa - kto to spotkanie nagrał? Jaka służba? Czy ona szła za FPOe czy za Rosjanką? Dlaczego akurat teraz to nagranie wyszło na świat?

Białoruś. Kilka tygodni temu, pod koniec kwietnia, mieliśmy tam polityczny wstrząs. Białoruskie KGB aresztowało zastępcę szefa Rady Bezpieczeństwa gen. Andrieja Witurina, wcześniej szefa ochrony prezydenta Łukaszenki. Zaraz po aresztowaniu Łukaszenka go zdymisjonował. A parę dni później prezydent Putin nagle odwołał swojego ambasadora w Mińsku, Michaiła Babicza, człowieka rosyjskich służb specjalnych.

Potem w świat poszły informacje, że powodem tego zamieszania była współpraca Witurina z rosyjskimi specsłużbami, które miały rzekomo szykować pucz w Mińsku. O co tu chodzi? Czyżby Łukaszenka złapał kogoś na gorącym uczynku? Na spiskowaniu? Jaka tu jest gra?

No to przenieśmy się do Polski.

Marek Falenta postawił PiS ultimatum: albo go wyciągną z więzienia, albo ujawni, jak z ludźmi PiS organizował podsłuchiwanie ludzi PO. Powie po nazwiskach, zresztą już je wymienił - 12 osób, ważnych ludzi w PiS-ie i pisowskich służbach.

Falenta grozi. "Wiem, jak wyegzekwować obietnice, zabezpieczyłem się odpowiednio - pisze w liście. - To będzie wymagać pojednania się z wrogiem, ale nie pozostawiacie mi wyjścia".

PiS broni się przed tym atakiem w sposób oczywisty - woła, że oto skazany przestępca wymyśla niestworzone rzeczy, żeby ratować skórę. Platforma zaś woła, że oto prawda wyszła na jaw, już wiadomo, jak PiS doszedł do władzy, jakimi bezpieczniackimi intrygami. Jest też książka, pokazująca, że tropy związane z Falentą i podsłuchami wiodą do Rosji.

Więc już niektórzy wołają - oto Putin ramię w ramię z Kaczyńskim obalili rząd PO!

Odłóżmy na bok pokrzykiwania PiS i PO. To wszystko zweryfikuje sam Falenta - jeżeli zacznie mówić, i przedstawi dowody na poparcie swych oskarżeń. Wszystko się okaże.

Natomiast jedno jest pewne. Cała afera pokazuje przecież słabość służb - bo nie ochroniły swego szefa Bartłomieja Sienkiewicza przed podsłuchaniem (to BOR), i spiskowały przeciwko rządowi (to już pisowskie resztki w delegaturach CBA) - więc de facto działały jak chciały. A jeżeli w to jeszcze zamieszani byli Rosjanie, to mamy też kompromitację kontrwywiadu. No i jeszcze jest kolejna słabość - bo jak już afera wypłynęła, służby nie potrafiły wykryć jej inicjatorów i całego jej mechanizmu.

No i druga rzecz, chyba jeszcze mocniejsza.

Otóż IPN ujawnił nazwiska zagranicznych współpracowników polskiego wywiadu w czasach PRL. No i ludzie znający się na służbach specjalnych gromko zaczęli wołać, że taki krok to zdrada.

Dlaczego zdrada?

Najpierw posłużę się pewną anegdotą. Jest opowieść jednego z polskich historyków epoki Oświecenia, który będąc na stypendium we Francji chciał poznać nazwiska agentów francuskich z czasów Sejmu Wielkiego. Odmówiono mu tego. Owszem, argumentowano, te osoby już dawno nie żyją, i czasy też są inne, ale być może żyją ich potomkowie, a nie chcielibyśmy wprawiać ich w dyskomfort, tylko dlatego, że ich dziadowie oddali przysługę Francji.

Innymi słowy - tajemnice państwa powinny być wieczne.

A jak przejmie je wróg?

Wejdźmy w jego skórę. Otóż, ma on wówczas dwie możliwości. Albo te tajemnice zatrzymać dla siebie, albo ogłosić je całemu światu. Którą wybierze? Gdy tajemnicę zatrzyma tylko dla siebie, wtedy przejmie kontrolę nad ludźmi, których nazwiska poznał. I koniec. Na inne sprawy, innych ludzi, wpływu nie ma. Gdy rozwlecze ją na cały świat - to straci kontrolę nad osobami ujawnionymi (bo jak szpieg zostanie zdemaskowany, to traci użyteczność), ale zyska inne możliwości.

Po pierwsze, wpłynie również na tych, którzy daliby się zwerbować w przyszłości. Bo nie zrobią tego, z obawy przed dekonspiracją. Przed utratą bezpieczeństwa. Swoją i swoich bliskich.

Po drugie, wyciek takich informacji, kształtuje obraz państwa, jako absolutnego nieudacznika, który nie potrafi strzec swoich tajemnic. I które jest spenetrowane przez przeciwnika (bo przecież nikt o zdrowych zmysłach sam się nie obnaża). W takiej sytuacji, dla przykładowego rosyjskiego urzędnika, nawiązanie współpracy z polską służbą jest jak samobójstwo - bo on po takich publikacjach jest przekonany, że GRU i FSB siedzą w szafach polskiego wywiadu.

A dla oficerów z Zachodu to jest też jak czerwona lampka - bo taka sytuacja każe się zastanowić - czy warto wiązać z kimś takim niestabilnym i tak słabym?

Bliskie jest mi przekonanie, że w sprawie IPN Rosjanie maczali palce, że to ich agenci wpływu podżegali do ujawnienia listy szpiegów. I że w tym boju odnieśli wielkie zwycięstwo. Podobnie zresztą jak na polu osłabiania polskiej armii. Mam też wrażenie, że działają oni w Polsce w takim poczuciu bezkarności, że sprawny kontrwywiad mógłby dość szybko ustalić skąd różne inspiracje idą. No tak, tylko - jak wszystko na to wskazuje - tego sprawnego kontrwywiadu nie mamy.

W takich czasach żyjemy, że niby jest pokój, przyjaźń i klepanie po marynarkach, a gdzieś w cieniu różni szpiedzy toczą swoje wojny. Zupełnie bez pardonu. I tylko szlag mnie trafia, że w tych grach ci nasi dostają regularny łomot, zupełnie jak Gibraltar w piłce nożnej. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy