Reklama

Reklama

Szkielet w szafie PiS-u

Dwie godziny po tym jak Ryszard Kalisz ogłosił swój projekt raportu komisji śledczej badającej okoliczności śmierci Barbary Blidy proszono mnie o komentarz. "Czy Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro powinni stanąć przed Trybunałem Stanu?" - pytała mnie dziennikarka. Odpowiedziałem, że trudno mi wyrokować w skomplikowanej, prawniczej materii i że wpierw trzeba raport przeczytać, żeby na jego temat się wypowiadać.

Przez następne dni starałem się śledzić dyskusję na temat raportu i w zasadzie mogę stwierdzić, że jej nie było.

Reklama

Owszem, była dyskusja, ale o Kaliszu. Że przemienił się w agresywnego jastrzębia (to głębia myśli premiera Tuska). Że chce wysłać Jarosława Kaczyńskiego na Syberię (to sam przewodniczący i próbka jego dowcipu), że to tęczowy Rysiek (to z kolei Ziobro i jego subtelne poczucie humoru).

Potem mózgi wytężyli tak zwani analitycy. Wyszło im, że Kalisz napisał raport, żeby dostać pierwsze miejsce na warszawskiej liście SLD. Nie chcę być złośliwy, ale to jest myślenie na poziomie partyjnego aparatczyka i to takiego mniejszego wymiaru. Że partia może... Otóż Kalisz jest najbardziej popularnym politykiem SLD, jakiego ta partia może wystawić w Warszawie. A z tej konstatacji wynikają dwie sprawy - że, po pierwsze, mógłby być i dziesiąty na liście, i tak by do Sejmu się dostał. A po drugie, że to w interesie SLD leżało, żeby Kalisz listę otwierał - no bo kogo ta partia miałaby wystawić do boju z Tuskiem i Kaczyńskim?

Oczywiście, inną pozycję miałby Ryszard Kalisz, gdyby raportu nie napisał - tylko że od dawna było wiadomo, że skończy go na przełomie maja i czerwca, to nie była jakaś tajemnica.

Mam zresztą takie podejrzenie, że te opowieści o Kaliszu, mało wyszukane dowcipy na jego temat, to jest próba odwrócenia uwagi od meritum - od samego raportu.

A wynika z niego, czarno na białym, kilka istotnych spraw.

Po pierwsze, że wątpliwa jest teza, by Blida sama się zastrzeliła. Bo w przyrodzie tak nie ma - że człowiek do siebie strzela, potem - zanim upada - odwraca się o 180 stopni, potem chowa rewolwer pod poły szlafroka, a jeszcze do tego wyciera z niego odciski palców. Więc najpewniej strzał padł w wyniku szamotaniny, to tłumaczyłoby też dlaczego zatarto w domu Blidów najważniejsze ślady.

Po drugie, Blida była niewinna. Czterech prokuratorów i ośmiu funkcjonariuszy ABW przez pół roku szukało "czegoś" na nią i nic nie znalazło. Oskarżyła ją Barbara Kmiecik, ta rzekoma królowa mafii węglowej. Oskarżyła - i to dało jej nie tylko wolność, ale i nietykalność, bo prokuratura już jej nic nie zarzuca. Dodajmy jeszcze jedno - pomówienie Blidy było zmyślone. To wykazał sąd. Więc jeżeli ktoś ma ochotę napisać, że Blida była winna, że dawała łapówki, albo coś w tym stylu, niech liczy się z tym, że będzie musiał tę "wiedzę" udowodnić przed właściwymi instytucjami.

Po trzecie, raport Kalisza pokazuje patologię państwa PiS-u. Do czego prowadzi obsesja szukania "układu". Że w służbach, w prokuraturze pojawiają się chętni do realizowania takiego zapotrzebowania, chcą tylko za to awansów i wyższych pensji. A potem - piekła nie ma! Osoba siedząca w areszcie, mająca poważne zarzuty, oskarżyła Blidę - i zarzuty zniknęły.

Podobny mechanizm miał miejsce w innych sprawach z czasów PiS-u niedawno wyjaśnionych. Profesora Jana Podgórskiego, dyrektora szpitala na Szaserów w Warszawie, oskarżał przestępca zatrzymany za oszustwa. Ale powiedział czego od niego oczekiwano i w zamian wyszedł na wolność, i zniknął. Policja szuka go do tej pory. Jana Widackiego oskarżał morderca i gwałciciel ośmioletniej dziewczynki. Przed sądem przyznał, że do tych oskarżeń został namówiony. We wszystkich tych przypadkach średnio-sprawny prokurator mógł bez kłopotów zweryfikować te sensacje w parę dni. Tymczasem traktował je ze śmiertelną powagą, żądając aresztów. A brukowa prasa, ewidentnie sterowana, krzyczała tytułami "Lekarz mafii zatrzymany!"

Gawiedź miała radość, choć niewiele z tego rozumiała.

Niby nic nadzwyczajnego. Historia zna dziesiątki podobnych przypadków, kiedy władza za pomocą bezpieki i nieprawdziwych oskarżeń sprawuje kontrolę nad "gniewem ludu", a przy okazji załatwia swoich przeciwników. W Polsce klasycznym przykładem takiej "gry" był rok 1968 i nagonki moczarowców. Na bananową młodzież, wysferzone elity, wiadomo jakiego pochodzenia, oderwane od problemów klasy robotniczej. Duch Mieczysława Moczara, jeśli gdzieś jeszcze błąka się po świecie, to pewnie pomieszkuje przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Z tego punktu widzenia raport Kalisza jest o tyle ważny, że nie tylko rekonstruuje, krok po kroku, sprawę Blidy, ale i syntetycznie pokazuje tamto państwo. Jego ubecką filozofię.

Dlatego też, myślę, powinni go przeczytać przede wszystkim sympatycy prawicy. Po to by zrozumieć, dlaczego PiS działa na większość Polaków jak płachta na byka.

Bo owszem, można utyskiwać na to, że media są przeciwko Kaczyńskiemu, że wybaczają Tuskowi, a PiS-owi nie i tak dalej, ale to jest samooszukiwanie. Przecież w 2005 roku PiS też mediami nie rządził...

Więc nie o propagandę chodzi, ale o wspomnienie tamtych obsesji.

To jest ten szkielet w szafie PiS-u. Który głośno klekocze i zagłusza wszystko inne. I póki ta partia z tym się nie rozliczy, póty nie ma szans, by dotrzeć do duszy przeciętnego wykształciucha. I zagrać w poważnej grze.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy