Reklama

Reklama

Szajba Kaczyńskiego i ratunek Millera

Warszawskie referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz było najważniejszym politycznym wydarzeniem ostatnich miesięcy, a pewnie i całego roku 2013. Jak najbardziej ogólnopolskim, jak najmniej - lokalnym. Gdyby się powiodło, zakwestionowany zostałby mandat PO do rządzenia krajem.

Pamiętajmy, ostatnie miesiące to pasmo porażek PO - w Rybniku, w Elblągu, w województwie podkarpackim... A teraz byłaby Warszawa. Więc skoro przegrałaby ona nawet w swojej twierdzy, to co mówić o reszcie kraju?

Reklama

Odwołanie prezydent Warszawy byłoby jak kamień poruszający lawinę - chwilę po ogłoszeniu wyników Jarosław Kaczyński wezwałby głośno do wyborów w Warszawie i w całej Polsce. A Grzegorz Schetyna, w imię ratowania rządów Platformy, namawiałby po cichu do wymiany premiera, według wzorca Thatcher-Major.

Więc mielibyśmy, w paromiesięcznej perspektywie, albo wybory, albo nowego premiera - Schetynę lub Buzka. Wspieranego przez Palikota. Wariant trzeci, czyli trwanie Tuska i gnicie ekipy rządzącej, oczywiście, byłby też możliwy, ale czy byłby w takiej atmosferze do utrzymania?

Referendalna frekwencja pokrzyżowała te wszystkie plany. Mieszkańcy Warszawy nie poszli do wyborczych lokali. Cóż się stało? Przecież jeszcze dwa, trzy tygodnie temu sondaże mówiły, że frekwencja w Warszawie będzie, i to z wyraźną górką... Ale w tym czasie parę wydarzeń miało miejsce.

Po pierwsze, sprawa to proceduralna, ale ważna, mieszkańcom stolicy wytłumaczono zasady gry: że kto idzie na referendum, ten de facto jest przeciwko pani prezydent, a kto zostaje w domu - jest za. Że tym razem tak właśnie działa demokracja.

No a potem Jarosław Kaczyński wszedł do gry. Jak to on, z przytupem. Niczym tsunami zmiatając na bok wszystkich innych wrogów Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nagle więc inicjatywa odwołania prezydent miasta przestała być inicjatywą jakiejś grupy działaczy samorządowych, a stała się partyjną batalią. Godziną W. Powstaniem Warszawskim. PiS-owcy kazali nam wierzyć, że Warszawą rządzą okupanci, że hitlerowcy chodzą po ulicach, i że trzeba się od nich wyzwolić.

Sorry, ale czy taka szajba mogła się udać? Jedyny jej efekt polegał na tym, że zamieceni zostali gdzieś pod dywan inicjatorzy referendum: burmistrz dzielnicy Ursynów Piotr Guział oraz wspomagający go Janusz Palikot i Ryszard Kalisz. Palikot i Kalisz zepchnięci zostali do roli PiS-owskich przystawek, Guział - do roli PiS-owskiego poputczyka.

W tym rejwachu przytomności nie stracił SLD, spełniający w Warszawie rolę tego trzeciego, dużo słabszego od PO i PiS. Ta partia niby od referendum się zdystansowała, ale przecież mówiąc, że najważniejszym celem jest zatrzymanie PiS-u, ewidentnie wskazała swym zwolennikom, jak powinni się zachować.

Patrząc więc na poreferendalne pole bitwy nie mam wątpliwości, że o losie Hanny Gronkiewicz-Waltz zadecydowali dwaj politycy: Jarosław Kaczyński i Leszek Miller.

Kaczyński chciał ją "zabić", dlatego rzucił na Warszawę wszystkie swoje siły i wszystkie swoje emocje - w ten sposób przegrzał i wystraszył warszawiaków. A elektoratu PiS dla obalenia HGW nie wystarczyło. Z kolei  Miller chciał  ją "uratować" - dlatego SLD nie poparł referendum, a on sam mówił, że zostaje w domu - i ją uratował.

Bo chyba nikt nie wątpi, że gdyby Sojusz zaangażował się w referendum, nawoływał swych zwolenników, by poszli do urn, to frekwencja byłaby przynajmniej o te kilka procent wyższa. A tak, PiS został sam i zobaczyliśmy, że jak jest sam, ze swoją godziną W, to może co najwyżej pokrzyczeć. Nędza...

W tym swoim nieszczęściu, jakim było referendum, Hanna Gronkiewicz-Waltz miała więc sporo szczęścia. Paroma procentami unikając gilotyny. Ale nie czarujmy się, to słaba wygrana.

Akcja zbierania podpisów, a potem kampania referendalna zdemolowały wizerunek Hanny Gronkiewicz-Waltz. Tydzień w tydzień dowiadywaliśmy się o jej błędach i niedociągnięciach, i to zapadło ludziom w głowach. Ciężko jej będzie z tego się podnieść. Zwłaszcza że nie za bardzo widać, kto miałby pani prezydent w tym podnoszeniu pomagać.

Kampania referendalna pokazała, że Platforma jest coraz mniej sterowna, energia dawno z niej uleciała. Jak wcześniej pisałem - to nie Hanna Gronkiewicz-Waltz  referendum wygrała, to Kaczyński z Millerem zadecydowali o jego wyniku. Nie wierzę więc w gromkie zapowiedzi, że po "warszawskiej wiktorii" Platforma podniesie się i zacznie odbijać stracony na rzecz PiS-u teren. Że Polacy na nowo pokochają Tuska. Nic z tych rzeczy. Rządzącą partię drąży poważniejsza choroba.

Może więc, paradoksalnie, okazać się, że warszawskie referendum Platformie bardziej zaszkodzi niż pomoże. Tak jak puder sypany na ranę - zasłania ją, ale przecież nie leczy.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy