Reklama

Reklama

Suweren został oszukany

Jarosław Kaczyński i jego podwładni jako argument, że mogą robić, co chcą, mówią, że taka była wola suwerena, czyli wyborców, to znaczy narodu. "W demokracji to suweren wybiera swoje przedstawicielstwo, którym jest parlament. A parlament stanowi prawo, które obowiązuje wszystkich" - tłumaczą. To jest tłumaczenie prymitywne, nieprawdziwe i niebezpieczne.

Po pierwsze, nie było wolą suwerena, czyli tych, którzy pofatygowali się 25 października 2015 r. do urn wyborczych, by PiS rządził niepodzielnie i ponad obowiązującym prawem.

Reklama

W tych wyborach na PiS głosowało 5,7 mln Polaków, czyli 37,5 proc. Na partie przeciwne PiS-owi, czyli PO, PSL, Nowoczesną i ugrupowania lewicowe padło 7,3 mln  głosów. KUKIZ zebrał 1 mln 340 tys,. KORWIN 723 tys. Więc nawet wśród tej grupy, która głosowała, PiS jest w mniejszości. Owszem, może mówić, że wygrał wybory, że zyskał najwięcej głosów, ale to, że ma większość w Sejmie jest efektem takiej a nie innej ordynacji i tego, że zmarnowane zostały głosy wyborców lewicowych (1 mln 700 tys.) oraz partii KORWIN.

Innymi słowy: suweren został oszukany, wyszło nie to, co chciał.

Po drugie, na pewno część wyborców została wprowadzona w błąd przez przedwyborcze zapowiedzi. A jedną z nich było to, że Antoni Macierewicz nie będzie ministrem obrony, że będzie gdzieś daleko, w drugiej, a może trzeciej politycznej linii. Ta zapowiedź, jak pokazują sondaże, była traktowana poważnie. Być może wpłynęła na wyborczą decyzję wielu wyborców.

Okazuje się więc, że suweren chciał czegoś innego niż dostał.

Po trzecie wreszcie, suweren - dając mandat do sprawowania rządów takim lub innym ugrupowaniom - nie dał im tego mandatu bezwarunkowo i w sposób nieograniczony. To, że ktoś ma w Sejmie większość, nie oznacza, że może rządzić lekceważąc prawo. Bo jest ono efektem decyzji poprzednich większości parlamentarnych, także powstało z woli suwerena.

Podobnie jest konstytucją, którą również przyjął naród. Najpierw uchwalona została ona przez Zgromadzenie Narodowe (460 było za, ledwie 40 przeciw, i 6 wstrzymujących się), a potem przyjęta w drodze ogólnokrajowego referendum.

Konstytucja ma więc mocniejszy mandat i zwykła większość w Sejmie nie może udawać, że on nie obowiązuje.

I po czwarte, nie powoływałbym się na wolę suwerena, bo to naprawdę źle się kojarzy. Mało demokratycznie. W przeszłości tak bowiem było, że na wolę abstrakcyjnego suwerena powoływali się z reguły ci, którzy tej woli nie zamierzali spełniać albo swoiście ją interpretowali, bardzo korzystnie dla siebie.

Partia komunistyczna zawsze twierdziła, że realizuje interes klasy robotniczej, potem dodawała, że także interes narodowy. A sama się określała jako awangarda klasy robotniczej. O faszystach nawet nie ma co wspominać, oni też wołali, że realizują wolę narodu, że są z tym narodem złączeni, a ci, co wątpią, to odszczepieńcy i zdrajcy. Gorszy sort.

Dlatego proponowałbym PIS-owi, by spuścił trochę powietrza, bo te opowieści o suwerenie, który przemawia ustami Jarosława Kaczyńskiego, czy o rebelii (tak mówi o tych, którzy przeciwko PIS-owi demonstrują), brzmią śmiesznie i niesmacznie. Ja rozumiem, że służą one przede wszystkim trzymaniu PiS-owskich kadr za twarz, dyscyplinowaniu ich, podgrzewaniu gorącej atmosfery, ale przecież to też idzie w naród i tam budzi zgorszenie.

To by było śmieszne, gdyby nie było straszne. Zresztą, "straszne"i "straszenie" to są słowa klucze, które pomagają opisać polską politykę ostatnich lat. Ona wygląda tak, jak ze skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju, w którym ekipa Donalda Tuska trenowała straszenie Polaków PiS-em (oczywiście po to, żeby wciąż mieć władzę).

Tusk jako pierwszy zastosował tę metodę: straszył Kaczyńskim, wojną na Ukrainie (1 września dzieci miały nie iść do szkoły), pedofilami, dopalaczami, kibolami i ogólnym upadkiem. To wyglądało jak sen schizofrenika. Jednego dnia Tusk straszył, że wszystko się zawali, jak go nie będzie, a drugiego śmiał się, że nie ma z kim przegrać. Owszem, on nie przegrał, ale jego partia jak najbardziej (stawiam tezę - że na zawsze).

I co? Teraz straszy Kaczyński. Powrotem Platformy do władzy, Angelą Merkel, Brukselą, Komisją Europejską, uchodźcami, Putinem, KOD-em, obcymi ośrodkami i tak dalej. A od soboty - rebelią.

Jakby nic innego nie mógł wymyślić, jakby stracił całą energię i znalazł się na etapie ostatnich lat rządów PO. Albo ostatnich lat rządów PZPR, kiedy jedyną legitymacją rządzących był argument, że jak się ich wywali, to mogą wkroczyć Rosjanie.

Ta mieszanina megalomanii i strachu (że odbiorą władzę) to nie jest dobra mieszanka. Ona może pchać PiS do różnych mało mądrych działań. W końcu cóż może być ważniejszego niż obrona urażonego majestatu! 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne