Reklama

Reklama

Premier Morawiecki prowadzi niebezpieczną grę, ale stawka jest tego warta

Zacznijmy od epizodu z prezydentem. Jednym z punktów programu wizyty Andrzeja Dudy w Australii było podpisanie listu intencyjnego dotyczącego kupna przez Polskę dwóch trzydziestoletnich fregat typu Adelaide. O tym sporo przed wizytą mówiono. Tymczasem, gdy prezydent Duda siedział już w samolocie do Australii, dowiedzieliśmy się, że premier Morawiecki zablokował tę transakcję. Jak to rozumieć?

Odłóżmy na bok wszelkie dyskusje, czy Polska powinna te fregaty kupić czy nie,  ile są one warte, itd. Nie chcę o tym dywagować. Ważniejsze jest co innego - otóż wiemy, że o kupnie fregat rozmawiano przynajmniej od roku. To jest wystarczający czas, by zebrać grono fachowców, nie tylko od wojska, ale i od gospodarki, od finansów, i czego tam jeszcze, i prześwietlić całą transakcję na wszystkie możliwe strony. Rozważyć wszystkie "za" i "przeciw".

Reklama

Zakładam, że w Polsce też tak było. I zdecydowano, że te fregaty to jest dobry deal. Że warto nad tym się pochylić. Dlatego też, do wizyty prezydenta w Australii (tę zapowiadano już dwa lata temu) dołączono delegację MON, z ministrem Błaszczakiem, żeby podpisać list intencyjny. Czyli uruchomić w tej sprawie negocjacje. Dlatego też o tym wydarzeniu poinformowano media.

I nagle, gdy cała delegacja siedzi w samolocie, mamy informację, że premier Morawiecki mówi - nie.

O co chodzi? Jest przecież oczywistą oczywistością, że premier wiedział  wszystkich planach dotyczących fregat. Mógł więc swój sprzeciw zgłosić dużo wcześniej, tak, by stawiać w poniżającej sytuacji prezydenta Rzeczpospolitej oraz szefa MON.

Ale załóżmy, że decyzję na "nie" podjął w ostatniej chwili, pod wpływem jakichś istotnych argumentów. Tylko, że w takiej sytuacji szacunek dla głowy państwa nakazywał, by jej nie nagłaśniać. Zawsze później można przecież powiedzieć, że negocjacje nie wyszły, że oba kraje się nie dogadały itd. W ten sposób prezydent uratowałby twarz. I nie doszłoby do ośmieszenia Polski, jako kraju w którym decyzje o miliardowych  wydatkach zmieniane są z dnia na dzień. Dlaczego więc Mateusz Morawiecki tak nie postąpił?

Są różne na ten temat spekulacje. Że zatrzymał kupno fregat, bo w budżecie nie ma pieniędzy. Inna wersja mówi, że zatrzymał, bo ugiął się wobec stoczniowego lobby, bo polskie stocznie chcą dla marynarki budować okręty. Ale to wszystko nie tłumaczy, dlaczego mówiąc "nie" upokorzył prezydenta i szefa MON. Może więc na tym właśnie mu zależało?

Tego bym nie wykluczał. Zwłaszcza, że na ten motyw wskazują dziennikarze, którym blisko do PiS-u.

Wiadomo, PiS jest formacją kilku grup, tam toczy się też walka o miejsce numer 2, czyli pierwszej osoby po Jarosławie Kaczyńskim. OK, wszyscy wiemy, że losy delfinów w PiS-ie były niewesołe. I można było - że przypomnę słowa Adama Hofmana, być delfinem, rekinem, by w końcu zostać leszczem. Ale to nie znaczy, że nie ma chętnych na ten chybotliwy fotel.

W tej grze na pewno uczestniczą i Duda, i Morawiecki. Ale nie tylko oni, są i inni, i Joachim Brudziński, i Mariusz Błaszczak, i Antoni Macierewicz, i Zbigniew Ziobro.

Póki co, Jarosław Kaczyński wyróżnia Mateusza Morawieckiego. Świadczy o tym chociażby fakt, że to on inaugurował konwencję samorządową PiS w Sandomierzu. Dostaje więc od prezesa szansę, i chce ją wykorzystać.

Jakiś czas temu jego ojciec Kornel Morawiecki skarżył się, że partia PiS, czy raczej jej działacze, sceptycznie patrzą na premiera, traktują go jak ciało obce. Toczy się więc polityczna gra - kto kogo. Na pewno elementem tej gry jest układanie list do Parlamentu Europejskiego, czyli najlepszej w polskich warunkach synekury. Więc nieprzypadkowo i Antoni Macierewicz, i Beata Szydło, i Zbigniew Ziobro, i Ryszard Terlecki, otrzymali propozycję startu. Mariusz Błaszczak, o którego konflikcie z Morawieckim słychać coraz częściej, otrzymał z kolei propozycję kandydowania na szefa NIK. W jego przypadku to rodzaj politycznej zsyłki.

Ha! Jeżeli te wszystkie plany wypalą, za rok PiS będzie wyglądał zupełnie inaczej. Będzie miał innych liderów. Morawiecki pozbędzie się konkurentów.

Pozostaje mu tylko utrzymać poparcie prezesa, i zbudować sobie popularność w szeregach PiS. Tym tłumaczę jego ostatnie przemówienia, nawiązujące do stylu Beaty Szydło, coraz bardziej agresywne ataki na opozycję (to się w PiS podoba), i przechwałki. Także tę ostatnią, gdy w Sandomierzu ogłosił - ja sam negocjowałem przystąpienie Polski do Unii Europejskiej 20 lat temu.

To jest oczywiście bujda, Morawiecki nic nie negocjował. Przez parę miesięcy mógł tylko negocjacjom się przyglądać. Bo w roku 1998, nie mając trzydziestu lat,  został zastępcą dyrektora Departamentu Negocjacji Akcesyjnych w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Był członkiem zespołu ministerialnego negocjującego warunki przystąpienia Polski do Unii Europejskiej w obszarach finanse i bankowość.

Ech, trochę dziwię się, że przypomina ten okres - to był czas koalicji AWS-UW, premiera Buzka i wicepremiera Balcerowicza. Szefem UKIE był wówczas Ryszard Czarnecki, i to on ściągnął do Warszawy syna Kornela Morawieckiego (nie ukrywa, że nazwisko było tu ważne). I druga istotna rzecz - to był także czas hamowania, Polska za Buzka była krajem najwolniej zamykającym kolejne rozdziały negocjacyjne, mówiono wręcz, że nie będzie przyjmowana w pierwszej grupie, tylko później, z Bułgarią i Rumunią.

Stop! Wróćmy do Morawieckiego. W tymże 1998 został wybrany radnym do sejmiku wojewódzkiego z listy AWS (też pomogło nazwisko), no i do rady nadzorczej Banku Zachodniego , bo minister skarbu Emil Wąsacz szukał  kogoś młodego i z prawicy.

Teraz Morawiecki tę historię zmienia, przedstawia się jako bankowiec, i gra na populistycznej nucie, bo musi wyrąbać sobie miejsce w PiS-ie. Ośmieszając Dudę i Błaszczaka, kokietując "Solidarność", wypychając do Brukseli Szydło, pokazując, że to on jest samcem alfa. No i opowiadając różne banialuki. A to o tym, jak negocjował wejście do Unii, a to o elektrycznych samochodach, albo o promach budowanych w stoczniach.

I dlatego mu się nie uda.

Bo jest dzieckiem korporacji, a nie polityki. Owszem, życie w korporacji jest równie bezwzględne jak życie w polityce. I tu i tam trzeba wykopać kolegów, żeby zająć stołek, a potem go utrzymać. To Morawiecki, korpo-ludek, potrafi. Ale w polityce jest trudniej, bo obietnice składa się publicznie, i są one pamiętane dłużej niż do następnego zebrania. I są przypominane. Także przez tych, których się ograło. Bo ograło się ich na chwilę, a nie jak w korpo - na zawsze. Tu już nie da rady iść po trupach, bo trupy żyją.

W tej grze premier otworzył sobie za wiele frontów. Jeżeli tego jeszcze nie wie, to wkrótce o tym się przekona.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje