Reklama

Reklama

Pracowity jak Polak

Sporo było w ostatnich dniach wspomnień o polskim futbolu, o zwyczajach piłkarzy itd. I jedna rzecz rzuciła mi się w oczy - jak bardzo na przestrzeni lat to wszystko się zmieniło.

Weźmy relacje z roku 1974, czyli wydarzeń sprzed 45 lat, kiedy nasza reprezentacja zdobyła trzecie miejsce na mistrzostwach świata rozgrywanych z RFN. Oni pięknie grali, ale - i tego nie ukrywali - choć na boisku byli królami, to już poza nim czuli się obywatelami tej biedniejszej części Europy. Ich przeciwnicy - elegancko ubrani, w dobrze skrojonych garniturach. Tańczyli i śpiewali (to Argentyńczycy) przed meczem. Sklepy - och, jak ich szokowały! Koszulki i dresy, które podczas mistrzostw Adidas przysłał reprezentacji, jakież były o nie awantury! Kto ma dostać, kto nie... Kompleks gonił kompleks.

Kilka lat później pozwolenie na wyjazd za granicę otrzymał Włodzimierz Lubański. Wybrał mały klub belgijski, Lokeren, świadom, że w tych wielkich może się zagubić.

Reklama

Wciągające są jego opowieści o początkach życia w Belgii. Między innymi o tym, że regularnie był sprawcą towarzyskich nieporozumień. Gdy z żoną mieli ochotę spotkać się ze znajomymi, to do nich szli. I dziwili się, że czynią popłoch. Dopiero później Lubański zorientował się, że taką wizytę trzeba wpierw telefonicznie umówić....

Druga połowa lat 80. to były z kolei czasy, kiedy w futbolu dominowali piłkarze rozrywkowi. Przedkładający mocne alkohole nad inne życiowe sprawy. Dochodziło do tego, że zdesperowani działacze nie odstępowali naszych graczy ani o krok, żeby tylko byli trzeźwi. A oni, po obiedzie - na bani. Okazało się, że wlali wódeczkę do zupy, i wychłeptali ją jako rosołek.

W latach 90. o wyjazd za granicę było już łatwo. Więc i ruszyli co bardziej utalentowani piłkarze. I cóż, okazało się, że talent mieli, a poza tym...

Z reguły na początku wszystko było dobrze, piłkarz się starał, grał nieźle, coraz lepiej. Powoli przebijał się w hierarchii. Ale to trwało krótko. Bo dostawał dobry samochód, którym mógł przyszpanować w Polsce, dobre mieszkanie, pensję, jak na polskie warunki bajeczną, i przychodził raj na ziemi. Czasami też stolik w knajpie czy w kasynie. Kopanie piłki w takich warunkach było już męczącym dodatkiem.

Nie nazwałbym tego pokolenia pozbawionym ambicji. O nie! Po prostu, taki był horyzont ich aspiracji. To wynieśli z rodzinnego kraju.

No i teraz mamy rok 2019 i czytam o tym, że polscy piłkarze są w Europie cenieni. A za co? A za to, że są zdyscyplinowani i pracowici.

Proszę, jaka zmiana! Dwadzieścia lat minęło, i co? Już nie goście, którzy cieszą się sportowym samochodem i na tym ich aspiracje się kończą, ale chłopcy, którzy stąpają twardo po ziemi, którzy gotowi są ciężko pracować. Mają niezaspokojone ambicje, są pewni siebie, przekonani o swojej wartości.

Skądś to wynieśli...                                                                                          

Przewija się w tym opowieściach wątek Roberta Lewandowskiego, który jest dla wielu wzorem, punktem odniesienia. On sam zresztą mówi mniej więcej coś takiego - nie byłem najbardziej utalentowany, kariera, którą zrobiłem dla mnie samego jest jakimś zaskoczeniem, ale zawdzięczam ją temu, że jestem pracowity, zdyscyplinowany.

Oto Lewandowski, który potrafi twardo negocjować z szefami Bayernu, też należącymi do tych najtwardszych. I idąca jego śladem grupa chłopaków, może i nie najbardziej utalentowanych, ale za to nastawionych na sukces, gotowych w imię tego sukcesu ciężko pracować .

Piszę o piłkarzach, ale przecież to samo można napisać o innych grupach, w ogóle o Polakach i zachodzie Europy. I o tym, jak wiele się zmieniło. Europa nie jest obcym światem, przytłaczającym luksusem i cenami. Program Erasmus otworzył przed polskimi studentami europejskie uczelnie. Otworzył się rynek pracy. Wciąż w uszach dźwięczy mi opowieść jednego z menedżerów, często jeżdżących do niemieckich fabryk. On polskich inżynierów wyławiał w mig - bo to byli jedyni ludzie w załodze, którym się spieszyło.

Takich opowieści jest więcej. One ilustrują fakt, że wykorzystaliśmy szansę, która się otworzyła. I że ta szansa zmieniła Polaków. Że owszem, możemy na wiele spraw narzekać, ale spójrzmy na kraj i na społeczeństwo z szerszej perspektywy, na przykład trzydziestu lat. Wtedy lepiej widać, jak bardzo, jako społeczeństwo, się zmieniliśmy.

Jasne, widzę w tym wszystkim i ciemne strony - Polska jest w coraz większym stopniu drenowana z fachowców, z tych najbardziej kreatywnych i pracowitych. Z Polski się wyjeżdża. A jako kraj jesteśmy wciąż na marginesie Unii, i niewiele wskazuje, by to mogło się zmienić.

Tak więc, sukcesy jednostek niekoniecznie przekładają się na sukces państwa.

Widać też, że ta polska machina staje w miejscu. Ewidentnie potrzebny jest nowy impuls, tym razem dotyczący samej Polski. Jak ten kraj na nowo ułożyć, już bez wcześniejszych kompleksów. Jak przeskoczyć z pozycji europejskiej prowincji do roli jednego z liczących się centrów.

Nie mam złudzeń - brak tego impulsu spowodował, że do głosu dochodzą różni narzekacze, czy też fantaści, na przykład opowiadający o Trójmorzu czy wielkim sojuszu amerykańsko-polskim. Albo o polskich elektrycznych samochodach. Śmieję się z tego, choć mnie to nie dziwi. Bo z reguły tak jest, że gdy w realu pojawiają się kłopoty, wtedy człowiek ucieka w miraże...

Czas więc najwyższy zerwać z fantazjami. Czas na wyznaczenie nowych celów, bo inaczej ci najbardziej przedsiębiorczy zaczną się ograniczać, a ci najbardziej bystrzy będą wyjeżdżać. I kraj pogrąży się w apatii i pustym gadulstwie.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy