Reklama

Reklama

Polskie bałaganiarstwo i jednoczesne nadęcie

Czemu nie zdziwiły mnie informacje dotyczące okoliczności wypadku opancerzonej limuzyny BMW z prezydentem Dudą na pokładzie? Och! Miał to być zamach, kolejny, taki zdradziecki. A okazuje się, że było niechlujstwo.

Że założono oponę, która właśnie szła do utylizacji. Sparciałą. A założono, bo nowej nie zamówiono. Że jeżdżono opancerzonym BMW w takie miejsca, gdzie taki samochód nie powinien był jeździć, i z taką prędkością, z jaką nie powinien był się przemieszczać, i tak dalej. Syf i bałagan.

Reklama

Dać Ziutkom urządzenie, które wymaga przeczytania instrukcji obsługi i regulaminów, zachowania elementarnego porządku, i wiadomo jak się skończy... Choć zawsze można wołać, że zamach, sabotaż i wrogowie ojczyzny.

Niektórzy prawicowi publicyści, ci zawsze czujni, mówili zresztą po wypadku Dudy, że kojarzy im się to ze Smoleńskiem. A owszem, mnie też się kojarzy. Jak dziś pamiętam swoje wielkie zdziwienie, kiedy na jaw wyszło, że załogę na lot do Smoleńska kompletowano chaotycznie i z łapanki, że tylko mechanik miał potrzebne papiery, a pozostali członkowie załogi, w tym pilot i nawigator - nie. Języka rosyjskiego nie znali, o pogodzie na miejscu dowiadywali się od kolegów, o znajomości specyfiki lotniska już nawet nie chcę wspominać.

Jak to było możliwe? Ano było... W normalnie funkcjonującym państwie do tego samolotu by nie wsiedli, chyba że w roli pasażerów.

Zresztą, okazuje się, że nie miało to znaczenia, bo samolot - jak to stwierdził minister obrony Antoni Macierewicz - rozpadł się w powietrzu, kilkanaście metrów nad ziemią. No fakt, jak się rozpadł, to nie ma znaczenia, jak był pilotowany... I gdzie był generał Błasik, w którym miejscu samolotu - czy przy prezydencie, czy w kabinie pilotów? I czy powtarzał "po-my-sły"... Jeżeli TU-154 się rozpadł w powietrzu, to przecież już jest nieistotny poziom wyszkolenia pilotów, ich odporność na naciski, organizacja nie tylko pułku przewożącego VIP-ów, ale całego systemu wojsk powietrznych.

Prawda, że parę słów zmienia całą naszą optykę?

Słyszę teraz, że wspaniale zachował się kierowca prezydenta Dudy, bo auto nie dachowało, bo jakoś wyszło z poślizgu. Ale o tym, że to BMW nie powinno jechać tak szybko (o oponie już wspomniałem), bo jest za ciężkie, już mówi się mniej. A przecież wystarczyło, by BOR na tej autostradzie się nie wściekał, nie popisywał...

Słyszę o wspaniałych pilotach TU-154, a przecież wystarczyłoby, żeby odlecieli na lotnisko zapasowe, nie próbowali lądować na ślepo, i tragedii by nie było.

Ba! W roku 2003 mieliśmy katastrofę śmigłowca, którym leciał ówczesny premier Leszek Miller. Nikt nie zginął dzięki mistrzowskiemu manewrowi pilota, który wylądował, mimo że przestały działać silniki. Ale przecież nie trzeba byłoby tego sprawdzianu, gdyby tenże pilot włączył wcześniej instalację antyoblodzeniową...

Oto Polska właśnie!

I żeby była jasność - nie chcę czepiać się mundurowych, a te wydarzenia przypominam po to, by zilustrować szersze zjawisko - polskie bałaganiarstwo, brak skupienia, koncentracji, i jednoczesne nadęcie (patriotyczne oczywiście), które pozwala bałagan chować gdzieś głęboko.

Miałem zresztą już nadzieję, że Polska z tego wyrasta, że kapitalizm przemienia nas z ludzi trochę rozmemłanych, rozgadanych, na zaradnych i twardo stąpających po ziemi. Że to nasze swojskie, mazowieckie bałaganiarstwo, odchodzi gdzieś w przeszłość, że zastępuje je nasza swojska galicyjska pazerność, pracowitość, wieczna potrzeba pięcia się w górę.  Furda! Nic z tych rzeczy! Znowu to wszystko wraca.

I, żeby była jasność, nie zamierzam bronić lat poprzednich, wmawiać komukolwiek, że w czasach PO-PSL wszystko było cacy. Nie było. Choćby takie konkursy na stanowiska były ustawiane - zanim taki konkurs był ogłoszony, już wiadomo było, kto go wygra. Teraz przyszła nowa władza i cóż zrobiła? Wprowadziła instrumenty utrudniające majstrowanie przy nich? Tak, żeby wygrywali je najbardziej kompetentni, a nie najlepiej ustawieni? Nie! Poszła dokładnie w drugą stronę - w ogóle konkursy zlikwidowała. Teraz wszystko jest na żywca, bez cienia wstydu. Nowe rozdanie polega na tym, że lojalność jest ważniejsza niż kompetencje, że bierze się "swoich", bo ci inni są "niepewni". Wtedy jest swojsko, fajnie, pewnie, ale byle jak.

Inaczej mówiąc - zamiast cywilizować się, wracamy do bylejakości, do korzeni. Machając sztandarem biało-czerwonym.

Nad tymi korzeniami europejskich narodów zastanawiał się jeszcze przed wojną Luigi Barzini, włoski publicysta. Popełnił zresztą na ten temat głośną książkę "Europejczycy".

Fascynowali go m.in. Anglicy. Głośno zastanawiał się, jak to jest - przecież nie są oni ani bardziej inteligentni, ani bardziej rzutcy, ani pracowici niż Europejczycy na kontynencie. A jednak podbili pół świata, jak nikt przed nimi. I dochodził do takiego wniosku, że mimo tych wszystkich ograniczeń, mają jedną zaletę - są przewidywalni i ułożeni; wiadomo, co Anglik zrobi w danej sytuacji, nie ma tam chaosu, jest porządek.

Jak widać, my - nad Wisłą - jesteśmy dokładnym tego zaprzeczeniem.   

Dowiedz się więcej na temat: Walenciak | polskie bałaganiarstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy