Reklama

Reklama

Polski bałagan, polska kłótliwość

Kara śmierci dla Tuska, pomniki i ulice smoleńskie w każdym mieście, wybaczenia nie będzie, Macierewicz ważniejszy od Dudy... Czy tylko to będziemy pamiętać z niedzielnych uroczystości?

A była nadzieja, że będzie inaczej...

Reklama

"Tragedia smoleńska i to, co się przed nią i po niej działo, było wielkim, dramatycznym świadectwem bylejakości naszego państwa, złego rządzenia, błędów, wszystkiego tego, co w Polsce nigdy zdarzyć się nie powinno".

To słowa prezydenta Andrzeja Dudy, wypowiedziane pod Pałacem Prezydenckim.

Podpisuję się pod nimi.

Sądzę zresztą, że podobnie myśli 90 proc. Polaków. I sześć lat po tamtej katastrofie większość z nas nie może pojąć, jak to mogło się stać? Że prezydencki samolot miał lądować na lotnisku nie nadającym się do użytku, że załoga samolotu kompletowana była z łapanki, że papiery na ten lot miał tylko jeden jej członek, że nie znała rosyjskiego i rosyjskich komend. A do kabiny pilotów wchodził, kto chciał.

Gorszące były także polityczne przepychanki przed samym lotem. Między prezydentem a premierem - kto ma być ważniejszy. Ostatecznie doczekaliśmy się dwóch delegacji, trzy dni wcześniej w Katyniu był premier Tusk. I cały czas trwała awantura o to, czyja wizyta jest ważniejsza.

Przecież to wstyd.

Oczywiste jest, że powinna być jedna polska delegacja. Wspólna. W takim miejscu.

Polski bałagan, polska kłótliwość - tak, to główne przyczyny smoleńskiej katastrofy.   

Z ust prezydenta padły też inne, ważne słowa. Apelował o "wzajemne wybaczenie, o to, byśmy wybaczyli sobie nawzajem wszystkie wzajemne, niesprawiedliwe słowa, gorszące zachowania, także i momenty poniżenia", gdyż to wybaczenie "jest dziś nam i Polsce, której przyszłość musimy budować wspólnie, ogromnie potrzebne".

Przypominam te słowa, bardzo prezydenckie, bo niemal natychmiast zostały one zdezawuowane. Antoni Macierewicz moment później mówił - "tak, przebaczenie musi nastąpić, ale najpierw musi przyjść prawda".  Czyli - jego prawda o katastrofie i o tym, kto jest jej sprawcą.

A wieczorem kropkę nad i postawił Jarosław Kaczyński, odsuwając Andrzeja Dudę zupełnie na bok. "Wiem, że Polacy wielokrotnie mylili się, kiedy przebaczali zbyt łatwo - mówił. Tak, przebaczenie jest ważne, ale po przyznaniu się do winy i po wymierzeniu odpowiedniej kary. Tragedia smoleńska nie była przypadkiem!"

Jakiej kary? Komu?

To już wyjaśniła w telewizji publicznej reżyserka Ewa Stankiewicz: "Należy się najwyższa kara, ten człowiek powinien ponieść najwyższą karę, specjalnie przywróconą do prawodawstwa polskiego w tej sprawie. Mówię tutaj o Donaldzie Tusku, który w drugim dniu oddał śledztwo w ręce Rosjan".

Mamy więc sytuację kuriozalną. Prezydent prezentuje ważną inicjatywę polityczną, ale jeszcze na dobre nie skończył jej przedstawiać, gdy liderzy jego obozu politycznego - nie bacząc, że go ośmieszają - powiedzieli coś zupełnie przeciwnego. Że będą chcieli ukarać tych, którym prezydent chce przebaczyć.

A w telewizji publicznej usłyszeliśmy, jak ta kara powinna wyglądać - że powinna to być kara śmierci. Dla byłego premiera.

I nikt tego nie sprostował, nie mówił że to pomyłka, że to słowa osoby obłąkanej, czy coś w tym rodzaju.    

Nic z tych rzeczy, przeciwnie, to wszystko jest traktowane jako zapowiedź przyszłych działań. Że będą w całej Polsce stawiane pomniki Lecha Kaczyńskiego i katastrofy smoleńskiej, że zmieniane będą nazwy ulic, i pisane na nowo podręczniki historii. Że wybuch, że zamach...

Mam absmak po tych wystąpieniach. Za mieszanie w głowach. Za napuszczanie jednych Polaków na drugich, za to, że dramat smoleńskiej katastrofy został w nich spłaszczony, sprowadzony do partyjnej gierki. A Polacy sprowadzeni do roli tych, którym trzeba wtłoczyć w głowy jedynie słuszną wersję wydarzeń. A ja myślałem, że epoka jedynej, słusznej prawdy, już dawno minęła...

Jestem też pewien, że absmak miałby tak gloryfikowany w niedzielę Lech Kaczyński. Bo oczywiście, miał on twarde, prawicowe poglądy, ale nie szalone.

Lech Kaczyński był  postacią ciekawą i złożoną. Miał dystans do księdza Rydzyka, za co ten odpłacał mu się, nazywając jego żonę "czarownicą". Ziobrę uważał za osobę niebezpieczną i infantylną. A Trybunał Konstytucyjny szanował, i mówił o nim (co dziś się przypomina): "Trybunał Konstytucyjny był, jest i będzie organem władzy całkowicie niezależnym i, jak wszyscy w Polsce zauważyli, pilnie owej władzy strzegącym. Nie sądzę, żeby cokolwiek mogło temu stanąć na przeszkodzie." To jest dziś skrzętnie pomijane, ale warto też wiedzieć, że parę tygodni po uroczystościach katyńskich Lech Kaczyński miał jeszcze raz lecieć do Rosji, tym razem na uroczystości zakończenia II wojny światowej. I na pokład swego samolotu zaprosił m.in. gen. Wojciecha Jaruzelskiego, jak podkreślił - jako żołnierza tamtej wojny. To był mocny, polityczny gest.

Zresztą, takich godnych prezydenta posunięć, miał więcej. Zapraszał Aleksandra Kwaśniewskiego do konsultacji w sprawie działań wobec Ukrainy.

Potrafił wyjmować z Platformy co ciekawsze osoby. Oceniając urzędników państwowych wychodził poza partyjne miary.

Dziś tak ciekawego polityka jego obóz pokazuje jako postać jednobarwną, mało mądrą, działającą na wzór partyjnych sloganów.

Mam dziwną pewność, że tak mocno prymitywizując swój przekaz, wołając, że Lech Kaczyński był najwybitniejszym polskim politykiem po roku 1989, i że Donald Tusk powinien zostać ukarany (przez rozstrzelanie), PiS strzela sobie w kolano.

Owszem, można w ten sposób rozgrzać tłum, stawiać na baczność partyjny aparat. Ale państwa w ten sposób się nie buduje. No, chyba że o państwo jednej partii i jednego wodza chodzi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje