Reklama

Reklama

Politykashow

Na marginesie awantury w Sejmie, tej, która wybuchła przy okazji uchwalania ustaw emerytalnych, mam trzy uwagi.

Po pierwsze, uważam, że nieszczerze brzmią te wszystkie PiS-owskie głosy oburzenia na zachowanie Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota. Że pierwszy odepchnął dziennikarkę i nazwał ją mało sympatycznym słowem, że drugi obraził Jarosława Kaczyńskiego. Mój Boże, dla PiS-u to wielkie grzechy?

Reklama

Proszę mi pokazać formację, która z etykietowania i poniżania swoich przeciwników uczyniła taką sztukę. Tylko Lepper zbliżał się w różnych określeniach i insynuacjach do PiS-owskiej czołówki, ale przecież jej nie przeskoczył.

Popatrzmy zresztą na podwładnych Jarosława Kaczyńskiego - Macierewicza, Hofmana, Brudzińskiego. Jak rywalizują jeden z drugim, kto użyje bardziej dosadnego określenia, kto mocniej obrazi.

Premier w ostatnich tygodniach mógł dowiedzieć się o sobie, że jest jak Hitler, że eksterminuje naród, że jest zdrajcą i marionetką Putina. Zastanawiam się, jakimi to słowami Tusk będzie określany za parę miesięcy, i - szczerze mówiąc - nic mi do głowy nie przychodzi. Bo co może być mocniejszym określeniem od Hitlera czy zdrajcy? Panowie, co wymyślicie?

I teraz traktująca swych przeciwników grubym słowem formacja nagle piszczy, że ją obrażają...

Cóż, wierzę, że PiS może mieć cienką skórę. Ale nie wierzę, że jest tak ślepy, że nie widzi w Niesiołowskim czy Palikocie samego siebie. Tu jest pies pogrzebany - Niesiołowski i Palikot w swych zachowaniach są jak PiS-owcy. Oni z tą partią walczą jej metodami, jej sposobem. Czy dlatego taką wzbudzają furię? Bo trafiła kosa na kamień? Bo PiS widzi w nich swoje odbicie?

Po drugie, trzeba widzieć w tym nakręcaniu emocji pewną grę. Ona trwa od lat. Sprzyja jej kilka czynników. Przede wszystkim to, że przynosi korzyść i Platformie, i PiS-owi. Oni wzajemnie obrzucają się błotem, co nazywane jest - przecież niesłusznie - polityką, ale to powoduje, że reflektory skupiają się na ich walce. Dzięki temu PO i PiS zgarniają dodatkową pulę za to, że budzą zainteresowanie, że mogą dominować na politycznej scenie.

Jest to sposób na życie - obrzucamy się błotem i to daje miejsca w parlamencie, w rządzie, w sejmikach, w spółkach i tak dalej...

To jest jak prawo Kopernika - że gorszy polityk wypiera lepszego. Popatrzmy zresztą na rząd i na liderów opozycji. 10-15 lat temu normą w elitach władzy byli profesorowie, osoby z niekwestionowanym dorobkiem. A teraz?

Myślę również, że jest jeszcze jeden czynnik, który kształtuje temperaturę życia publicznego. I PiS i PO chętnie podkreślają, że wywodzą się z "solidarnościowego" korzenia. W porządku - faktem jednak jest, że "Solidarność", poza krótkimi epizodami rozwagi i spokoju, najlepiej czuła się w atmosferze oskarżeń, wywożenia na taczkach, podejrzliwości, szukania kreta, patriotycznej egzaltacji. To zostało. Zacietrzewione towarzystwo.

Ale do tego wszystkiego mam też trzecią uwagę. Bo owszem, politycy PO i PiS idą na łatwiznę, nie chce im się wgłębiać w skomplikowane zagadnienia emerytur, demografii, rynku pracy, bo zawsze łatwiej nabluzgać. Tylko dlaczego media tak chętnie te pyskówki pokazują?

Przecież to jest nienormalne i obłudne, kiedy dziennikarz jeden czy drugi wygłasza lament, że poziom polskiej polityki spadł na dno, że to pajacowanie, a za chwilę tych samych "pajaców" zaprasza do swego programu. I szturcha ich kijem, napuszcza, żeby... "pajacowali".

Panie i panowie, eksperci od pióra i mikrofonu, dlaczego tak chętnie zapraszacie do programów zagończyków, awanturników, a omijacie ekspertów, osoby zrównoważone? Wiem, wiem, znam to tłumaczenie, że szuka się kogoś, kto "dobrze" powie, kto podgrzeje atmosferę, uczyni pogram "dynamicznym" i "ciekawym".

Ha, ha, ha - "ciekawym"! Ale dla kogo?

To jest ta pułapka, w którą wpadły media. Pułapka taka, że mediom łatwiej jest relacjonować pyskówkę, judzić jednych na drugich, a potem się gorszyć niż poprowadzić debatę ekspertów. Łatwiej, bo nie trzeba do programu specjalnie się przygotowywać, wkręcać się w zawiłości spraw emerytalnych czy jakichś innych.

A przede wszystkim - awantura przyciąga. Nabija oglądalność. Więc zawsze można powiedzieć szefom i reklamodawcom: proszę, ile osób oglądało program! Proszę, jakie mam powodzenie!

Bluzgający politycy wypychają ze świata polityki ludzi z dorobkiem, szanujących siebie i innych. Ale świat ten psują również media, przedstawiając życie publiczne jako kronikę towarzyską osób porywczych i wzajemnie się obrażających. Jedni warci są drugich.

W ten sposób mamy spiralę coraz agresywniejszych polityków i coraz głupszych programów. Ona powoduje, że polityka zamiast miejscem refleksji i debaty o sprawach publicznych staje się miejscem rozrywki dla gawiedzi.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje