Reklama

Reklama

Państwo się szanuje, gubernię się grabi

25 lat temu, w roku 1989, Ukraina była mniej więcej na poziomie Polski. Raczej mniej niż więcej, ale to nie ma większego znaczenia, bo dziś między tymi krajami jest przepaść. Pytanie więc nasuwa się samo: dlaczego tak się stało? Skąd ta przepaść? Czy była ona nieunikniona? Czy historia, tak w Polsce, jak na Ukrainie, mogła potoczyć się inaczej?

Oczywiście, Ukraina znajdowała się w pozycji wyjściowej o wiele trudniejszej niż Polska. Bliżej jej było - i w sferze gospodarki, i w sferze mentalności - do Moskwy niż do Warszawy. Do struktur radzieckich aniżeli do struktur zachodnich. Ale - mimo wszystko! - jakiś postęp od tego czasu mogłaby zrobić!

Reklama

Tymczasem kraj ten znajduje się na skraju zapaści finansowej, bez funkcjonującej gospodarki, bez funkcjonującej efektywnie władzy, praktycznie na skraju anarchii. Dlaczego tak się stało?

Sądzę, że na to pytanie jest jedna odpowiedź: to kwestia elit. To one przemarnowały 25 lat Ukrainy. Ten czas, który przeszedł Ukrainie na kłótniach, awanturach i rozkradaniu państwa.

10 lat temu, podczas pomarańczowej rewolucji i zaraz po niej, wydawało się, że ten kraj odzyska busolę, że wreszcie zacznie być Państwem przez duże P, a nie gubernią, która niespodziewanie sama dla siebie uzyskała niezależność od centrali.

Państwo się szanuje, gubernię się grabi. I tego właśnie zabrakło ukraińskim elitom - poczucia, że przyszło im odpowiadać za losy państwa, za losy narodu (w znacznej mierze - in statu nascendi). Zabrakło też oczywiście ogólnej wiedzy, jak funkcjonuje świat, ale w tym przypadku jest to detal.

Z tego punktu widzenia patrząc widzimy wyraźnie, jak dobrze historyczny egzamin roku 1989 zdały elity polskie, które potrafiły porozumieć się, wyjść z zaklętego kręgu jałtańskiego dyktatu, a potem konsekwentnie pchać Polskę w kierunku rozwiązań zachodnich, w kierunku NATO i Unii Europejskiej. To nie było takie proste - w roku 1989 Polska stąpała po kruchym lodzie. "Moskiewski niedźwiedź", owszem, był już śmiertelnie chory, ale łapą jeszcze mógł zamieść.

Zachód z kolei spoglądał na państwa Europy Środkowej bez wielkiego entuzjazmu. Owszem, chętny był do łatwych interesów, ale do przyjmowania do Unii Europejskiej już znacznie mniej. Oczywiście, patrząc na polskie minione dwudziestopięciolecie widzimy popełnione w tym czasie błędy, wynikające z niewiedzy bądź naiwności. Widzimy, że niektóre z nich (jak OFE) kosztowały nasz kraj miliardy, ale - z perspektywy historii - wychodzimy na plus. Chwała bohaterom! Mądrych decyzji było w tym czasie o wiele więcej niż złych. Jesteśmy po dobrej stronie. A Ukraina?

Wiktor Juszczenko, wybrany na fali pomarańczowej rewolucji prezydentem, kończył z poparciem 3 proc., a media rozpisywały się o ciemnych interesach firmy jego syna. Trzeba być wyjątkowym "artystą", żeby przefrymarczyć w parę lat ten wielki entuzjazm. Jego rywal i następca, Wiktor Janukowycz, kończy z opinią bandyty, a o jego miliardach niewiadomego pochodzenia już nawet nie chce się wspominać. Tak jak i o oligarchach, którzy powykrawali sobie samodzielne latyfundia niczym magnaci w I Rzeczpospolitej,  wszechogarniającej korupcji i samowoli władz różnego szczebla. Julia Tymoszenko? Wystarczyło posłuchać tego, co mówiono o niej na Majdanie...

Kto jest winien takiego stanu rzeczy? Kto zepchnął Ukrainę poniżej poziomu nie tylko Rosji, ale i Białorusi? Przecież nie jeden czy drugi polityk, tylko cała klasa polityczna. Choć w tym wypadku słowo "klasa polityczna" należałoby napisać z wielkim znakiem zapytania. Bo przecież widzimy to wyraźnie - większym problemem Ukrainy nie jest to, czy iść z Rosją czy na Zachód, lecz to, z kim iść na czele, komu ufać.

Nie wiem na ile wybory 25 maja (jeśli do nich dojdzie) odwrócą los Ukrainy. Oczywiście, życzę jej jak najmądrzejszych deputowanych, którzy potrafiliby ułożyć dobry rząd i potrafiliby wytłumaczyć obywatelom trudne decyzje. Którzy czuliby odpowiedzialność za losy swojego państwa i uwierzyli, że to państwo, a nie uwolniona gubernia.

Wiem, że proces kształtowania się elit to długa droga. Że trzeba na niej wielkich bohaterów, historyków, publicystów, klimatu wielkości państwa i odpowiedzialności za jego losy...

Historia zna dziesiątki przypadków, kiedy o losie państw i narodów decydowały decyzje jednostek, wybitnych przywódców. De Gaulle uratował Francję w roku 1958, a potem dał jej wiele lat energii, porządkując administrację i wycofując z beznadziejnej wojny w Algierii. Konrad Adenauer dał podwaliny pod współczesne Niemcy, o naszych przywódcach z przełomu lat 1989-1990 już wspominałem...

Historia w trudnych chwilach pomaga wybitnym jednostkom, by się przebiły do przodu, by zyskały poparcie. Ale wpierw muszą się one pojawić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy