Reklama

Reklama

Państwo PiS

​Grudniowe marsze w Warszawie pokazały, że mamy w Polsce nowe linie podziału. Nie ma już wojny Polski postkomunistycznej i postsolidarnościowej, nie ma sporu między Polską liberalną i solidarną. Jest coś nowego.

Z jednej strony mamy PiS, posiłkujący się Kościołem, prawicowym elektoratem, z drugiej - to, co urodziło się 12 grudnia, czyli nowy Centrolew, tak jak w II RP rozciągnięty od chadeków, poprzez ludowców, po socjalistów. Ciekaw jestem, czy historia się dopełni i jego przywódcy trafią na ławę oskarżonych... Petru, Schetyna, Kosiniak-Kamysz, Nowacka... Wszystko jest możliwe. Aczkolwiek Brześć jest dziś poza granicami RP.

Reklama

Mamy zresztą nie tylko nową linię podziału, ale i nowy zwyczaj - polityka wraca na ulice. Oczywiście, nie jestem przeciwny manifestacjom, ludzie mają prawo na ulicy wyrażać swoje zdanie. Górnicy, pielęgniarki, nauczyciele, samotni ojcowie, rolnicy... Te grupy społeczne przechodziły przez warszawskie ulice i żadnej władzy z tego powodu korona z głowy nie spadła. Ale grudniowe marsze były innego rodzaju, były marszami przeciw. I to nie wróży dobrze Polsce, one ją rozpoławiają, wprowadzają atmosferę wrogości, zimnej wojny domowej.

To nas czeka.

Wojna o Trybunał nie jest bowiem zwykłym sporem o kolejną instytucję, którą PiS chce przejąć. Jest wojną o zasady. O zasady demokratycznego państwa prawa. O to, czy sędziowie mają być podlegli władzy, czy nie. Czy mają wyrokować tak, jak chcą partyjni funkcjonariusze. To istotne, bo jeżeli mają być powolni wobec władzy, jeżeli o tym, co jest zgodne z prawem i konstytucją, mają decydować podwładni Jarosława, na przykład pełna wdzięku pani minister Kempa, to szybko dojdziemy do takiej sytuacji, że "demokratycznie wybrana większość" uchwali na przykład, że połowa Polaków nie ma prawa głosu, albo że wybory odbędą się nie za cztery lata, ale za czternaście. Demokratycznie to uchwali, prezydent to podpisze, a Trybunał, już ten właściwy, zaakceptuje.

Takie są obawy wszystkich tych, którzy bronią Trybunału, nawet jeżeli nie podoba się im prezes Rzepliński i niektóre orzeczenia. Jarosław Kaczyński z kolei odpowiada, że jeżeli tej instytucji nie opanuje, to nie będzie mógł wprowadzać ustaw, typu 500 zł na dziecko. I że Trybunał i jego obrońcy to banda kolesi, sterowana z zewnątrz.

Może ktoś na to się nabiera, że wszyscy wokół to kolesie, a PiS już nie, i że sędziowie zabiorą te 500 zł... Ale dla mnie wypadło to marnie i mało przekonująco. Ha! Nie chcę zwolenników Jarosława Kaczyńskiego martwić, ale te jego przemówienia są coraz bardziej nudne i schematyczne. Owszem, ładnie prezes gra na emocjach, ale jeśli chodzi o treść, to nie wychodzi poza schemat prawicowego jazgotu.

Roman Dmowski w roku 1905, walcząc z PPS-em pisał, że socjaliści są finansowani przez niemieckie pieniądze i służą interesom niemieckim, a nie polskim. W II Rzeczpospolitej endecja wołała, że Gabriel Narutowicz to osoba obca i służąca obcym interesom. Potem to samo o swych przeciwnikach mówiła sanacja. W Polsce Ludowej moczarowcy, czyli tzw. narodowi komuniści, też gromili opozycję, że kala polskie gniazdo skarżąc się do zachodnich mediów. I wołali o niej, że to gromada bankrutów politycznych, która nie chce uznać nowej, wspaniałej przecież rzeczywistości, i tak dalej.  I że to gorszy sort Polaka...

Wszystko się powtarza. Także przekonanie prawicy, że jest ulepiona z lepszej gliny. Bo, jak wiadomo, wszyscy, co za PiS-em, to genetyczni patrioci, a ci, co przeciw, to genetyczni zdrajcy... Ludzie gorszego sortu, komuniści i złodzieje.

A teraz weźmy oddech i zastanówmy się - po co Kaczyński tak szczuje? Po co nakręca emocje? O co mu naprawdę chodzi, bo przecież nie o Trybunał? Wynotowałem sobie kilka odpowiedzi na to pytanie, wszystkie warte namysłu.

Po pierwsze, nakręca atmosferę, by sprawować lepszą kontrolę nad swoim elektoratem i podwładnymi. Gdy jest taka wojna, nikt nie ma prawa się wychylić. Ani Szydło, ani Duda, ani różne komitety poparcia.

Po drugie, by odwrócić uwagę od tego, że rząd PiS nie spełni większości obietnic. Zwłaszcza tych socjalnych. Więc przenosi bitwę na inne pola.

Po trzecie, by trwale podzielić Polskę, bo wtedy łatwiej rządzić. Gdyż jest prosty podział my-oni i z niczego już nie trzeba się tłumaczyć.

Po czwarte, bo w atmosferze awantury prezes czuje się najlepiej, inaczej nie potrafi. Tak po prostu ma.

Po piąte, bo chce rozwalić obecną demokrację i wprowadzić w Polsce nie tyle drugie Węgry, co drugą Turcję. Więc jeżeli ktoś myśli, że dziś jest gorąco, to głęboko się myli, bo atmosfera będzie gęstnieć z miesiąca na miesiąc.

Czy to mu się uda? Nie wykluczam tego, choć patrząc na różne hasła, które demonstranci prezentowali w sobotę, coraz bliżej jestem opinii, że Polacy nie pękną przed PiS-em. "Duda - jesteś tylko kotem prezesa!" - to hasło najbardziej mi się spodobało, najbardziej mnie rozweseliło. Bo raz, że bliskie prawdy, a dwa - że Andrzej Duda najpewniej uznał je za komplement.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy