Reklama

Reklama

O co tak naprawdę chodzi na Ukrainie?

​Im dłużej stoi Majdan na Ukrainie, tym mniej wiemy, co tam naprawdę się dzieje. Czytam relacje z Kijowa, słucham polityków, ministra spraw zagranicznych, ekspertów - oni wszyscy coś mówią, ale nie kończą. To jest zwykła kompromitacja.

Opinię publiczną kształtują egzaltowane dziennikarki i niewiele z tych relacji można się dowiedzieć. Mamy "ukraiński" chaos. Nie podoba mi się to.

Reklama

W demokratycznym kraju opinia publiczna powinna być kompetentnie poinformowana na temat sytuacji za naszą wschodnią granicą, w państwie dla Polski jednym z najważniejszych. Tymczasem wciąż widzę jakieś obrazki, a nie słyszę odpowiedzi na podstawowe pytania.

Kim są ludzie z Majdanu? Jeżeli tygodniami tam manifestują, to z czego żyją? Jakiej chcą Ukrainy? Czy są proeuropejscy, czy też jest to gromada nacjonalistów, banderowców? Innymi słowy: jaki jest rozkład sił w tej grupie? Czy jest to coś poważnego, przyciągającego obywateli, czy miejsce do zadymy, przyciągające kiboli? Czy Majdan rośnie, czy wygasa?

Kto jest tam liderem? Czy Kliczko, któremu psiknęli w twarz gaśnicą? Czy Jacyniuk? A może Tiahnybok? Jest tych trzech liderów, ale nie ma już odpowiedzi na pytanie, czy razem współpracują i kto ile w tym skrzykniętym ad hoc triumwiracie znaczy.

Nie wiadomo też, jakie są wpływy "majdanowców" na Ukrainie?  Czy one rosną, czy maleją? Kto w ogóle dziś na Ukrainie sprawuje władzę? Jaka jest pozycja administracji? Oczywiście tej, co działa... Jaka resortów siłowych? Jaka oligarchów?

Czy możliwe jest wprowadzenie na Ukrainie stanu wyjątkowego? Słyszałem, że domagają się tego generałowie. Więc odpowiedzmy sobie na pytanie: co to domaganie się oznacza? Czy to ultimatum wobec prezydenta czy skomlenie? Jeżeli mówimy już o generałach - czy są oni w stanie ten stan wyjątkowy wprowadzić? Czy kontrolują siły zbrojne? Czy jak powiedzą: ruszamy, to żołnierze ruszą? Czy mają poparcie w społeczeństwie? Inaczej mówiąc - czy są jak Jaruzelski i Kiszczak, czy też raczej jak Janajew i Pugo?

Widzę i słyszę, że manifestanci w różnych miastach pozajmowali budynki administracji rządowej.  Bardzo to radowało polskie media... Ech! Dlaczego wiec oburzają się, gdy alterglobaliści chcą z okazji spotkań polityków Zachodu przekroczyć jakąś wyrysowaną przez policję linię? Wtedy łomot, który im się sprawia, jest słuszny, bo to zamach na prawo i na instytucje. A na Ukrainie? Prawo siczy?

Ale zapytajmy o tych, co weszli do urzędów - dalej je okupują, czy już wyszli? Jak może działać państwo, w którym nie działa administracja? Usłyszeliśmy, że prezydent chorował przez cztery dni, najprawdopodobniej miał wylew. Czy ktoś go zastępował?

Premier zdymisjonowany, prezydent po wylewie, gmachy administracji zajmowane przez nie wiadomo kogo - jaki jest stan ukraińskiego państwa? Jak teraz będzie grał Janukowycz? Czy wciąż jest najsilniejszym graczem, czy już nie? Czy ktoś czai się za jego plecami?

Czy jest możliwy rozpad Ukrainy? A jeżeli tak - czy ten wariant byłby korzystny dla Polski czy też nie? Jaki plan wobec Kijowa ma Polska? Czy nasz MSZ wie jaki na Ukrainie kształtuje się układ sił? Jakie plany ma Rosja? Jakie są działania Moskwy? A jakie USA i Niemiec?

Jak jest sytuacja gospodarcza Ukrainy? Ile jest w stanie dać jej Rosja, a ile Europa? Czy doktryna Giedroycia, że nie ma suwerennej Polski bez wolnej Ukrainy dalej jest aktualna? A jeżeli staniemy przed wyborem - Ukraina Janukowycza albo Ukraina banderowców, to które "mniejsze zło" lepiej wybrać? A może jest inne, oczywiście realne, a nie życzeniowe rozwiązanie? Kogo więc warto poprzeć, a przed kim uciekać?

Nie sądzę, bym zadawał jakieś szczególnie trudne pytania. Dla osób zajmujących się sprawami Ukrainy powinny być one oczywiste. Sądzę również, że powinny być oczywiste dla najważniejszych polskich polityków.  Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że tak nie jest.

Słyszałem na przykład ministra Sikorskiego, ale nie mówił on o działaniach Warszawy wobec Kijowa, tylko o TVP Polonia, której, ni z gruchy ni z pietruchy, MSZ wydało wojnę. To dla polskiej dyplomacji najważniejszy dziś bój. Pełna kompromitacja, panie ministrze!

Zniknął gdzieś prezydent. Premier jeździ po Europie, prezentuje plan dla Ukrainy, ale nie za bardzo wiadomo, co to za plan, na ile jest realny.

PiS pękł w ukraińskiej sprawie. Kaczyński był na Majdanie, wołał po banderowsku, więc zaraz skoczył na niego ksiądz Isakowicz-Zaleski, że brata się z potomkami polakobójców z Wołynia.

Mamy więc pełen chaos i grę na emocjach. Dziennikarze nie potrafią posegregować informacji napływających z Ukrainy. Oddzielić tych ważnych od trzeciorzędnych. Eksperci nie potrafią tego ogarnąć. A politycy?

Mam przekonanie, że obecne wydarzenia na Ukrainie zadecydują o jej losie na najbliższe lata. Może nie na dwieście, ale na kilkanaście przynajmniej. I, siłą rzeczy, będą wpływać również na pozycję Polski. A jeżeli tak, to warto byłoby, żeby Polska zachowywała się wobec Ukrainy w sposób poważny i przewidywalny. Żeby prowadziła politykę. Bo na razie mamy Dzikie Pola. Kto się dorwie do mikrofonu ten krzyczy, i to tak jak mu mały partyjny interesik podpowiada.  

Jest takie powiedzenie, że jakie czasy, tacy politycy. Zgadzam się z nim - mamy czasy telenowel, więc na ich obraz mamy skrojonych liderów. Ale akurat sprawa Ukrainy z tego schematu się wymyka. Ona wymaga naprawdę dobrej znajomości tamtych stron, wyczucia nastrojów, pewnej wizji. Wymaga męża stanu.

Właśnie zapalam świecę i idę go szukać...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje