Reklama

Reklama

Minister Waszczykowski podjął walkę z Rosją. I przegrał

​Polska zgłupiała. Oto bohater naszych dni, minister Waszczykowski, podjął walkę z Rosją. I przegrał. Minister chciał zatrzymać Rosjan u naszych bram, bo oni chcieli motocyklami przejechać przez Polskę do Berlina. Taką mieli ochotę, żeby w ten sposób uczcić marsz Armii Czerwonej w czasach II wojny światowej.

To widocznie zgorszyło naszą władzę, bo dowiedzieliśmy się, że ci motocykliści,  organizacja nazywająca się "Nocne Wilki", to rosyjscy nacjonaliści, i - to był argument nie do odparcia - są oni zaprzyjaźnieni z prezydentem Putinem.

Reklama

Więc nasz MSZ powiedział im - nie. Przez Polskę nie przejedziecie.

Ja to rozumiem, gdyby mieli opinię wrogów Putina, to władza, Pisowska albo Platformerska (oni reagują na to tak samo), zafundowałaby im przejazd w honorowej eskorcie. Taki mamy klimat.        

Więc minister Waszczykowski się naprężył, że Wilków nie wpuści, że zepsuje im imprezę. I guzik z tego wyszło. Oni wjechali do Polski, złożyli kwiaty przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie, i w asyście policji (sam to widziałem) podążają na Zachód.

Waszczykowski Polski nie obronił. I pytam się: gdzie tu rozum?

I Platformy (bo za jej czasów te "Wilki" po raz pierwszy przejeżdżały przez Polskę, i minister Siemoniak chciał ich zatrzymywać), i PiS-u? Co im przeszkadzało kilkudziesięciu grubych Rosjan, którzy przejechali ze wschodu na zachód, przy okazji składając w różnych miejscach kwiaty? Nawet takich, co mają zorane mózgi wielkoruskim nacjonalizmem? Naród by tego nie zauważył. A tak - wie.

Ale ci Rosjanie to małe miki w porównaniu z innym mózgowcem naszych czasów - Sławomirem Cenckiewiczem. Obecnie pracownikiem ministerstwa obrony. On z kolei, parę tygodni temu ogłosił, że żołnierze I Armii Wojska Polskiego to nie byli polscy żołnierze, tylko sowieccy. I że ich szlak bojowy to nie jest historia polskiego oręża.

Mamy właśnie 2 maja, tego dnia, w roku 1945, padł Berlin, i ten dzień od jakiegoś czasu jest Dniem Flagi. Polskiej.

Także dlatego, że w tym dniu zawisły w pokonanej stolicy Rzeszy także flagi biało-czerwone. Polscy żołnierze zawiesili nasze flagi na Kolumnie Zwycięstwa, na balkonie Reichstagu, i na Bramie Brandenburskiej. Lepili je z poszew, łącząc drutem, agrafkami.

Zachowały się ich relacje. Ppor. Troicki we wrześniu 1939 walczył nad Bzurą, potem działał w AK, i tak trafił do I Armii. Kapral Jabłoński pochodził z Podlasia, najpierw wcielono go do Armii Czerwonej, potem próbował dostać się do armii Andersa, nie zdążył, więc dojechał do Sielc nad Oką.  Plutonowy Otap pochodził spod Białegostoku, wywieziono go w głąb Rosji, na zsyłkę, stamtąd doszedł do Kościuszkowców. A z kolei kanonier Mierzejewski był mieszkańcem centralnej Polski, działał w konspiracji, i w roku 1944 zaciągnął się do I Armii. Był jeszcze w tej grupie kanonier Karpowicz, ale o nim wiadomo najmniej. I ta piątka zawiesiła polską flagę na Kolumnie Zwycięstwa. Polską.

Mieli łzy w oczach.

Do cholery, jak można uważać ich za Rosjan czy Polaków gorszego sortu!?

Dziś żaden z nich już nie żyje. I może dobrze, że nie dożyli obecnych czasów, i nie muszą słuchać tych bzdur, że byli Rosjanami.

I nie są świadkami tego szaleństwa odwracania porządku II wojny światowej. Że nagle okazuje się, że ją przegraliśmy, że Niemców zastąpili rosyjscy okupanci. I że II wojna światowa to się skończyła w roku 1989, albo i w 2015, po zwycięstwie Andrzeja Dudy i PiS-u.  Są tacy, co tak mówią, dla nich najwyraźniej Hans Frank to to samo co Edward Gierek czy Tadeusz Mazowiecki.

Modne bardzo jest dziś określenie polityka historyczna, co mniej więcej tyle znaczy, że dla politycznych celów, dla lepienia ludzkich umysłów, wykorzystywane są wydarzenia z przeszłości, odpowiednio opowiadane.

Fani polityki historycznej często powołują się na przykład Niemiec, na to jak ich oficjalna propaganda wybiela ich odpowiedzialność za II wojnę światową. Że to nie Niemcy ją wywołali, lecz "faszyści".

Jeżeli tak, to polska polityka historyczna zmierza w odwrotnym kierunku.

Rok temu ówczesny prezydent Komorowski wymyślił, że Polska stworzy alternatywę dla prezydenta Putina, jeśli chodzi o upamiętnienie rocznicy zakończenia II wojny światowej. Ta alternatywa tak mu wyszła, że na Westerplatte przyjechali prezydenci Bułgarii, Chorwacji, Ukrainy, Czech, Estonii, Litwy, Rumunii, premier Słowacji, były prezydent Niemiec i wiceprzewodniczący parlamentu Węgier. Cóż, jakoś tak dziwnie wyszło, że zakończenie II wojny światowej świętowaliśmy z przedstawicielami państw, które niekoniecznie były w obozie jej zwycięzców. Jakiż to rozum podpowiadał, by przyklejać się do Żelaznej Gwardii, Strzałokrzyżowców, Szaulisów, Hlinkowców? Owszem, mamy Brygadę Świętokrzyską NSZ, żywioną i dozbrajaną przez Niemców, której przedstawiciel był w roku 1945 na konferencji w Pradze, gdzie radzono nad powołaniem antykomunistycznej międzynarodówki pod auspicjami Niemiec. Ale czy takiej tradycji nam trzeba?

To było ważniejsze niż biało-czerwona flaga nad Berlinem?

Tak chcemy przedstawiać się światu?   

Karol Modzelewski wielokrotnie natrząsał się z dzisiejszej polskiej prawicy, mówiąc, że ich wizja historii to żywcem przepisane stalinowskie czytanki, tylko tłumaczone na opak. Gdy to mówił, kiwałem głową ze zrozumieniem, choć nie do końca czułem się przekonany.

Teraz wiem, że grzeszyłem brakiem wyobraźni. Że to wszystko może być na opak. I że nie brakuje ludzi, którzy wierzą w te opowieści. Zachwyconych, że oto są depozytariuszami nie wiadomo jakiej tajemnicy. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje