Reklama

Reklama

Marcin P. jak Nikodem Dyzma

Takie mam przeczucie, że w najbliższych dniach, a nawet tygodniach, będziemy mieli w mediach bijatykę o to, jak interpretować sprawę Amber Gold. Czy był to - jak sugeruje premier i jego partia - nieszczęśliwy wypadek na drodze do lepszego kapitalizmu, czy coś poważniejszego. I żeby sprawę postawić jasno: uważam, że to było coś dużo, dużo poważniejszego.

Nie ma co owijać w bawełnę - w normalnie funkcjonującym kraju Marcin P., człowiek po siedmiu wyrokach, czyli postać organom ścigania znana, który z pompą otwiera kasę inwestycyjną, a potem linie lotnicze, które mają rywalizować z narodowym przewoźnikiem, byłby prześwietlony siedem razy, i siedem razy zatrzymany. Nie, nie dlatego, że prokuratorzy i policjanci mieliby taki kaprys, tylko po to, żeby chronić obywateli. Przed oszustem.

Reklama

To jest po prostu abecadło normalnie funkcjonującego państwa. I nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy co chwilę słuchać muszę jakichś głupot, wygadywanych chyba tylko po to, żeby ukoić nerwy premiera.

Pierwsza rzecz, która mną trzęsie to opowieści , że ci, którzy zainwestowali w Amber Gold, są sami sobie winni. Że zgubiła ich chciwość. Bo powinni wiedzieć, że te obiecywane zyski to są rzeczy podejrzane. Przepraszam bardzo, normalny obywatel myśli inaczej - widzi biuro na głównej ulicy, widzi reklamy, całymi miesiącami, to dlaczego ma nie sądzić, że ten cały biznes ma ręce i nogi? Że trafił na kogoś bardziej operatywnego niż tradycyjne banki?

Normalny obywatel nie ma głowy, żeby prowadzić własne śledztwa na temat firm inwestycyjnych. Od tego ma państwo i opłacanych z jego podatków urzędników i funkcjonariuszy, żeby go od oszustów chronili. Więc nie opowiadajcie panowie, że klienci Amber Gold i OLT Express to ludzie chciwi, bo to ludzie oszukani. Podwójnie. Przez pana P., i przez własne państwo, które zostawiło ich samych sobie.

Taką ofiarą jest też syn premiera. Czy on też pracował dla pana P. z chciwości?

Zakładam, że pracował dlatego, bo chciał się wzorowo wywiązywać z tradycyjnie pojmowanej roli męża i ojca. No to dziwię się Donaldowi Tuskowi, że pozwolił swemu synowi wiązać się z firmą o kiepskiej reputacji. Dziwię mu się nie jako rodzicielowi, który pozostawił swego syna na lodzie, ale jako premierowi. Człowiek kierujący państwem powinien mieć chyba wystarczająco dużo doświadczenia i wyobraźni, żeby przewidzieć, jakie mogą być konsekwencje pracy jego syna dla takiej firmy. Konsekwencje polityczne.

Nawiasem mówiąc, warto byłoby zbadać czy pan P. dał pracę Michałowi Tuskowi ze względu na jego unikatowe umiejętności, czy ze względu na nazwisko? Żeby szeptać, na lewo i prawo: "O, mam w swojej stajni syna premiera...".

Warto byłoby zbadać i inne rzeczy związane z Amber Gold, ale czy do tego dojdzie? Czy raczej wszystko zostanie zamiecione pod dywan, wytłumaczone nam, że zdarzyło się nieszczęście, ale odpowiednie służby wszystko już sprawdziły.

Będzie więc twarda gra o to, kto wyjaśni aferę Amber Gold - czy sejmowa komisja śledcza, czy też Donald Tusk i jego służby. Innymi słowy: czy za tę kurtynę zajrzy opozycja (a my z nią) , czy też wszystko zostanie jakoś tam zaklajstrowane?

Na razie, z lektury artykułów prasowych, widać jedno - pan P. znakomicie funkcjonował w Trójmieście, a potem już w całej Polsce - hasał sobie, jak chciał.

To przypadek? Myślę, że nie. Że afera Amber Gold, niezależnie jak się skończy, niczym w soczewce, pokazuje nam, jak niefunkcjonalne jest obecne państwo, jak nie liczy się z interesami obywateli.

A przecież nie jest to państwo bezbronne. Posiada takie służby, jak prokuratura - okazuje się, że prokuratorzy panem P. w ogóle się nie interesowali, przez lata!, mimo że mieli alarmujące informacje od Komisji Nadzoru Finansowego. Tak, jakby go kryli! Rocznie płacimy na prokuratorów 1,7 mld zł. Odnoszę wrażenie, że równie dobrze te pieniądze minister Rostowski mógłby ulokować w firmie Amber Gold. Podobny byłby efekt.

Jeżeli już jesteśmy przy ministrze finansów - ma on własną tajną służbę, wywiad skarbowy, zatrudniającą kilkaset osób. Czy ona interesowała się finansową eksplozją firm pana P.?

Oczywistym jest też, że na Amber Gold i OLT Express, zwłaszcza po ostrzeżeniach Komisji Nadzoru Finansowego, zwrócić uwagę powinny i inne służby. Choćby ABW, która zatrudnia 5,5 tys. ludzi i ma budżet ok. 500 mln zł. To dziwne, że taka służba nie zainteresowała się, skąd biorą się pieniądze na finansowanie OLT. Nie sprawdziła człowieka po siedmiu wyrokach. Można też zapytać CBA (zatrudnia tysiąc osób!) i CBŚ, co one w sprawie Amber Gold i OLT zrobiły?

Z zażenowaniem słucham również opowieści polityków - prezydent Gdańska głupio opowiada, że był naiwny, gdy prosił pana P. o pieniądze, premier sam przyznaje, że wiedział, że pan P. ma "marną reputację", ale jakoś nie zdobył się na to, by choćby zapytać podległych sobie służb, co to za kapitał nakręca, w dobie kryzysu, ten biznes...

Historia wzlotu i upadku firm pana P. jest historią pokazującą polskie państwo. Które teoretycznie ma instytucje i służby, płaci na nie miliardy, ale niewiele z tego ma.

W tej sprawie zawaliła prokuratura, zawaliły służby specjalne, nie popisały się sądy. Wygrało lenistwo i wygodnictwo urzędników i funkcjonariuszy. Ich pojmowanie państwa, które ma im płacić, i nie wymagać.

Dwa tygodnie temu pisałem w tym miejscu o narastającej w Polsce atmosferze nieuczciwości, nieszanowania innych. Sprawa pana P. w to się wpisuje. Bo pokazuje , że mamy rozbudowane instytucje, zatrudniamy w nich, na bardzo dobrych warunkach, tysiące ludzi, i... nic. I oni sprawiają wrażenie zaskoczonych, że czegoś się do nich wymaga, że im się przeszkadza. Wszystko jest fajnie - zdają się mówić każdym swoim gestem - tylko czego chcą od nas ci ludzie z zewnątrz?

Albo szef tych wszystkich instytucji nie potrafi tego towarzystwa zorganizować, rozrzucić mu robotę, więc to wszystko psieje, albo narodziła nam się nowa klasa próżniacza.

I pan P., jak Nikodem Dyzma, zrobił wśród tych pań i panów furorę.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy