Reklama

Reklama

Mamy Białoruś nad Wisłą

Bum! No to mamy Białoruś nad Wisłą. Demonstracje, z którymi nie potrafi poradzić sobie władza.

Ta władza zresztą jakby uparła się, by pokazywać nam swą bezradność. Zamyka cmentarze z powodu pandemii, jakby nie mogła tego ogłosić tydzień wcześniej, nie radzi sobie z pandemią, nie radzi sobie z manifestacjami, nie radzi sobie sama z sobą. Raz tak, raz śmak. Bo gdy Morawiecki wzywał do dialogu, Kaczyński wzywał do wojny. I jeden i drugi czynił to głupio.

Reklama

Zacznijmy od Morawieckiego.

"Podzieliły nas sprawy światopoglądowe, niech ważniejsze od tego będzie życie i zdrowie" - mówił premier, namawiając kobiety, by nie demonstrowały.  I włos jeży się na głowie. Dla protestujących przeciwko wyrokowi Trybunału Przyłębskiej to sadyzm, by zmuszać kobietę, by musiała donosić płód, który zaraz po przyjściu na świat umrze. Światopogląd nie ma tu nic do rzeczy. A propozycja dialogu? A czy ktoś jeszcze wierzy Morawieckiemu? Przecież to nie on w obozie władzy decyduje.

A ten, który decyduje wzywał do wojny domowej. Wzywał do obrony kościołów, które podobno miały być atakowane i bezczeszczone, profanowane. "Ten atak ma zniszczyć Polskę - wołał Kaczyński w telewizyjnym wystąpieniu. - Doprowadzić do tryumfu sił, których władza zakończy historię narodu polskiego. Trzeba się przeciwstawić. To obowiązek państwa, ale i nasz, obywateli. W szczególności musimy bronić kościołów. Za wszelką cenę. Wzywam członków PiS i tych, którzy nas wspierają".

Jak można wygadywać tak niebezpieczne bzdury? Opowiadać o "końcu historii narodu polskiego"? Udawać Jaruzelskiego?

Przecież widać, że tego państwa nie stać na żaden stan wojenny, na pacyfikowanie policją i wojskiem ludzi, że to by się skończyło jak pucz Janajewa. List 212 generałów w stanie spoczynku o tym zresztą wyraźnie mówi. "Dalsza eskalacja działań, podsycanie i nieodpowiedzialne zachowania polityków doprowadzi do tragicznych i nieodwracalnych konsekwencji. Czasami nadmiar emocji, niekontrolowany rozwój wydarzeń może skutkować rozlewem krwi" - czytamy w nim. A trzeba to czytać wraz z informacją, że list chcieli też podpisać generałowie w służbie czynnej, ale póki co ustalono, że będą anonimowi... Mamy więc w siłach mundurowych głęboki sprzeciw wobec działań PiS.

Tyle o rządzie, który sprawia wrażenie, jakby wszystkim chciał udowodnić, że jego czas minął, że do niczego się nie nadaje.

A teraz o drugiej stronie sporu.

Ona jest wieloraka, to są i ci demonstrujący, i liderzy demonstracji.

Liderzy, a w zasadzie liderki, nadają demonstracjom ton. Czytam postulaty Strajku Kobiet, patrzę na listę osób wchodzących w skład Rady Konsultacyjnej, od razu widać, że to lewica. Lewicowe myślenie, lewicowe życiorysy.

Jeszcze parę miesięcy temu wielu z nich było piętnowanych przez liberalnych dziennikarzy jako "symetryści", jako ci, którzy w związku z tym obiektywnie pracują na rzecz PiS, bo podstawiają nogę Platformie. I cóż się okazało - że to "symetryści" zorganizowali największe od roku 1989 manifestacje, że to oni rzucili wyzwanie pisowskiej władzy. Że dla kobiet zaangażowanych w bunt - PiS to opresja, a Platforma i jej medialni sojusznicy - to "dziadersi".

Bunt jest bowiem wymierzony w establishment, a Platforma to jego część. Owszem, trochę inna, bo jak PiS jeździ do księdza Rydzyka, to Platforma jeździła do arcybiskupa Dziwisza, i się chwaliła, że jest kościołem łagiewnickim. Jak państwo PiS pokazuje swą nieporadność w walce z pandemią,  tak państwo PO było nieporadne, gdy trzeba było regulować prawa pracownicze, czy też wspierać start młodych w dorosłe życie. Jak PiS, idąc ręka w rękę z biskupami, chce ludziom regulować życie, i wtłaczać do głów kto bohater a kto zdrajca, tak samo liberalne media narzucały tzw. prawa obiektywne.    

Więc jeśli ktoś sądzi, że dziewczyny ze Strajku Kobiet marzą o tym, żeby przegnać PiS i oddać władzę Platformie, to jest w wielkim błędzie.

Chodzi bowiem o jakościową zmianę.

Ci demonstrujący niosą w sobie bunt. To jest bunt pokoleniowy. Owszem, scala go sprawa orzeczenia Trybunału w sprawie aborcji, ale przecież gołym okiem widać, że to była iskra, która padła na podatny grunt.

Jak bardzo podatny? Czy w dobie mediów społecznościowych łatwość, z jaką można zmobilizować ludzi do różnych działań, nie zaburza perspektywy? Bo pod wpływem impulsu można wyjść na ulicę raz, ale czy będzie się chciało wychodzić co tydzień?

Tego nikt nie wie. Tego obawiają się też organizatorki Strajku Kobiet. "Wiemy, że jesteście zmęczone i zmęczeni - piszą one do uczestników demonstracji. - Lepiej czuć zmęczenie, niż taki potworny strach, jaki czuje Kaczyński, który sam sobie zrobił w piątek #zostańWdomu przy pomocy jakichś 2000 policjantów. A na pytanie: "no ale jakie mamy szanse obalenia tego rządu i zrobienia Polski jak należy, w której kobieta nie jest rzeczą i nie rządzą nami złoczyńcy i złodzieje?" odpowiadajcie: WIĘKSZA NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ. Siły!"

I czytając to można tylko się uśmiechnąć, bo czyż PiS nie rozmawiał podobnie ze swoimi zwolennikami? Że nas się boją, że już niedługo wygramy, że jeszcze trochę wysiłku itp.?

Czy więc Strajkowi Kobiet uda się utrzymać mobilizację zwolenniczek i zwolenników? Czy manifestacje będą takie jak na Białorusi? Czy będzie trwał nacisk na władzę?

Ważnym tropem w tych rozważaniach jest informacja, że protest kobiet to nie tylko manifestacja w Warszawie, czy w paru innych wielkich miastach. Że demonstracje odbyły się w ponad 400 miejscowościach w Polsce! Czyli również w miastach małych, które do tej pory były bastionami PiS-u. To przełamuje barierę niemożności.

Drugim tropem niech będzie strajkowa twórczość - hasła na plakatach, memy, piosenki, wiersze. Jest tego cała masa, to wszystko świadczy o wielkim emocjonalnym zaangażowaniu. Czyli to będzie trwało. Pokolenie buntowniczek i buntowników 2020 będzie miało swoje wspomnienie. Swój punkt odniesienia. I nie ma szans, by PiS, tak w tych wszystkich hasłach i memach pogardzany, zdołał się wśród tych ludzi odbudować.

Protesty przyniosły bowiem jeszcze jedno - były jak coming out. Prawica miała w ostatnich latach niemalże monopol na bluzg, na obrażanie przeciwników. Feministki nazywane były kur...ami, opozycja - zdrajcami ojczyzny, każdy kto sprzeciwiał się samowładzy Kaczyńskiego był wyrzucany poza wspólnotę. Teraz, gdy na ulice wyszły setki tysięcy demonstrujących ludzie zobaczyli, że nie są w swych poglądach sami. Zwłaszcza, że te poglądy to normalny zachodnioeuropejski standard, że to PiS razem z Kościołem pcha nas na Wschód i w jakiś ustrojowy skansen.       

Tak oto kolejny polityczny trik Kaczyńskiego, manewr by skłócić opozycję i skonsolidować prawicę, przerodził się w bunt kobiet, bunt pokolenia. A jaka będzie jego przyszłość? Tego nie wiemy. Ale wiemy jedno - niechęć do PiS narasta. I następny bunt będzie jeszcze bardziej gwałtowny.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne