Reklama

Reklama

Kurski i Palikot pasują do siebie

Oho, mamy dwóch bokserów w polskiej polityce. Wagi koguciej. Jeden boksuje się z gazetą, drugi z kobietą.

Jacek Kurski, europoseł, przestraszył się, że tygodnik "Nie" napisze o jego romansie z asystentką (rzekomym czy prawdziwym - to już nie ma znaczenia). Więc wystarał się o zakaz sądowy publikacji na ten temat. Oto mądrala - chciał zamknąć usta jednej gazecie, a otworzył wszystkim innym. I dziś bębni o tym pół Polski.

Reklama

Teraz indyczy się na "Nie" - że to rynsztok, że odwołuje się do najniższych instynktów. Cóż, o Kurskim też nie da się powiedzieć, by był wysokich lotów. Ja kojarzę go głównie z tego, że zawsze muszę zastanowić się, do której aktualnie partii należy (PC, ZChN, AWS, PiS, SP... czy coś pominąłem?), no i z paru powiedzeń, że ciemny lud to kupi, że jest bulterierem Kaczyńskiego, oraz ze zlustrowaniem Tuska, że ma dziadka z Wehrmachtu.

To chyba mało budujące, gdy polityka pamięta się z awantur, burd, donosów, a nie z innych, pożytecznych spraw.

Teraz będziemy kojarzyć go z próbą kneblowania mediów. I z głupich tłumaczeń. Zapytano go bowiem, dlaczego oburza się, gdy ktoś prześwietla mu - politykowi przecież - życie rodzinne, choć wypominał Tuskowi dziadka z Wehrmachtu. Na to odpowiedział, że można wypominać dziadka, bo to nie jest życie prywatne.

Ha! Szanowny europośle, rodzina to są rodzice, dzieci, żona, także dziadkowie. Asystentka - niekoniecznie. A poza tym, dziadka się nie wybiera, natomiast żonę albo asystentkę - to owszem.

Natrząsam się z Jacka Kurskiego bez jakiejś satysfakcji, on co parę miesięcy odpala jakąś minę, kopie jakieś dołki, w które wpada, więc żaden to wyczyn wytykać daltoniście nieznajomość kolorów. Chodzi mi jednak o rzecz szerszą: Kurski mógł przecież spokojnie tę medialną bombę rozbroić na dwadzieścia sposobów. Skutecznie! A wybrał sposób na tupanie i straszenie. Na prymitywa. No to ma!

Niemal w bliźniaczy sposób wielkie kłopoty sprokurował sobie Janusz Palikot.

Pisałem o nim parokrotnie, że to człowiek niepoważny, typu "słoma z butów", ale do głowy mi nie przyszło, że tak szybko i dobitnie to się potwierdzi.

Awantura z Wandą Nowicką - jego słowa, że być może chce być zgwałcona - kompromituje go absolutnie. Zdziera maskę.

Miał być obrońca praw kobiet, wyszedł kiepski macho. Cham, który tupie i straszy. Te wszystkie wcześniejsze jego opowieści, jaki to z niego Europejczyk, okazały się blagą.

Przyznam, nie spodziewałem się, że sprawa Wandy Nowickiej przybierze taki obrót, ale - jak widać - Palikot ma talent Jacka Kurskiego do prowokowania awantur. I brak umiejętności, by przerwać łańcuch ataków i pretensji.

Już sama idea, by odwołać ją ze stanowiska wicemarszałka, była ryzykowna i pachniała hucpą. Palikot wołał, że to kara, bo przyjęła premię w wysokości 40 tys. zł. Oczywiście, nie ma dwóch zdań - ta premia jest gorsząco wysoka i niezasłużona. Tylko że jej wysokość wynikała z ustawowego zapisu o płacach tzw. erki, i wypłacano ją od zawsze, i dwa lata temu, i pięć. Każdy w miarę przytomny poseł, z jakimś minimalnym stażem, Palikot na przykład, o niej wiedział. I - jak widać - wcześniej się tym nie gorszył, z tego powodu rwetesu nie wszczynał. Więc tu nie chodziło o premię, to był pretekst, ale o to, żeby Nowicką uderzyć, upokorzyć.

Dlaczego chciano ją upokorzyć? Ściągnąć w dół? Z różnych półzdań, które padały z ust posłów Ruchu wynika, że i Palikotowi, i jego dworakom nie podobało się, że Nowicka jest samodzielna, ma własne zdanie, i własne zaplecze.

Ha! W normalnie funkcjonującej partii jest to powód do zadowolenia, że nasi ludzie poszerzają nasze wpływy na inne środowiska. Ale widocznie Ruch Palikota działa inaczej. A jego lider traktuje swoich posłów jak pracowników swojej gorzelni. Nie dziwię się więc Wandzie Nowickiej, że nie zgodziła się na rolę przepraszającej że żyje panienki, którą można przestawiać z kąta w kąt i obrażać, jak ma się zły humor.

I jeszcze jedna uwaga: zdarza się, że jakiś klub chce wymienić swojego marszałka czy też swoją marszałkinię. Wtedy normalną zasadą jest przegadanie tego z szefami innych klubów, żeby się zgodzili. Ale tu żadnych rozmów nie było, tylko tupanie - że ja chcę!

Więc na tupanie - i Miller, i Tusk - pokazali Palikotowi figę. Że jest mały żuczek, i że nie potrafi załatwić najprostszych spraw. Pstryk!

Polityka jest trudną sztuką. Wymaga znajomości procedur, znajomości ludzi, umiejętności współpracy z nimi, wykorzystywania ich talentów. Żeby popychać kolejne sprawy do przodu. Nadymanie się, groźby, krzyki - to metody na inną cywilizację. Owszem, dzisiejsza polityka wymaga też umiejętności przykuwania uwagi, tworzenia wokół siebie szumu. Ale jak jest tylko szum, to nic z tego nie wynika.

Specjaliści od szumu to nie politycy, to blagierzy.

Kurski i Palikot.

Pasują do siebie. W zasadzie to się dziwię, dlaczego nie założyli partii polskiego macho i polskiej blagi, i nie ruszyli na podbój świata.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama