Reklama

Reklama

Kim jesteś, Jarosławie?

​Polska leży u stóp Jarosława Kaczyńskiego - trąbią media, puszczając oko do widowni, że teraz on wszystko może.

No, nie może wszystkiego... To raczej dziennikarze nim straszą, opowiadając o jego wszechwładzy, o tym, że łaskawie zgodził się na to, żeby Beata Szydło została premierem, i że podyktował jej skład rządu. No i do tego prześcigają się w porównaniach, tak żeby opisać jego władzę i nadzwyczajną pozycję.

Reklama

Kim jesteś, Jarosławie?

Dla jednych buduje on władzę taką jaką ma Władimir Putin. Dla innych jest drugim Viktorem Orbanem i chce nad Wisłą zrobić Budapeszt, a jeszcze dla innych marzy mu się rola marszałka Piłsudskiego, czyli nad-prezydenta i nad-premiera równocześnie.

Nie sądzę, by były to celne porównania.

Putina Kaczyński nie przypomina. Owszem, obydwaj chętnie odwołują się do poczucia narodowej dumy i narodowych kompleksów, wołają, że Zachód musi z nami się liczyć, straszą swych obywateli najazdem obcych, lubią wydać miliardy na niepotrzebne gadżety, typu olimpiada w Soczi albo petrochemia w Możejkach, ale na tym koniec podobieństw. Naszego bohatera nie ciągnie do tytułów prezydenckich, do pałaców, ani do młodych sportsmenek. Nie nurkuje, nie trenuje judo i nie lata na paralotni. Mniejsze ma parcie na szkło.

Budapesztu w Warszawie też się nie spodziewam. Pisałem już o tym - nie ten kraj, nie ta opozycja, nie te media, nie ta sytuacja. Orban, piłkarz zresztą, mógł wziąć pod but Węgrów, bo jego polityczni rywale popełnili seppuku, Kaczyński ma inną sytuację, więc mu się nie uda (choć pewnie spróbuje).

Modna też jest teoria, że prezes PiS chce zbudować swoją władzę na wzór marszałka Piłsudskiego, być kimś w rodzaju Naczelnika Państwa, i wskazywać kto ma być ministrem, kto premierem, a nawet - kto prezydentem.

Być może Jarosław Kaczyński o takiej pozycji marzy, ale również do niej mu daleko. Piłsudski to on nie jest. Nie ma w życiorysie więzienia, zamachów, zbrojnych napadów, ani burzliwych romansów. Nie jeździ na kasztance. Opowiada rzeczy, za które Piłsudski by go najzwyczajniej w świecie wybatożył. Prezes na przykład mówi - jak prawdziwy endek - że bez wiary i Kościoła nie byłoby polskości. A Marszałek nie znosił katolickich hierarchów, wciąż się z nimi siłował, znana jest jego rozmowa z Michałem Sokolnickim, który pełnił funkcję jego sekretarza, gdy go przestrzegał: "z biskupami ostrożnie, oni najbardziej mogą oszukać". W ogóle, sanacja, piłsudczycy, to była formacja wywodząca się z PPS, mało religijna. Z PiS-em nie ma co tego porównywać.

Więc jeżeli szukamy dla Jarosława Kaczyńskiego jakichś podobieństw to proponowałbym rozejrzeć się bliżej.

W niedawnej historii Polski mieliśmy przecież taki okres, że mieliśmy nad-premiera, który formalnie żadnych państwowych funkcji nie pełnił, a przecież kierował państwem, wydawał rządowi rozkazy. I bardzo pilnował, by było to państwo sprawiedliwości społecznej, i by prawo było w nim srogie, zwłaszcza dla tych, których oskarżano o kradzież "państwowego". Nie miał też specjalnego serca do "wykształciuchów", nie znosił zbyt roznegliżowanych kobiet, wciąż przestrzegał przed Niemcami, że chcą nam zabrać, no i dumny był z tysiącletniej historii narodu polskiego, uważając, że jego rządy są tej historii zwieńczeniem.

Chyba wiadomo o kim myślę - taki był przecież Władysław Gomułka, polityk nietuzinkowy, który potrafił stawiać się twardo Stalinowi i Chruszczowowi, i besztać Breżniewa.                   

Gomułka, przy wielu zaletach, miał swoje ograniczenia. Nie znał świata, rzadko podróżował, a jeśli chodzi o partię - mimo że sprawował nad nią niekwestionowaną władzę, musiał lawirować między różnymi jej koteriami.

Jarosław Kaczyński, jeżeli mu się przyjrzymy, przecież wchodzi w te buty, też stoi nad rządem i premierem, też nie ufa Niemcom, też podejrzliwie patrzy na profesorów i dziennikarzy, też marzy o jedności narodu, i też uważa, że państwa trzeba się bać. Ma również swoje frakcje  w partii - zakon PC (Kliszko i Spychalski), Instytut Sobieskiego (Wrzaszczyk), rydzykowców (Moczar), młodzież (Tejchma i Kociołek), Kancelarię Prezydenta (Cyrankiewicz i grupa PPS-owców), i media różnej maści (od "Polityki" po "Prawo i Życie"). No i sam musi między tymi frakcjami manewrować, rozdzielać konfitury i wpływy.

Nie czynię tych porównań, by z Kaczyńskiego się nabijać, to nie o to chodzi, zresztą Gomułka to był nie byle kto, i z charakteru, i politycznych zdolności. Widzę w tych podobieństwach coś innego, tęsknotę wielu Polaków (chyba nie do końca uświadamianą) do takiego systemu władzy, że jest po równo, ale dość sprawiedliwie, bezpiecznie, może i przaśnie, ale swojsko. No i wszystko to podlane jest "patriotycznym" sosem. I szacunkiem dla wojska, prokuratora, milicjanta. A "bananowa" młodzież i jej rodzice dostają łomot. Myślę zresztą, że to ta tęsknota uformowała dzisiejszego Kaczyńskiego, bo przecież różni się on od samego siebie sprzed 20 lat. On ją wyczuł, blisko mu było, więc stanął tam, gdzie odchyliło się wahadło.

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje