Reklama

Reklama

Kampania na wałach

Kampania wyborcza na ostatniej prostej. W partyjnych sztabach ludzie padają ze zmęczenia. Jakie są więc wieści z politycznego frontu? Już nie pada!

Bo wcześniej padało i wody przekroczyły stany alarmowe. Więc premier Tusk chwilowo zapomniał o Rosji i Ukrainie, o tym, że broni nas przed Putinem, i zaczął bronić nas przed zalaniem. Kamery pokazały premiera w kurteczce, jak chodzi po wałach i groźnie patrzy na wodę.

Reklama

Jarosław Kaczyński nie był gorszy - on też ruszył na wały. Lustrować - czy są, czy ich nie ma. Ogłosił przy tym, że przerywa kampanię, bo powódź, więc trzeba ratować Polskę. Po czym mogliśmy oglądać jego konferencje na tle spienionych wód.

I Tusk, i Kaczyński chodząc po wałach (czy raczej: pokazując się, jak chodzą) jednocześnie bardzo się gniewali, że ten drugi też gdzieś jest w okolicy. Kaczyński mówił więc o Tusku, że jeździ na wały nie jak gospodarz, ale jako turysta. A premier odwijał mu się mówiąc, że słyszał, że gdzieś nad wodą pojawia się szpieg z krainy deszczowców...

Wiadomo, scena jest jedna, dwóch aktorów nie może na niej grać. Zwłaszcza, że obaj chcieli obsadzić się w tej samej roli. A jest ona znana.

W roku 1997, podczas "powodzi stulecia", mogliśmy oglądać telewizyjne obrazki z zalewanego Wrocławia, wśród nich prezydenta miasta Bogdana Zdrojewskiego z troską wpatrującego się w rosnącą wodę. Teoretycznie było to bez sensu, prezydent powinien był kierować sztabem, organizować worki z piaskiem, ludzi, zarządzać akcją. A tu nic. Stał i patrzył, jak przybywa.

Za to mieszkańcy Wrocławia go pokochali. Uznali, że pokazał, że jest z nimi, że jest na posterunku, nie zamyka się w gabinecie, że się przejmuje... I tak dalej. Powódź to był początek ogólnopolskiej kariery Zdrojewskiego, którą teraz skonsumuje posadą europosła.

Jeszcze bardziej spektakularny wpływ na wielką politykę miała wielka powódź w Niemczech, w roku 2002. W sondażach zdecydowanie prowadziła wtedy będąca w opozycji chadecja, o kilka długości wyprzedzając SPD, a jej ówczesny lider Edmund Stoiber wydawał się murowanym kandydatem na kanclerza. I przyszła powódź, która zalała wschodnie landy i zmieniła wszystko... Bo kanclerz Gerhard Schroeder rzucił się w wir akcji ratunkowych. Był na wałach, nosił worki z piaskiem, wizytował zalane miejscowości. Zapowiedział też wielką akcję ogólnoniemieckiej pomocy dla powodzian. "To największe wyzwanie od czasów II wojny światowej" - głosił.

I nagle sytuacja się odwróciła: SPD wyskoczyła w sondażach w górę i rzutem na taśmę pokonała chadeków. Nikt nie ma wątpliwości - dlatego, że Schroeder odzyskał zaufanie rodaków, uwiódł ich roboczą bluzą i gumiakami, w których wizytował zalane tereny. Uwiódł zwłaszcza tych na wschodzie, bo tam SPD zanotowała największy przyrost, zresztą głównie kosztem partii postkomunistycznej.

Życie dopisało do tego kolejny rozdział. Chadecy nie mogli darować Stoiberowi wypuszczenia pewnej wygranej z rąk i na jego miejsce wybrali pochodzącą ze wschodnich landów Angelę Merkel.

Tyle historia - już zresztą wiadomo, że się nie powtórzy. Powodzi w Polsce, mimo starań paru stacji telewizyjnych, nie będzie, bo lokalne podtopienia to za mało. Tusk i Kaczyński na chodzeniu po wałach w tym roku się nie pożywią, więc pewnie będą jeszcze szukać jakichś innych wunderwaffe. Strach zgadywać jakich...

Piszę strach, bo przecież pod nosem mamy bardzo świeży przykład politycznego blitzkriegu. Okazuje się, że prezydenta Putina popiera 80 proc. Rosjan - to najlepsze jego notowania w historii. A patrząc na całą sprawę z punktu widzenia zysków i strat -  powinno być dokładnie odwrotnie.

Jeszcze pół roku temu Putin miał w  rękach CAŁĄ Ukrainę, bo przecież Janukowycz był marionetką w jego rękach. I cóż się zdarzyło - Ukraina wymknęła mu się z rąk, więc on teraz wyrywa jej jakieś fragmenty. Miał całą - będzie miał jedną czwartą. Czy to sukces? Dodatkowo wykopał wielki rów wrogości między Ukraińcami i Rosjanami, nie do zakopania w najbliższych latach. No i wciągnął swój kraj w awanturę, kosztującą grube miliardy dolarów. Same straty. A tu proszę - naród zachwycony.

I jak tu nie wierzyć cwaniakom od PR, że polityka polega na robieniu dobrego wrażenia, na graniu emocjami, pokazywaniu wroga. Na odwracaniu uwagi. Że liczy się w tej dziedzinie wirtualna rzeczywistość, a nie ta faktycznie istniejąca.

Jeżeli tak jest, to tylko tytułem dziennikarskiego obowiązku wspomnę, o co tak naprawdę chodzi w wyborach 25 maja. Chodzi o to, kto będzie rządził w Europie: czy będą to chadecy czy socjaliści? To są dwie główne frakcje, pozostałe w tej grze się nie liczą, są za małe, są na uboczu.

Z punktu widzenia Europy liczy się więc pojedynek SLD kontra PO-PSL (bo to jedna frakcja), a wyniki innych - Kaczyńskiego, Palikota czy Korwin-Mikkego mają trzeciorzędne znaczenie, powiedziałbym - lokalne.

Spór chadeków z socjalistami nie jest tylko sporem o stołki, to także spór o europejską integrację, a także o to, czy Unia powinna dysponować dużym budżetem, by dofinansowywać tych słabszych, czy małym, by ci bogatsi mieli środki na własny rozwój. Która frakcja zgromadzi więcej posłów, ta narzuci swój model rozwoju.

Z przyczyn oczywistych nie jest to więc dla nas obojętne, i nie będzie przynajmniej przez najbliższe kilkanaście lat. Więc?

To majstersztyk PR-u, i w ogóle jakaś zaćma, że mając konkretne wybory i konkretną oś politycznej walki, nic o tym nie mówimy, zajmując się pustymi gestami, i tym, kto chodzi po wałach...

Robert Walenciak

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje