Reklama

Reklama

Jaka jest gra Łukaszenki?

Patrzę na telewizyjne relacje z Białorusi z różnymi uczuciami. Z podziwem - bo protestujący zachowują się w sposób niesamowity, są zdyscyplinowani, powściągliwi, mądrzy po prostu. I chce im się! Z niepokojem - bo przecież Łukaszenka już zapowiedział, że z protestami kończy, białoruska telewizja pokazała go z karabinem, już szykuje policję i wojsko. Więc różnych złych rzeczy można się spodziewać - bo z jednej strony są pałki i karabiny, a z drugiej? Manifestanci nie mają nic. Ich siłą jest, że jest ich dużo. I tyle.

Owszem, to też broń, czasami skuteczna. 40 lat temu, w sierpniu 1980 akurat znaczyło to wiele. Wtedy Biuro Polityczne KC PZPR ustąpiło, zgodziło się na podpisanie umowy ze strajkującymi. Mimo że minister Kowalczyk (wówczas szef MSW) zapewniał, że SB może stoczniowców wynieść, jednego za drugim.

Reklama

Ale tamto Biuro nie chciało konfrontacji, ofiar, bało się, że stanie pół kraju, a Łukaszenka - tak podpowiada jego 26 lat rządzenia - takimi sprawami się nie przejmuje. Brutalność jest mu bliska.

Już zresztą powiedział, jakby chciał ją potraktować, jak chciałby rozprawić się ze strajkującymi robotnikami. Jeżeli tego jeszcze nie zrobił, to nie dlatego, że ma miękkie serce, tylko widocznie to mu się nie kalkuluje albo nie ma na to siły... Bo oprócz gwałtownego charakteru Łukaszenka jest bardzo zręcznym politykiem. Wie co może, a czego nie.

Patrzę w telewizor. Właśnie pokazuje się z wojskiem. Mówi, że wojsko ma przyjąć bojową gotowość. Przeciwko komu? Przeciwko Polsce? Bo chce zaatakować? Ktoś w to wierzy?

Więc spójrzmy na rzecz inaczej - widocznie chciał komuś pokazać, że nad wojskiem panuje, i że wojsko jest mu wierne i gotowe. A komu chciał pokazać? Manifestującym? A może komuś innemu?

Zadaję sobie takie pytania, i ogarnia mnie zwykła złość. Bo te wszystkie relacje z Białorusi (i wokół Białorusi) to zwykłe obrazki, pełne emocji, ale tylko obrazki, i naprawdę, niewiele można z nich się dowiedzieć.

Odnoszę zresztą wrażenie, że rządzący też niewiele więcej wiedzą, dlatego wygłaszają jakieś banały, nic więcej.

Bo, żeby wiedzieć, żeby przewidywać rozwój wypadków (już nie mówię o ich kształtowaniu) trzeba mieć jakąś podstawową wiedzę. A co wiemy?

Przecież nawet nie wiemy, czy sami Białorusini będą mieli cierpliwość demonstrować... Czy to się nie wypali... A co ze strajkami w zakładach pracy? Co dalej?

Co istotne - czy wiemy jakimi siłami Łukaszenka dysponuje? Z grubsza można to policzyć, ale o coś innego mi chodzi - czy Łukaszenka może w 100 procentach liczyć na wojsko i policję? Jaka jest sytuacja w obozie władzy? Że coś tam się dzieje zorientować się można, widząc różne, sprzeczne decyzje. Ta władza raz manifestantów chce traktować na ostro, innym razem ustępuje, tak to trwa.

Więc - kto jest zwolennikiem ostrych rozwiązań, a kto łagodnych? Czyja opcja może być górą?

Obóz władzy rzadko kiedy jest jednolity. Tworzą go różne grupy, koterie. I różnie kalkulują. Takie sytuacje powodują, że walka wewnątrz nabiera ostrości. Tak było w Polsce Ludowej, przy wszystkich przewrotach. I w 1956, i w 1970, i w 1980.

A jak to wygląda na Białorusi?

Zdaje się, nasze służby, nie za bardzo wiedzą, co dzieje się za drzwiami gabinetów. A że się dzieje, to wiemy z różnych wydarzeń z niedalekiej przeszłości. Że przypomnę tylko wyrzucenie z Mińska rosyjskiego ambasadora, Michaiła Babicza, w kwietniu 2019 roku. Babicz to były gubernator powojennej Czeczenii, oczywiście siłowik, spec od instalowania nowych ekip. Więc przy Łukaszence nie poszalał. Tak jak nie poszaleli rosyjscy najemnicy z grupy Wagnera, którzy pojawili się w Mińsku na kilka dni przed wyborami.... Po co? W każdym razie zostali zatrzymani, białoruskie KGB nie uznało ich za przyjaciół, tylko za wrogów.

Więc różne rozgrywki toczą się wokół Łukaszenki, ale one dla nas są tajemnicą.

Polski nie ma też w grupie tych, którzy o Białorusi dyskutują. Merkel, Macron, rozmawiają o wariantach rozwoju sytuacji z Putinem. Przestrzegają go, żeby nie ingerował w sprawy Białorusi, on przed tym samym przestrzega ich. Polski w tych rozmowach nie ma.

Za to w Mińsku Polska wciąż przez Łukaszenkę pokazywana jako ten główny podżegacz. Dlaczego? Bo może? 

Więc tylko przypomnę, że gdy kotłowało się na Ukrainie, to jeździł tam rozsądzać Aleksander Kwaśniewski. Czego Rosjanie nigdy mu nie darują. Jeździł też do Kijowa, gdy był szefem MSZ Radosław Sikorski.

Obecny szef MSZ nigdzie nie pojedzie. Właśnie zapoznaje się z MSZ-tem, ministerstwem, w którym nie przepracował ani minuty... Zresztą, zastanawiam się, czy ma głowę do takich spraw jak Białoruś, skoro walczyć chce z Europą Zachodnią, bo jest ideologicznie "lewicowa"... A czy ktoś mu coś podpowie? Raczej nie, bo obecni wiceministrowie, jak jeden mąż, też nie pracowali wcześniej w MSZ, nigdy nie byli na placówce, w zasadzie się przyuczają.

To wszystko pokazuje, jak wielki regres notuje polska polityka zagraniczna i pozycja Polski, w Europie, w regionie.

Podczas pomarańczowej rewolucji na Ukrainie byliśmy jednym z rozgrywających, Kwaśniewski tłumaczył Wiktorom czego chce Zachód, a Zachodowi co może zdarzyć się na Ukrainie.

Jeśli chodzi o Łukaszenkę i ludzi z jego otoczenia nikt Polski nie bierze poważnie - bo co może ona załatwić na Zachodzie? A na Zachodzie, gdy mowa o Wschodzie, to przecież nikt poważny nie będzie tracił czasu na rozmowy z Polską, skoro nie ma ona tam kontaktów i odpowiedniego przełożenia. A jej przedstawiciele opowiadają banały. Nie mamy wpływów - ani w Mińsku, ani w Europie. ... I koło się zamyka.

Tak wygląda państwo zepchnięte gdzieś na bok, obok którego toczy się historia, a ono może sobie tylko pokrzyczeć.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne