Reklama

Reklama

I wtedy się zacznie...

Udane manify, które odbyły się w kilku miastach, to kolejny sygnał, że Polska przechyla się w lewą stronę. Manify tym razem odbywały się pod hasłami odcięcia Kościoła od spraw publicznych, odcięcia pępowiny łączącej Kościół z Sejmem.

Wyobraźcie sobie taką manifestację 10 lat temu.

Reklama

Dziś mówienie w sposób otwarty, że Kościół ma za dużo i może za dużo, w zasadzie mało kogo wzrusza. To jest pogląd taki, jakich wiele, który ma pełne prawo funkcjonować w przestrzeni publicznej. 10 lat temu ludzi, którzy by coś takiego głosili, okrzyknięto by osobistymi wrogami Pana Boga, jakimś osobliwym, wynaturzonym marginesem.

I to jest ta różnica.

Wtedy wystarczyło, żeby na manifestujących fuknął biskup i wiało grozą. Zaś naczelną zasadą polskiej polityki było nie narażanie się Kościołowi. Niezależnie, czy rządziła prawica, czy SLD. Dziś hierarchowie już nie straszą, a ich co bardziej egzaltowane wypowiedzi są rozpowszechniane i przedstawiane jako dowód oderwania od rzeczywistości. A gwiazdą internetu jest ksiądz Natanek, którego kazania są oglądane przez tysiące spragnionych rozrywki i śmiechu młodych przeważnie ludzi.

Te nastroje wyczuwa premier Tusk, więc i oficjalna polityka wobec Kościoła jest dziś inna, niż choćby cztery lata temu, gdy Platforma zaczynała rządzić. Wtedy PO była dumna, że jej liderzy mogą pojechać do arcybiskupa Dziwisza, żeby się pokłonić i pomodlić, lansowano teorię "dwóch Kościołów" - toruńskiego i łagiewnickiego i tak dalej. Dziś nikt o wyjazdach do Łagiewnik już nie pamięta. Dziś Platforma jest inna.

Zmianę jej polityki wobec Kościoła odczytuję jako próbę nadążenia za nastrojami społecznymi. Ta zmiana jest wymuszona i w dużej mierze pozorna - Platforma nie chce zadzierać z biskupami, choć pamięta hierarchom, jak zachowywali się podczas wyborów i kogo popierali. Ale, mimo wszystko, najchętniej by się z nimi jakoś ułożyła. Tylko że równie mocno jak gniewu biskupów obawia się gniewu wyborców.

To dlatego rozwiązana została Komisja Majątkowa - kiedy okazało się, i media to pokazały, że jej prace były wielkim skandalem, kompromitującym zarówno polskich polityków, jaki ludzi Kościoła. Jedni okazali się tchórzliwi, frymarczący majątkiem państwa, drudzy - pazerni ponad miarę.

Ciekawie zapowiada się także batalia o nauczanie religii w szkołach. Do tej pory katechetom płaciło państwo, teraz ich wynagrodzenie będzie pochodziło z kasy samorządów. Można więc zakładać w ciemno - jedni radni będą chcieli oszczędzać na katechetach, inni - wręcz przeciwnie. W sumie - interesujący to będzie eksperyment.

Sprawa obecności Kościoła w życiu publicznym, neutralności światopoglądowej państwa, to tylko jeden z elementów lewicowego myślenia. Inne również były podczas manif obecne - to były hasła równouprawnienia kobiet, czy też budowy sieci przedszkoli, dofinansowanych przez państwo.

To jest zresztą niepojęte - dlaczego w Polsce poznikały przedszkola dostępne dla wszystkich, a żeby do takiego zapisać dziecko trzeba wystawać w całonocnych kolejkach? Dlaczego w PRL tanie przedszkola mogły być, a teraz nie mogą? Przecież obecna Polska jest bogatsza od tamtej...

Dorzućmy do tego batalię o emerytury, o dofinansowanie in vitro, o opodatkowanie najbogatszych (o czym coraz częściej się wspomina), dyskusję na temat aktywności państwa w polityce gospodarczej - wyraźnie widać, że w społeczeństwie coraz mocniejszą pozycję zdobywają poglądy, które - zarówno w sprawach światopoglądowych jak i ekonomicznych - zaliczamy do szeroko rozumianej lewicy.

To zresztą będzie się pogłębiało, bo Platforma będzie mówiła coraz częściej takim językiem.

Z dwóch powodów. Po pierwsze, o czym wspominałem, żeby nie rozejść się z nastrojami społecznymi. A po drugie, bo taka jest powyborcza arytmetyka.

Spójrzmy na Sejm - tam rządząca koalicja może liczyć na 233-235 posłów, więc wystarczy jeszcze paru naśladowców posła Gibały, który przeszedł z PO do Palikota, i Donald Tusk straci większość. W praktyce zresztą już w większości komisji jej nie ma, bo posłowie-ministrowie nie mają przecież czasu, by brać udział w ich pracach.

Więc Platforma jest skazana na ukłony wobec dwóch lewicowych partii, na próby dogadywania się choćby w niektórych sprawach. Dziś jest to jeszcze w miarę łatwe - koalicja ma jakąś przewagę, poza tym palikotowcy patrzą na SLD wilkiem, zresztą z wzajemnością, więc można obie partie rozgrywać, opędzać jakimiś ochłapami.

Ale to rychło może się skończyć. Podejrzewam, że wtedy, kiedy PO trwale zejdzie w sondażach poniżej 30 proc. i kiedy posłowie tej partii zorientują się, że dla kilkudziesięciu z nich w kolejnej kadencji miejsca w parlamencie zabraknie, więc trzeba się ratować.

I wtedy się zacznie...

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy