Reklama

Reklama

Gierek dobrze w Polsce się kojarzy

Dworują sobie z premiera Tuska, że jeździ po Polsce z gospodarskimi wizytami, jak Edward Gierek. Co tu dużo gadać - krzywdy mu tym nie robią. Wręcz przeciwnie.

Wie to i Tusk, bo pytany o Gierka odparł, że to nie jest złe skojarzenie. A potem, już po chwili namysłu, powiedział tak: "Moje pokolenie dokładnie pamięta tamte czasy, lata 70.; to nie były dobre czasy, ale to nie były też czasy, które warto przekreślić. Akurat gospodarskie wizyty i inwestycje za czasów Gierka to jest raczej coś, co dobrze wspominamy, a nie źle, więc jeśli ktoś chce mi bardzo dokuczyć i porównuje do wizyt Gierka, to ja jestem w stanie to jakoś zaakceptować".

Reklama

Oho, posypały się komentarze PiS-owskich polityków i dziennikarzy, że premier, próbując wskoczyć w buty Gierka, chce odzyskać inicjatywę, zahamować spadkowy trend. Pewnie tak jest. Tylko że konstatacja, że Tuskowi spada i musi wziąć sprawy w swoje ręce, to banał, nie ma co się nad tym rozwodzić. To widać, słychać i czuć. Ważniejsze jest dla mnie coś innego - dlaczego jako metodę na odbudowanie się premier wybrał gospodarskie wizyty i nawiązanie do Edwarda Gierka? Dlaczego akurat to, a nie co innego?

Nawiasem mówiąc, nie jest w tym specjalnie oryginalny.

Żeby daleko nie szukać - Jarosław Kaczyński, jak był premierem, też jeździł z gospodarskimi wizytami, doczekał się zresztą panegirycznej relacji ze swojej podróży, pióra Michała Karnowskiego. Oto opis wizyty w Wojniczu, w Małopolsce, zamieszczony w roku 2007 w gazecie "Dziennik": "Ciepłe przyjęcie przez radnych tej miejscowości, która w styczniu tego roku otrzymała prawa miejskie, wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera. I chyba w akcie wdzięczności za ciepłe przyjęcie, chwilę później, na konferencji prasowej zorganizowanej w jednej z wojnickich fabryk, wygłosił, po raz pierwszy tak szczerze, swoje credo: Postawiliśmy na zwykłą Polskę".

Kaczyński wypowiadał się też o Edwardzie Gierku. I to nad wyraz ciepło. Było to podczas kampanii 2010 roku, kiedy pojechał do Sosnowca. Tam mówił, że Gierek był komunistycznym, ale jednak patriotą. Że opozycję jakoś tolerował, a nie zamykał do więzienia. No i że chciał silnej Polski, żeby była dziesiątą potęgą na świecie, a to jest warte pochwały.

Oto polska polityka. I premier, i jego główny oponent świadomie nawiązują do postaci byłego I sekretarza PZPR. Kaczyński wtedy, Tusk dzisiaj. Nie miejmy złudzeń - przecież robią to nieprzypadkowo. Liczą na polityczną korzyść.

Na pierwszy rzut oka wydawać się może to o tyle dziwne, że dominuje w polskich mediach czarny obraz tamtych dni - jako masowego zadłużania, co doprowadziło do bankructwa, propagandy sukcesu, Radomia, braku demokracji. To jest powtarzane na okrągło, przez 30 lat mówi się ludziom, że to były fatalne lata. Że to się zawaliło.

Nawiasem mówiąc, ten upadek nie był tak straszliwą katastrofą, jak przedstawiają to w mediach. Te 20 czy 30 miliardów dolarów, które Gierek zostawił swoim następcom do spłacenia, to przy obecnych długach - waciki. Bo ile wynoszą długi obecne? Oficjalne rządowe dokumenty podają, że w roku 2012 dług publiczny wyniesie - 832,5 mld zł (52,4 proc. PKB), w roku 2013 - 846,9 mld zł (50,3 proc. PKB), w roku 2014 - 864,8 mld zł (48,3 proc. PKB), w 2015 - 902,2 mld zł (47,4 proc. PKB).

W porządku - ja wiem, czym różni się zadłużenie zagraniczne od długu publicznego, czym różni się 20 miliardów dolarów w czasach Gierka od 800 miliardów złotych w czasach Tuska. Ale mimo wszystko, zestawienie tych sum skłania do pokory. Tak jak do pokory zachęca jeszcze jedna informacja - o sprywatyzowanych zakładach. To stałe źródło zasilania budżetu - sprzedaż firm, które powstawały i rozwijały się w czasach Polski Ludowej, zwłaszcza w czasach Gierka. Co byśmy sprzedawali, gdyby tego nie było?

Myślę jednak, że w ludzkiej pamięci mocniej zapisały się inne elementy. Zapisało się to, że był to czas wielkiego cywilizacyjnego awansu milionów - pierwszego mieszkania, pierwszego samochodu, pierwszego wyjazdu za granicę. Polska Gierka była państwem paternalistycznym - jeżeli z nią się nie walczyło, to zapewniała socjalne bezpieczeństwo. Pracę, przedszkole dla dzieci, kolonie i wczasy. Ten socjal, to była wartość, którą dziś się docenia.

Była państwem egalitarnym - różnice między bogaczami a tymi biedniejszymi nie były wielkie, jeśli chodzi o tzw. zewnętrzne znamiona luksusu to rywalizowano na ilość nalepek na fiacie 126p. Myślę, że zapisała się też w ludzkiej pamięci atmosfera tamtych lat, a przynajmniej pierwszego pięciolecia - że Polak potrafi, że gonimy Zachód, że budujemy - gierkówkę, Hutę Katowice, Port Północny, Miedź, że piłkarze to światowa czołówka, i że ogrywają Brazylię, Argentynę, Włochy i Anglię...

Żeby była jasność - nie mam zamiaru stroić się w szaty obrońcy Edwarda Gierka. Chcę tylko zauważyć pewną oczywistość. Że inna jest pamięć o tamtej epoce mediów, całego aparatu propagandowego, a inna milionów Polaków. I że i Tusk, i Kaczyński to widzą. Że Gierek dobrze w Polsce się kojarzy. Zastanówmy się, dlaczego. To może wówczas łatwiej będzie nam znaleźć klucz do polskiej duszy.

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Edward Gierek | Jarosław Kaczyński | Donald Tusk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

ZAKUPY

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy