Reklama

Reklama

​Dwa światy

Dla jednych wizyta Andrzeja Dudy w USA to owo nieszczęsne zdjęcie, na którym polski prezydent w pozycji pochylonej podpisuje wspólny dokument. Więc mamy wesołe towarzystwo, szydzące z protokolarnej gafy. Dla drugich, tych z obozu PiS, wizyta to kolejny krok na drodze sojuszu Polski i USA, wielkie wywyższenie kraju. Jedni i drudzy płyną w nierzeczywistości.

Zdjęcie - to wpadka. Bolesna, ośmieszająca... Ale przecież nie zdjęcia czynią politykę zagraniczną. Szkoda więc czasu na ich rozpamiętywanie. A sojusz? No, to poważna sprawa... Tylko że dzieje on się w wyobraźni rządzących Polską polityków i sekundujących im publicystów, a nie w realu.

Reklama

Więc co było rzeczywistością?  Co warte było uwagi?

A na przykład konferencja prasowa prezydentów Trumpa i Dudy, kiedy gospodarz wizyty krytykował Unię Europejską. Duda z uśmiechem tego słuchał, i przyjął to bez słowa. Prezydent państwa-członka Unii. Czyżby chwyciła go nieśmiałość? Chyba nie. To raczej kolejny sygnał pokazujący, jaką politykę PiS prowadzi, i jakie przyjął jej założenia. Że "wyimaginowana wspólnota" to nie on.

A zapał, z jakim Duda zabiegał o stałą bazę wojsk amerykańskich w Polsce?  

Tu z kolei rozróżniłbym formę i treść. Wiadomo, że Stany Zjednoczone nie mają ochoty na założenie stałej bazy w Polsce, bo gdyby miały to ona dawno już by była. Powstrzymuje ich przed tym polityka, niechęć do zadrażniania stosunków z Rosją. Te sprawy reguluje zresztą umowa z roku 2002 z Rzymu, kiedy to ustalono, że obszar byłych państw Układu Warszawskiego podlegać będzie tzw. 3 razy Nie - nie będzie tam broni jądrowej, stałych baz NATO i stałych instalacji wojskowych. Ameryka jest do tej umowy przywiązana, widocznie opłaca się jej ją przestrzegać.

I tu nagle pojawia się Andrzej Duda i kusi. Że Polska zapłaci 2 miliardy dolarów, i że baza nazywać się będzie Fort Trump.

Przepraszam, ale to jest dla Ameryki obraźliwe. Gdyby Duda chciał poważnie o bazę powalczyć, wtedy wysunąłby repertuar argumentów, mówiących, że baza wzmocniłaby pozycję Stanów Zjednoczonych. I polityczną, i militarną, i gospodarczą. Proszę poczytać o zabiegach, by USA zgodziły się na wejście Polski do NATO. Ile one trwały, jak nasi dyplomaci musieli lobbować - w Departamencie Stanu, w Kongresie... A tu przyjeżdża Andrzej Duda, macha czekiem i woła Fort Trump! Czyżby uznał, że prezydent USA to pogrążony w samozachwycie ćwierćinteligent? I takim gadżetem można go obłaskawić? Czyżby sądził, że Stany Zjednoczone to jakaś bananowa republika, gdzie strategiczne decyzje zapadają pod wpływem kaprysu władcy?

Nie chcę tego rozwijać, dodam tylko, że Departament Obrony niemal natychmiast wyprodukował oświadczenie, że Polska na przyjęcie stałych baz jest nieprzygotowana, więc sprawa została odłożona na półkę. Ważniejsze jest bowiem coś innego - spojrzenia Andrzeja Dudy i jego politycznego obozu na sprawy bezpieczeństwa Polski i jej miejsca w świecie.

Bo to już jest otwarty tekst - obecnie rządzący uważają, że najlepszą gwarancją bezpieczeństwa są stacjonujący w Polsce żołnierze amerykańscy. Nie NATO-wscy, tylko ci z USA. I warto za to płacić 2 mld dol. rocznie. Jak to się ma do wstawania z kolan, do samodzielności, nie wnikam.

PiS zabiega o amerykańskie bazy także z powodów geopolitycznych.

Jeśli bowiem chodzi o przyszłość Europy, to myśli się tam, tak jak piszą rosyjskie gazety - że Unia jest tylko szyldem dla tworzących ją państw narodowych, i już za niedługo narodowe interesy poszczególnych państw ją rozbiją. PiS chce to przyspieszyć. Wyobraźnia podpowiada publicystom i politykom tego obozu takie oto scenariusze - że Unia przekształca się w strefę wolnego handlu, coś na kształt Europy przedwojennej. A Polsce buduje strukturę między Rosją a Niemcami, Trójmorza, w której odgrywa kluczową rolę, wspomagana przez Amerykę.

Ja wiem, że to są fantasmagorie, ale przecież one funkcjonują w PiS-ie na poważnie. To Trójmorze traktowane jest jako wielki sojusz, choć w realu nie ma nawet śladu czegoś takiego.

I myślę, że to jest główny wniosek, który powinniśmy wyciągnąć z wizyty Andrzeja Dudy w USA - że PiS buduje zamki na piasku.

Że wierzy, że Stany Zjednoczone będą nas bronić, i pozwalać na grę między Rosją a Niemcami. Zupełnie przy tym nie próbując rozeznać, jakie są amerykańskie interesy. A to one głównie determinują działania USA w świecie. Parę razy mogliśmy się o tym przekonać - choćby w Wietnamie, no i w Jałcie...

Jeszcze bardziej z kosmosu jest wiara, że Polska zbuduje Trójmorze, że powstanie z tego regionalna potęga. Bądźmy świadomi - to jest sympatyczne forum współpracy regionalnej, od dróg, gazociągów, turystyki, itp., ale nigdy nie będzie platformą polityczną. Jak państwa, które do tego sojuszu już co poniektórzy zapisali, reagują na Polskę mogliśmy przekonać się niedawno, gdy głosowano zawieszenie polskiej KRS w Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa. Nikt nas nie poparł, zdaje się, poza Bułgarią. Byliśmy sami jak palec. Węgry, tradycyjnie, zostawiły PiS w potrzebie.

Egzotyczna jest też wiara, że Unia się rozpadnie, i że warto ten rozpad popierać. Ba! To jest samobójstwo. Polska gospodarka jest częścią unijnej, 80 proc. naszego eksportu to kraje Unii. I to jest ważniejsze niż te 100 mld euro, które do Polski w ostatnich latach z Brukseli napłynęły. Jaki więc może być, z punktu widzenia interesów Warszawy, powód, by to niszczyć? Podkopywać najlepszą gospodarkę świata? Jedynego eksportera, który rywalizuje z Chinami?

Unia jest też konstrukcją polityczną. Po pierwsze, dzięki niej nie mamy w Europie wojen. Po drugie, jest to sposób na skrępowanie Niemiec, na związanie ich siecią różnych zobowiązań i gospodarczych więzów. Tak jak skrępowany został Guliwer w krainie liliputów. I teraz to rozwalać? To przecież pierwszą rzeczą, jaką uczynią uwolnione z unijnych więzów Niemcy to będzie przejęcie Trójmorza, i uczynienie z tych państw własnej strefy wpływów. Na początek - gospodarczych. Niemcy staną się państwem z marzeń Bismarcka, narodzi się Mitteleuropa.

To zresztą jest optymistyczny scenariusz, lepszy niż sytuacja, gdy na tym obszarze rozpoczęłaby się rywalizacja niemiecko-rosyjska, kreślenie stref wpływów. Taka zabawa w Bałkany...

Jest stare powiedzenie - w tym szaleństwie jest metoda. Więc ja, patrząc na to jak PiS podważa NATO, oraz jak atakuje Unię Europejską, traktując ją jako głównego wroga, metody nie widzę, a szaleństwo - jak najbardziej. I tylko dwa widzę tego wytłumaczenia - pierwsze, że politykę zagraniczną robią tam wujkowie oderwani od rzeczywistości, od gospodarki, militariów, że kreślą swoje fantazje palcem na mapie. Druga - że różni agenci suflują im okrzyki, a oni - obrażeni na Unię - to podchwytują.

Tak czy inaczej, źle się bawią.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne