Reklama

Reklama

Do wyborów - na miękko. Po wyborach - ostra jazda

​PiS będzie rządził przez najbliższą kadencję Sejmu. Dla tysięcy ludzi, którzy zawdzięczają tej partii posady, którzy siedzą w różnych ministerstwach, urzędach, agencjach, spółkach skarbu państwa, to jest jak los na loterii, z napisem - kolejne lata dostatku. Dla nich polityka na tym się kończy, jest super - i tyle. Ale dla liderów PiS sprawa jest poważniejsza.

Bo owszem, PiS wygrał, ale byle jak ("zasłużyliśmy na więcej" - mówił w wieczór wyborczy Jarosław Kaczyński), o włos, ma więcej wrogów niż zwolenników, no i ten podział wewnątrzpolski jest ostry. A przed nami wybory prezydenckie. Bardzo ważne, bo gdyby PiS stracił stanowisko prezydenta, to stałby się bezzębny.

Reklama

Więc jeżeli szeregowi PiS-owcy mają powody do zadowolenia, to już tam wyżej, na górze, jest inaczej. Bo druga kadencja zapowiada się dla Kaczyńskiego znacznie gorzej, niż pierwsza. Bo ma w Sejmie Konfederację, ma lewicę, ma coraz mocniejsze podziały wewnątrz własnej formacji, ma zapowiedzi zbliżającego się spowolnienia gospodarczego, no i ma społeczeństwo, które już się go nie boi.

Są też sprawy do rozwiązania na szybko, w ciągu 20 dni, które dzielą nas od inauguracyjnego posiedzenia nowego parlamentu. Jarosław Kaczyński musi w tym czasie wyjaśnić sprawy związane z nowym podziałem stanowisk wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Po drugie - Senat. Tam PiS stracił większość, i teraz Kaczyński musi zadecydować - czy podkupić jakichś senatorów opozycji, czy też niech będzie tak jak jest. Po trzecie, musi wybrać politykę na najbliższe miesiące - jak potraktować opozycję, na twardo czy na miękko?

O wojnie o stanowiska bębnią już media. Że oto swoje pretensje zgłosili Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro. Ich partyjki zdobyły po 18 posłów, więc obaj poczuli się mocno. I chcieliby swoje wpływy powiększyć, o dodatkowe ministerstwa, o spółki skarbu państwa, to wszystko wchodzi w grę. Te zamiary są artykułowane w specyficznym metajęzyku. Na przykład, nikt nie mówi wprost, że chciałby wymiany premiera. Ale mówi to tak - w naszym przekonaniu najlepszym premierem byłby Jarosław Kaczyński. I jest jasne, że skoro Kaczyński, to już nie Morawiecki, bo premier jest jeden.

To są zresztą słowa Patryka Jakiego, który swoimi wypowiedziami ewidentnie wszedł do gry. To znaczy, on i jego patron - Zbigniew Ziobro.

Jeżeli już jesteśmy przy Jakim, to trzeba przypomnieć także inne jego opinie, dotyczące przyszłej strategii obozu prawicy - dyskusji, czy lepiej na twardo, czy na miękko?

Odpowiedź Jakiego jest oczywista - dla niego wynik wyborów jest niesatysfakcjonujący, a wpływy opozycji niepokojąco duże. Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że w III RP nadal brakuje "fundamentalnych zmian". A na czym te zmiany miałyby polegać? Na przejęciu przez prawicę obszarów, w których dominującą pozycję mają elity liberalne i lewicowe. Jaki je wymienia - to sądy (o co walczy Ziobro, a Bruksela mu przeszkadza), to są media, to jest obszar kultury, to jest też edukacja, w tym szkolnictwo wyższe.

Trzeba je odbić - woła Jaki - bo z tych obszarów rozprzestrzenia się proces "wrogiej indoktrynacji i socjalizacji społeczeństwa - zamiany flagi biało-czerwonej na "tęczową", społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie". Jaki tłumaczy to w ten sposób, że w Polsce świat wartości w większości kształtują media liberalno-lewicowe oraz lewicowe uniwersytety. Że stamtąd na społeczeństwo zatruwane jest podejrzanymi ideami.

Gdyby Jaki był trochę lepiej wykształcony, to by pewnie zdawał sobie sprawę, że mówi jak PRL-owski aparatczyk, i to taki z lat 60. - że pisarze, dziennikarze, uniwersytety, muszą zaszczepiać w społeczeństwie wartości marksizmu-leninizmu, i być wyczulone na wszelkie formy zachodnich wpływów. Cytatów na ten temat nie brakuje, uniwersytety były szczególnie atakowane przez beton, za zgniliznę ideową itd.

Ale odłóżmy na bok porównania z PRL-em, wróćmy do roku 2019.

Otóż, Jakiemu szybko odpowiedział Jarosław Gowin - że mówi, jakby był z Konfederacji, i że to jest recepta na sektę, na 15-20 proc. poparcia. Gowin ma więc inną receptę - chce różne grupy pozyskiwać. Nie chce z nimi walczyć, ale chce ich nieufność i gniew na PiS, rozbrajać.

Oto więc mamy dwa skrzydła Zjednoczonej Prawicy. Jedno, gowinowe, chce nas brać pod włos, drugie, ziobrystów, chwycić za gardło.

I teraz pytanie zasadnicze: które skrzydło zwycięży? Odpowiedź jest dziecinnie prosta - żadne. Po to są w monopartiach skrzydła, żeby nimi przywódca mógł grać. Raz stawiając na jednych, innym razem na drugich.

Oczywiście, że Kaczyński chciałby podporządkować sobie media, mieć własnych reżyserów, własnych pisarzy, i profesorów. Ale jest wystarczająco inteligentny, by zdawać sobie sprawę, że nie zrobi się tego na gwizdek.

Bo jak złamać Olgę Tokarczuk, by pisała po PiS-owsku? Ba! A jak przejąć prywatne media? Już po wyborach ważna postać PiS, Jacek Sasin, powiedział, że teraz dobrze byłoby, żeby przeprowadzić repolonizację mediów. Ale zabrzmiało to cichutko, taki pisk... Możemy się domyślać, dlaczego... Wiele na ten temat mówi wywiad Georgette Mosbacher, ambasador USA w Warszawie, w sobotnim wywiadzie dla "Die Welt". "Wolność prasy i wyrażania opinii są filarami naszych demokracji. To wartości, które USA i Polska podzielają. Prasa w Polsce jest niezależna i krytyczna. Wierzę w zapewnienia premiera Mateusza Morawieckiego, że tak pozostanie" - to są jej słowa. I co, Sasinie, odkrzykniesz teraz, że tak nie pozostanie?

Do tego wszystkiego, mamy wybory prezydenckie na horyzoncie, więc w interesie PiS-u, który nie ma w społeczeństwie większości, będzie raczej uspokajanie, rozmywanie podziałów, niż ich zaostrzanie.

Taka jest moja prognoza - do wyborów prezydenckich będzie na miękko, będzie miło. A potem, w zasadzie niezależnie kto wygra, zacznie się ostra jazda.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje