Reklama

Reklama

​Czy czeka nas wojna trzech paprotek?

Pierwsza to Beata Szydło, zaprezentowana podczas sobotniej konwencji PiS, jako kandydatka na premiera. Ona co prawda woła głośno: nazywam się Beata Szydło, jestem uparta! Ale za chwilę dodaje: "Prezesie, zrobię wszystko, żeby nie zawieść pańskiego zaufania"! Rozumiem więc, że będzie uparta, żeby nie zawieść zaufania...

Beatę Szydło wymyślił Jarosław Kaczyński. Najpierw jako PiS-owskiego eksperta ds. ekonomicznych, choć jest z wykształcenia etnografem.  A w życiu niczym nie kierowała, poza tym, że była burmistrzem gminy Brzeszcze. Aha, była jeszcze wiceprezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w Brzeszczach... No, ale w PiS-ie tak jest, że to prezes decyduje, kto na czym się zna.

Reklama

Beatę Szydło  wypchnęła w górę kampania prezydencka Andrzeja Dudy, którego komitetu była szefową. To się podobało. Wokół hulała burza kampanii wyborczej, emocje sięgały zenitu, a Beata Szydło, kobieta która przypomina mi NRD-owską celniczkę, imponowała spokojem. To wystarczyło.

I wynik kampanii, i jej przebieg uświadomiły Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jeżeli chce, żeby PiS zdobył dobry wynik jesienią, to sam musi wycofać się na drugi plan, musi też pochować inne PiS-owskie i okołoPiS-owskie straszydła (wiemy, o kogo chodzi).  A na pierwszy, medialny plan muszą wyjść Andrzej Duda i jego ekipa, z Beatą Szydło na czele.

Więc prezes ją postawił, jak paprotkę na stole, mówiąc przy tym, że jest uczciwa i pracowita.

To jest ta atmosfera, to jest ten refren, który jest powtarzany, i który w naszej historii najnowszej parę razy był już przywoływany. Chociażby w jednym z seriali, którego bohater mówił tak: "Teraz potrzebni są ludzie prości, ale rzetelni, tacy, co to potrafią dobrze pracować i dobrze walnąć pięścią w stół, kiedy trzeba".

O kogo chodzi? Kto pierwszy zgadnie, temu wysyłam nagrodę książkową.

W tej poetyce zderzaków Jarosław Kaczyński najwyraźniej widzi się w roli I sekretarza i jednocześnie nadprezydenta, i nadpremiera. A partia (PiS) przyjmuje to z entuzjazmem. Co też mnie nie dziwi, bo tej partii prezes mógłby zaprezentować jako kandydata na premiera nawet konia, a i tak wszyscy na sali by klaskali i mdleli z zachwytu.

A teraz spójrzmy na Platformę. Tam zamiast Donalda Tuska mamy Ewę Kopacz, która ma wzbudzać platformerski zachwyt. Choć wszyscy wiemy, że ona jest zamiast. Że nie musiała walczyć o przywództwo, że jest premierem i szefową PO, bo tak chciał Donald Tusk, i na swoim postawił.

Ewa Kopacz była bohaterką sobotniej konwencji PO, podobno programowej, choć o programie (co mnie nie dziwi) w ogóle nie mówiono. Mówiła za to pani premier - że chce zgody, a potem, że chce walki, a potem, że chce debaty i tak dalej. Słuchałem jej i słyszałem wielki bałagan. Ewidentnie widać, że Platforma nie doszła jeszcze do siebie po majowej porażce. I coraz większe mam przekonanie, że już nie dojdzie.

Tam poza straszeniem PiS-em i sztampowym kajaniem się za błędy minione nie widać jakiegokolwiek planu.

Więc gdy Ewa Kopacz woła: "Nie wierzcie PiS-owi, że Polska jest w ruinie", to zastanawiam się, co sprawia, że tak odpłynęła? Nie sądzę, by zwolennicy PiS uważali, że Polska jest w ruinie, przecież mają oczy.

Nie to ich złości, ale to, że ten kraj jest ewidentnie źle urządzony, że dla jednych są śmieciówki, zmywak w Londynie, i zawsze pod górę, a dla innych ośmiorniczki, biesiady fundowane ze służbowych kart, posady na telefon i dziennikarze, którzy wmawiają, że to najlepsze lata w ponad 1000-letniej historii Polski. No, do cholery, ta Kopacz i ta cała jej Platforma tego nie widzą? Że ludzie mają dość tych nowych właścicieli III RP?

Były dwie paprotki - jedna Kaczyńskiego, druga Tuska - a teraz parę zdań o tej trzeciej. Mam na myśli Barbarę Nowacką.

Szczerze mówiąc, choć jej polityczna siła jest dziś bez porównania mniejsza niż Ewy Kopacz czy Beaty Szydło, wahałem się, czy zakwalifikować ją do grona paprotek. I czynię to raczej na siłę. Na polskiej lewicy Nowacka wybija się już na niepodległość, to o nią zabiegają, a nie ona zabiega. Jest niezależna od Palikota, niezależna od SLD, dla jednych i drugich stanowi przedmiot politycznych zabiegów. Nie jest więc niczyją protegowaną, swoją pozycję zawdzięcza sobie. Temu, że ma coś do powiedzenia.
Pytanie więc wisi w powietrzu: czy Barbara Nowacka jest w stanie zbudować na lewicy własną pozycję, na tyle silną, że będzie jednym z liderów? Czy tego chce? Czy to potrafi? Narzucać swą wolę?
Na razie ku temu zmierza. Gdy Janusz Palikot ogłosił, że Twój Ruch pójdzie do wyborów samodzielnie, Nowacka została współprzewodniczącą tego ugrupowania i zaraz dodała, że pracuje nad wspólną listą lewicy. Leszek Miller też przecież wie, że ta wspólna lista to nie może być "SLD plus inni", tylko musi to być nowe ciało, koalicja równych. I że lepiej niż on do pojedynkowania się z Szydło i Kopacz nadaje się Nowacka. A jeżeli tak, to...
No dobrze, mamy trzy paprotki, a Kukiz? Jak do nich pasuje?

Myślę, że jak najbardziej. Gdy go słucham, to coraz częściej zastanawiam się, w jakiej to głowie mogą rodzić się tak zryte pomysły. Co też trzeba brać, żeby na coś takiego wpaść? A potem mieć wewnętrzną siłę, by przekonać do tego innych!

Oto polska polityka - trzy paprotki i zioło. 

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje