Reklama

Reklama

Czterdzieści lat

​Czterdzieści lat temu świat patrzył na Gdańsk. Tak, świat - bo wydarzenie było bez precedensu - w państwie "komunistycznym" (tak je nazywano, choć z komunizmem to nie miało wiele wspólnego) władza podpisywała umowę ze strajkującymi robotnikami i wyrażała zgodę na powołanie niezależnego związku zawodowego. A - to wszyscy wiedzieli - było to coś więcej niż związek zawodowy... To było coś co wychodziło poza obowiązujące wówczas reguły, to był szok - zarówno w Moskwie, jak i w Waszyngtonie.

Jak większość żyjących wówczas Polaków oglądałem moment podpisania porozumienia na ekranie telewizora, w rodzinnym gronie. Atmosfera była podniosła. Nie zapomnę nieżyjącej już dziś krewnej i jej pełnego egzaltacji głosu - patrzcie, to Lech Wałęsa! To on! (jako osoba słuchająca nałogowo Wolnej Europy wiedziała, kto strajkiem kieruje, tylko go nie widziała...). A potem jej zachwyt - słuchajcie, powiedział, że można się dogadać, jak Polak z Polakiem...

Reklama

Pięknie to brzmiało - dogadajmy się Polak z Polakiem.

Tyle moja pamięć o tamtym dniu. Owszem, mało imponująca, ale chciałbym zauważyć, że na tle obecnej propagandy, nad wyraz rzetelna.

Dziś, i historia Solidarności, i podpisanie porozumień sierpniowych zostały obudowane całym rynsztunkiem rozmaitych dziwacznych opowieści, w ramach polityki historycznej, którą najpierw obóz Solidarności a potem jej odłamów prowadził. Osobiście nie znoszę polityki historycznej, uważam, że jest to czysty, żywy bolszewizm, że to metoda fałszowania historii, tak żeby wyszło na nasze. Niestety, zabiegów związanych z 31 sierpnia 1980 roku, przemilczania jednych rzeczy, dopisywania innych, itd., jest cała masa.

Żeby za daleko nie szukać, zacznę od banału - to Lech Wałęsa był przywódcą strajku, a nie Lech Kaczyński, który był w stoczni przez chwilę, i którego ważne chwile przyszły później.

Bardzo ważną postacią wśród strajkujących był Bogdan Borusewicz. Nie wolno go pomijać, to on zorganizował strajk, był jego architektem, potem oddał go w ręce Wałęsy. Zresztą, Wałęsa, sam to sobie wywalczył, bo to on uratował strajk, który ewidentnie wygasał.

To są sprawy oczywiste - rzecz w tym, że dziś patrzymy na nie przez pryzmat konfliktu PO - PiS. Platforma to Wałęsa i Borusewicz (i cała masa innych ówczesnych działaczy), PiS - to dużo mniejsza grupa solidarnościowców, i Jarosław Kaczyński, który w sierpniu 1980 był nikim, ale dziś jest głównym wrogiem Wałęsy.

Proponuję, by odrzucić ten schemat - kto za PO ten za Wałęsą, kto za PiS-em - ten przeciw. On naprawdę do niczego nie prowadzi...

Kolejna rzecz - w tych wszystkich opowieściach o Porozumieniach zupełnie pomija się drugą stronę. Nie mówi się z kim Wałęsa podpisał porozumienie, i jakie były jej kalkulacje. Oczywiście, Mieczysław Jagielski, wicepremier, negocjował w stoczni w ramach pełnomocnictw nakreślonych przez Biuro Politycznej KC PZPR. Jakie one były? Są stenogramy Biura Politycznego z tamtych dni, one wiele mówią. Ale przecież główne dyskusje toczyły się w gabinetach, po parę osób, nikt tego nie zapisywał. Z relacji Andrzeja Werblana, ówczesnego członka Biura, a także z rozmów z Kazimierzem Barcikowskim i ludźmi z otoczenia Edwarda Gierka, odnoszę wrażenie, że wielkiej paniki w obozie władzy wówczas nie było, Że bardziej w gmachu KC bano się Moskwy i jej czołgów niż Gdańska. Nie traktowano porozumień jako kapitulacji, ani jako bezwartościowego świstka papieru. Dominowała wiara, że jakoś uda się z tym nowym tworem, ze związkami zawodowymi, ułożyć. To był wtedy główny nurt myślenia.

Poza tym, to był też czas, gdy wszyscy już wiedzieli, że dni Edwarda Gierka są policzone, więc na szczytach PZPR trwała gra, kto go zastąpi. To niewątpliwie tłumaczy, dlaczego Służba Bezpieczeństwa na rozlewające się po Polsce strajki tak słabo początkowo reagowała. W systemach autorytarnych zmiana władzy następuje tak właśnie, drogą intryg, pałacowych zamachów... Oni zmieniali przywódcę, układali to wszystko na nowo, to było wtedy dla nich ważniejsze...

Dlaczego władza uważała, że uda jej się z nowymi związkami jakoś dogadać? Myślę, że wynikało to z braku wyobraźni, i z przekonania, że wszyscy Polacy pojmują realia tamtych czasów, więc wiedzą, że pewnych granic przekroczyć nie można, bo inaczej one zostaną przekroczone. W tamtych czasach to było jak dwa razy dwa jest cztery - Polska znajdowała się w orbicie wpływów Moskwy, świat to akceptował, więc wielkich zmian oczekiwać nie można było. Ale te małe, które pomogłyby Polsce w lepszym działaniu - czemu nie? To był horyzont politycznej wyobraźni (i politycznych możliwości) - małe zmiany, małe kroki.

Podobnie myślał zresztą Kościół. Kardynał Wyszyński bardzo zważał na geopolitykę, lubił podczas rozmów z Gierkiem zapytać - a co na to ościenni? Dlatego jeszcze w sierpniu hamował zapędy strajkujących, podczas kazania na Jasnej Górze ostrzegał, by nie przekroczyć niebezpiecznej granicy. Zresztą, to kazanie spotkało się z bardzo złym przyjęciem w Stoczni Gdańskiej. To zresztą rzecz ciekawa - Kościół w czasach Solidarności nie był na pierwszej linii frontu, pełnił raczej rolę moderującą. Z drugiej strony, sami robotnicy, mimo że jednym z ich postulatów była msza w radiu, nie byli wolni do nastrojów antyklerykalnych.

Jeżeli jesteśmy już przy postulatach - było ich 21, i - zdaje się - do dziś zrealizowano z tej listy tylko jeden. Właśnie ten dotyczący mszy. O czym to świadczy? Lewicowa percepcja Solidarności podpowiada, że strajkujący robotnicy wcale nie walczyli o prywatyzowanie ich zakładów. A gdyby wiedzieli, że ich zakłady znikną, a oni pójdą na bruk, to do strajkowania by się nie garnęli. Myślę, że jest to tylko część prawdy. Bo nie sądzę, by robotnik marzył, żeby przepracować w tym samym zakładzie do końca życia. Żeby do końca życia być robotnikiem. Z drugiej strony, oceniam te 21 postulatów jako wielkie marzenie tamtych dni - Polski bardziej sprawiedliwej, bardziej socjalnej, bardziej egalitarnej (tak, tak), i uczciwej. To nie były strajki o dodatkowe kilkaset złotych... Chodziło o coś więcej.

O co? Czym więc była Solidarność? Na pewno nie była jakąś kontynuacją żołnierzy wyklętych, co dziś opowiadają niektórzy z otoczenia PiS. Nie była też prostym związkiem zawodowym. To była emanacja buntu, rebelii. To był zresztą bunt głównie dwudziesto-, trzydziestolatków, wychowanych w Polsce Ludowej, którzy innego świata nie znali. Oni poczuli się "narodem", poczuli się na swoim, i chcieli się rządzić, wymierzać sprawiedliwość. Wtedy to był, jak określał to Karol Modzelewski, wzburzony ludowy ocean. Ludowa rabacja, egzaltowana, i bezwzględna. Przypominająca, to też opinia Modzelewskiego, rosyjską rewolucję, tamte rady robotnicze.

I to jest chyba jeszcze jeden element dorobku Solidarności, ważny a z reguły pomijany - wniosła ona wiele do polskiego życia politycznego, duchowego, ale na pewno nie wniosła takich cech jak tolerancja, umiejętność dialogu, i realnej oceny politycznej sytuacji.

To było zresztą na początku jej siłą. Bez marzeń by nie powstała. A potem? Potem było nieuchronne...

Rober Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje