Reklama

Reklama

Awantura ważniejsza od celu

​Nie będę się wygłupiał i nie będę dywagował, czy sędziowie Sądu Najwyższego mogli zwracać się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej sprawie, czy nie. Proponuję zostawić te analizy profesorom prawa, czyli fachowcom.

Taką mam życiową zasadę. Gdy jestem chory, staram się iść do dobrego lekarza, a nie do znachorki. Gdy zepsuje mi się samochód, jadę do sprawdzonego warsztatu, a nie do pana Krzysia-złota rączka. Gdy czegoś nie wiem, szukam ludzi kompetentnych, by mi to wyjaśnili.

Reklama

Myślę, że nie jestem w tych swoich zasadach jakimś wyjątkiem, że tak postępuje większość Polaków. Więc jeśli chodzi o Sąd Najwyższy, prawniczą wykładnię decyzji sędziów, wykreślam, na starcie, opinie magistrów prawa, czy też innych nauk, ludzi niedouczonych.

Zwłaszcza że nie prawnicza wykładnia jest w tej sprawie istotna, a polityczna. PiS może przecież ogłosić, że sędziowie się pomylili, albo że przekroczyli swoje kompetencje, może zrobić wszystko co przyjdzie mu do głowy, i zignorować ich wniosek do TSUE. Tak jak ignorował postanowienia Trybunału Konstytucyjnego, gdy toczył z nim wojnę. Ma siłę, a siła stoi ponad prawem i sędziami. Ale co dalej? Jeżeli TSUE przyzna rację sędziom i ogłosi, że Polska narusza prawo europejskie, to co dalej? Rząd ogłosi, że orzeczenia TSUE go nie obowiązują? Czyli uzna, że prawo unijne Polski nie dotyczy? Czyli, de facto, wypchnie nasz kraj z Unii? Czy już nie będzie musiał, bo dla Unii będziemy w oczywisty sposób poza Europą?

Bo sytuacja, w której rząd jedne przepisy przestrzega, a inne, które mu nie pasują, uznaje za nieobowiązujące, to nie jest Europa Zachodnia, tylko coś zupełnie innego.

Więc w tej zupełnie nowej sytuacji mam tylko jedną prośbę - by PiS, zanim coś postanowi, dokładnie to przemyślał, i to na parę ruchów do przodu.

Bo główny problem polega na tym, że PiS działa bezmyślnie. Jeżeli zastanowimy się nad wojnami, które wciąż wywołuje, to przecież trudno nie zauważyć, że prowadzi je bez finezji, za to na huk. Już nawet nie mam ochoty liczyć, ile razy PiS uchwalał kolejne ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i o Sądzie Najwyższym. To jest tak, że ciągle coś uchwala, i za chwilę to nowelizuje. I znów nowelizuje, itd. To wygląda tak, jakby te ustawy, które wciąż są nieudane, pisali jacyś kompletni dyletanci, osoby niedouczone i ograniczone.

To jedna uwaga. Dodajmy drugą - zaczynając wojnę i o Trybunał Konstytucyjny, i o Sąd Najwyższy PiS nie ukrywał, że czyni to po to, żeby te instytucje opanować i ułożyć według własnego uważania. Ten zamiar, sam z siebie, jest antydemokratyczny, ale to odłóżmy na bok. Otóż te wojny PiS bardzo wiele kosztowały. I w Polsce, i za granicą. A tymczasem wpływ i na Trybunał, i na Sąd Najwyższy PiS mógł osiągnąć bez awantur, normalnie. Miałby to samo co ma, a nawet więcej. Właśnie teraz miałby już wpływ na to, co dzieje się w Trybunale. W Sądzie Najwyższym za chwilę miałby większość. Co więcej, prof. Gersdorf początkowo gotowa była do współpracy z prezydentem, szukała jakiegoś kompromisu. Nic takiego nie nastąpiło, ją samą sponiewierano, poobrażano. PiS wylał na sędziów litry pomyj, opowiadając o nich niestworzone rzeczy. I aż się prosi zapytać - po co? Bo inaczej nie potrafi?

Jeden z moich kolegów-dziennikarzy nazwał to zachowanie malowniczo: Armia Czerwona w podbitym kraju. Jest coś w tym określeniu, oni wszędzie widzą wrogów, jakieś "układy", wciąż ogłaszają kolejne batalie. I walczą, tak jak komuniści walczyli - a to z podziemiem, a to z kułakami, a to ze stonką, a to toczyli bitwę o handel... Jest jakaś ułomność w tej partii, że potyka się o własne nogi, że zawsze musi być awantura, i ona - zdaje się - jest ważniejsza od zamierzonego celu.

Ilustracją tej mentalności jest scena sprzed kilkunastu dni - premier Morawiecki gdy pojechał do Brukseli, biegał ze zdjęciem przedstawiającym Edwarda Gierka w towarzystwie młodych działaczy SZSP, Aleksandra Kwaśniewskiego, Jerzego Koźmińskiego i dziewczyny, którą uznał za Małgorzatę Gersdorf. Biegał z tym zdjęciem podniecony, i je w tej Brukseli pokazywał swoim rozmówcom, jako wielkie odkrycie i wielki hak. Na Gersdorf - że komunistka.

A hak to żaden, bo o tamtym spotkaniu z Gierkiem, z lipca 1980 roku, opowiadał Aleksander Kwaśniewski już w książce wydanej przed kampanią wyborczą roku 1995. Dziewczyna ze zdjęcia to nie Małgorzata Gersdorf, tylko Grażyna Kida, późniejsza urzędniczka Ministerstwa Edukacji, dziś na emeryturze. Zaś sama Gersdorf w tym czasie od pięciu lat była nie studentką, tylko pracownikiem naukowym na wydziale prawa UW, a trzy miesiące później zakładała na tymże wydziale komórkę "Solidarności".

Rozpisuję się o tym zdjęciu, bo cała afera, która wokół niego została wywołana, jak w soczewce pokazuje obecną władzę. Że jest niekompetentna, bo nawet nie sprawdzi prostego zdjęcia. I jest wredna i intrygancka, bo szuka haków, i tymi hakami chce zohydzać przeciwników. Prostym donosem.

Prymitywizm polega też na tym, że takie zdjęcie uważa się za hak.

A są na nim ludzie, którzy walnie przyczynili się do przeciągnięcia Polski na zachodnią stronę świata. Jest Edward Gierek, który otworzył Polskę na Zachód, zbudował Port Północny i terminale do przyjmowania ropy... Jest Aleksander Kwaśniewski, prezydent, za którego czasów weszliśmy do NATO i Unii Europejskiej. I jest Jerzy Koźmiński - ambasador RP w USA, który wykonał gigantyczną pracę w Kongresie i w administracji Stanów Zjednoczonych, by przekonać Amerykę, że warto rozszerzyć NATO.

Życzę Morawieckiemu, by choć w ćwierci był tak skuteczny w umacnianiu Polski w zachodnich strukturach, jak wyżej wymienieni panowie. Bo na razie ciągnie nas na Wschód. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama