Reklama

Reklama

Koniec polsko-rosyjskiej przyjaźni?

Mit o polsko-rosyjskiej przyjaźni prokuratorsko-śledczej, zaczyna się mocno kruszyć. Zapewnienia o "pełnym zrozumieniu" i "współczującej postawie" zamieniły się w poczucie "zażenowania" i skargi na "brak empatii", a boję się, że po polskich decyzjach w sprawie Zakajewa, może być jeszcze gorzej.

Zawsze byłem mocno krytyczny wobec pohukiwań, potępiających w czambuł polsko-rosyjskie ścieżki badania katastrofy smoleńskiej. Domaganie się wyłącznie "polskiego śledztwa" pachniało mi naiwnością i nieuzasadnioną wiarą w to, że odsunięcie Rosjan od badania katastrofy, do której doszło na terenie ich kraju, jest nie tylko możliwe, ale i przyniosłoby nadzwyczajne efekty.

Reklama

A tymczasem nietrudno przewidzieć jak toczyłoby się postępowanie, w którym Polacy od pierwszych godzin zademonstrowaliby niewiarę i brak zaufania do Rosjan. Każdy rosyjski dokument, każdy protokół przesłuchania, ekspertyza wydobywana byłaby z Moskwy z ogromnym trudem.

Czarne skrzynki? Trzeba czekać! Oględziny wraku? Przyjdzie na to czas. Pomoc prawna? Powoli, powoli... Mam, graniczące z pewnością, przekonanie, że postawienie sprawy na ostrzu noża, tuż po katastrofie, sprawiłoby, że nasze śledztwo byłoby w powijakach, a nie w okolicach - jak mówi prokurator generalny - półmetka.

A wszystkich, którzy do dziś święcie wierzą, że śledztwo ,,polskie" to najlepsza ścieżka do sukcesu, zachęcam do prześledzenia losów również "polskiego" śledztwa katyńskiego, które od lat stoi w miejscu, bo opór rosyjskiej materii i obstrukcja Moskwy przekreślają nadzieję na wykonanie jakiegokolwiek przełomowego kroku.

Taktyka łagodnego postępowania i pokojowego współdziałania z Rosjanami powinna mieć jednak swoje granice. I jak się wydaje, właśnie do tych granic się zbliżamy. Niefrasobliwe traktowanie wraku z którego - na to wygląda - właściwie każdy, kto sforsuje marne ogrodzenie, może sobie zabrać coś na pamiątkę, odmowa wydania Polsce danych lotniska Siewiernyj, kłopoty z zapisami rozmów na wieży i upieranie się przez Rosjan, przy takim traktowaniu lotu TU- 154, by można było całą winą obciążyć pilotów - to powinny być dla polskich polityków dzwonki alarmowe.

Wypowiedzi zrezygnowanego Edmunda Klicha, świadczą o tym, że rosyjskie komisje już przesądziły o tym, kto odpowiada za wydarzenia 10 kwietnia i postanowiły zakończyć badanie przyczyn katastrofy.

Nie twierdzę, że ich wnioski będą całkowitą nieprawdą, boję się, że będą prawdą niepełną i nieuwzględniającą okoliczności dla Rosjan mało wygodnych.

Nadszedł chyba czas, by rząd porzucił swą ostrożną wstrzemięźliwość i przestał chować głowę w piach. Donald Tusk pytany niedawno dlaczego nie zadzwoni do premiera Rosji i nie zażąda zabezpieczenia wraku, sprytnie wywinął się od odpowiedzi. Podejrzewam jednak, że tych i podobnych pytań będzie w najbliższych tygodniach coraz więcej i lepiej by było, żeby - zanim padną - premier wziął jednak za słuchawkę i wykręcił moskiewski numer Władimira Putina.

Konrad Piasecki

Dowiedz się więcej na temat: katastrofy | Polsko!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy