Reklama

Reklama

Żydzi do Gazy!

Słowo nacjonalizm, jak tłumaczyłem wielokrotnie, nic nie znaczy, jeśli nie uściślimy wyraźnie, o jakim nacjonalizmie mówimy. Z nacjonalizmem jest bowiem jak z muzyką ludową: ej, przeleciał ptaszek, el condor pasa, tańce celtyckie, tam-tamy, trąbity - wszystko to muzyka ludowa i wszystko zupełnie co innego. Każdy lud miał swoją muzykę, i każdy naród wytworzył swój nacjonalizm, ale nacjonalizm francuski czy angielski były zupełnie inne od tureckiego czy polskiego, a najbardziej zbrodnicze, niemiecki i ukraiński (czy właściwie, jak chcą niektórzy badacze, galicyjski, gdyż rozwinął się on w tej części Ukrainy, która niegdyś należała do Rzeczpospolitej) w ogóle niepodobne do niczego.

Istnieją jednak niekiedy pewne zbieżności. Najbardziej podobny do polskiej tradycji endeckiej jest nacjonalizm żydowski, zwany potocznie syjonizmem. Zarówno polscy narodowcy, jak i syjoniści, tworzyli bowiem ideę narodową dla narodu, który nie miał swojej Ojczyzny - i zarówno jedni, jak i drudzy uznali, że warunkiem jej odzyskania jest, by ten naród całkowicie zmienić.

Dmowski zwalczał więc usilnie gnuśność, rozmemłanie i naiwny romantyzm polskiego dworku, usiłując na bazie wyrwanego z analfabetyzmu plebejusza wychować nowego Polaka - rozważnego, kalkulującego i zorganizowanego. Herzla i jego uczniów zaś podobnie mierził kapotowy Żyd-handełes, i podobnie wykuwali Żyda nowego, twardego, żołnierza i pioniera.

Reklama

Zasadnicza różnica jest właściwie tylko jedna: syjonistom się udało, my niestety ponieśliśmy klęskę. Niemniej, trudno polskiemu narodowcowi nie patrzeć na Izrael z podziwem i sympatią. Chciałbym doprawdy, by tak kiedyś wyglądała Polska (wyjąwszy oczywiście klimat i ciągłe ataki terrorystów) i by tak skutecznie umiała realizować swoje narodowe interesy.

Być może kogoś zdziwią powyższe słowa, bo propagandowy czarny stereotyp lewicy kojarzy przecież nierozerwalnie endecję z antysemityzmem. Cóż, powiem na to: kształcić się! Uczyć! Czytać książki historyczne - a nie dać sobie paskudzić do głów michnikowszczyznie i jej "autorytetom".

Oczywiście, endecja traktowała Żydów jako przeciwników w walce o odzyskanie i modernizację Polski, bo w konkretnej sytuacji historycznej, gdy stali oni na drodze budowy rodzimej klasy średniej, miało to racjonalne przyczyny. Ale z syjonistami blisko współpracowała i jak mogła, tak pomagała.

Dlatego mało co irytuje mnie bardziej niż ludzie, którym wydaje się, że są "narodowcami", bo przy każdej możliwej okazji dają upust żydofobicznym obsesjom, a już najchętniej perorują o mniemanych podłościach Izraela. To nie są żadni narodowcy, tylko w najgorszym wypadku prowokatorzy, a w najlepszym - wariaci, którzy z mediów salonu dowiedzieli się, że ten zespół obsesji, któremu hołdują, to "endeckość", i uwierzyli w to.

Od paru tygodni pożywką dla żydofobii jest wojna prowadzona przez Izrael w strefie Gazy; paru nieszczęśników z endeckimi znakami dało się nawet wciągnąć w demonstracje pod ambasadą Izraela, ramię w ramię z najbardziej ekstremalnymi lewakami odpowiedzialnymi za napaści na Marsz Niepodległości - co stanowiło widok doprawdy żałosny. Rozumiem, że ktoś może nie rozumieć zawiłości geopolityki, ale przynajmniej towarzystwo, jakie rozpętuje wściekłą nagonkę na "psa łańcuchowego amerykańskiego imperializmu", jak w mowie lewicy zwie się Izrael, powinno mu dać do myślenia.

"Świeże groby zawsze wzruszą, obojętnie gdzie kopane - gdy porosną, się okaże, kto szczuł i co było grane" - śpiewał kiedyś Jacek Kleyff w piosence o komunistycznej telewizji. Ustrój się zmienił, zasady propagandy nic a nic. Lewackie media szarpią nas za wnętrzności zdjęciami zabitych i poranionych dzieci, ale o tym, kto jest winien ich losowi, starają się nie mówić. Pokazują zniszczenia, ale nie fanatyków z Hamasu, gdy ci celowo ustawiają stanowiska ogniowe w przedszkolach, meczetach i szpitalach, bo używanie palestyńskiej ludności cywilnej do "krwawego pijaru" uznali ze zbrodniczym wyrachowaniem za najskuteczniejszy sposób działania.

Trzeba przyznać - dzięki ideologicznemu obłędowi lewicy, kontrolującej większość mediów, i żywiołowemu antysemityzmowi zachodnich społeczeństw, który, tłumiony latami terroru "politycznej poprawności", znajduje dogodne ujście w potępianiu "syjonistycznego imperializmu" ta rachuba się sprawdza.

Izrael znalazł się w sytuacji podobnej jak USA podczas wojny w Wietnamie. Wojskowo wygrywa, ale przegrywa batalię o sympatię świata. Świat nie rozumie, że Hamas to nie żadni Palestyńczycy, tylko fanatycy, mający dobro tego narodu, nawet jeśli się z niego wywodzą, równie głęboko, jak głęboko Lenin miał dobro Rosji czy Stalin Gruzji. Świat nie widzi, że ci fanatycy wzięli cywilną ludność za zakładników i celowo skupiają na niej ogień żydowskich żołnierzy. Świat widzi tylko zabite i poranione dzieci, świeże groby, i pławi się w budzonych tym widokiem emocjach.

Skądinąd sam w sobie pokazuje ten fakt, jak niewiele ma wspólnego z prawdą mit o wszechpotędze Żydów w sferze mediów i kultury. Tam, gdzie interesy żydowskie wchodzą w kolizję z lewicowym ideolo, tam nie ma w ogóle meczu. Trudno o lepszy dowód na to, kto kontroluje medialny przekaz, i za czyją sprawą nasza cywilizacja spychana jest na powrót do barbarzyństwo. Ale to temat osobny.

Rozum i uczciwość każe w toczącej się na Bliskim Wschodzie wojnie wspierać zdecydowanie Izrael. Jeśli ktoś nie rozumie, jaką rolę pełni on jako wyspa zachodniej cywilizacji w morzu groźnego dla niej islamskiego fundamentalizmu, czy może raczej jako korek zatykający butelkę z dżinnem - niech weźmie pod uwagę choćby argument najbardziej prymitywny, ale nieodparty, że póki Żydzi są tam, nie ma ich tu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje