Reklama

Reklama

Zwycięstwo PiS-u i jego owoce

Jesteśmy dwa dni po debacie w Parlamencie Europejskim z udziałem premier Beaty Szydło. Czytam w mediach sympatyzujących z rządem, że Beata Szydło wygrała tę debatę, że Platforma została zmiażdżona, że Guy Verhofstadt okazał się napastliwym pajacem - i tak dalej w tym duchu. Inaczej mówiąc, dla pewnej części polskiej opinii ta debata – i szerzej: ta sprawa – to rodzaj meczu Polski z Unią Europejską. My – oni. Kto – kogo? Odrzucam tę logikę.

Odrzucam ją w pierwszym rzędzie dlatego, że nieuzasadnione jest tego rodzaju radykalne przeciwstawienie. Ten rząd zaś opiera swój stosunek do Unii na takim właśnie przeciwstawieniu - niekiedy tonowanym, jak w strasburskim przemówieniu Pani Premier ("jestem Europejką"), a niekiedy wyrażanym w wersji radykalnej przez twardych zwolenników PiS-u ("Bruksela =Moskwa", "komisarze sowieccy = komisarze brukselscy" itp.).

Reklama

Jeśli ktoś naprawdę uważa, że będąc w Unii jesteśmy w niewoli porównywalnej do członkostwa w bloku wschodnim pod egidą ZSRR, to mam ochotę powiedzieć mu tylko, że bredzi. A, niestety, takich bredni trochę w ostatnim czasie słyszymy. Jeśli zaś ktoś wyznaje wersję light tego poglądu, czyli w kontekście tego sporu uważa, że my w Unii jesteśmy poniżani, nie traktowani do końca serio, pouczani przez państwa tzw. starej Unii, to kogoś takiego chciałbym zachęcić do zimnego spojrzenia na fakty.

Przecież nikt Polski nie zmuszał, żeby przystępowała do Unii. Przystąpiła, bo sama chciała, a argumentem za przyjęciem nas było m.in. to, że bez wahań przyswoiliśmy zachodnie standardy w zakresie państwa prawa i praw człowieka, że w tym sensie już (wtedy, w roku 2004 r.) stanowimy część zachodniej kultury prawnej. No to nie dziwmy się, ani się nie gorszmy, że nam komisarz Frans Timmermans zwraca uwagę, że chyba jest z tym u nas jakiś problem. Taka jego rola, więcej: taki jego psi obowiązek. I teraz - reagowanie na tę (stonowaną, grzeczną i w ogóle wstępną) krytykę unijnych urzędników przez przypominanie naszej dumy narodowej, Jałty i Bóg wie jakich jeszcze historycznych krzywd i przewag, jest po prostu żenujące.

Że premier Szydło wygrała debatę? Że Platforma została zmiażdżona? No dobrze, przyjmijmy dla dobra dyskusji, że tak się rzeczywiście stało. Pani Premier wygrała, powiadają kibice PiS-u, bo odrzuciła wszelkie zarzuty, powiedziała, że w Polsce nie jest łamana konstytucja, prawa człowieka ani traktaty Unii Europejskiej. Tak było, rzeczywiście Pani Premier tak powiedziała. Tylko jak się to ma do faktów?

Jak się to ma do prawdy (żeby użyć pojęcia, do którego PiS miało pewną predylekcję, gdy krytykowało - słusznie -  rządy Platformy i PSL)? Moim zdaniem sprawy mają się tak, że zapewnienia Pani Premier, iż nic złego się w Polsce nie dzieje, były zwyczajnie gołosłowne. W tej debacie tak można było zrobić, w tym sensie, że to mogło pozostać - i pozostało - bezkarne. Ale procedura sprawdzająca trwa i zaraz wyjdzie czarno na białym, że Polska łamie zachodnie standardy. Głośne zapewnianie przy tym, że jesteśmy dumnym narodem, że chcemy być "championami Unii", brzmią po prostu żałośnie.

Platforma została zmiażdżona, bo wypowiedziała się w debacie nadzwyczaj powściągliwie, do czego zresztą usilnie zachęcał ją przed tą debatą rząd. Nie jestem w żaden sposób sprzymierzony z tą partią, otwarcie krytykowałem jej antydemokratyczne ekscesy, gdy była u władzy. Tak było. Czy to znaczy, że teraz, gdy PO wskazuje - w kraju - na jawne przecież łamanie prawa, nie ma racji?

Ale Platforma celowo przyjęła na forum Unii Europejskiej strategię nadzwyczaj umiarkowaną (teraz podobno ma się to zmienić). Kto twierdzi, że nieefektowne wystąpienie jej przedstawiciela w debacie wynikało z braku argumentów, udaje, że nie widzi tej strategii. To wyglądało tak, jak gdyby pięściarze przed pojedynkiem bokserskim umówili się się, że boksują jedną ręką; jeden się z tego zobowiązania wywiązał, drugi nie, i ten drugi powiada po walce: ale dostałeś manto! W cichości ducha zaś dodaje... frajerze!

Deputowany Ryszard Legutko miał rzeczywiście dobre wystąpienie - zwrócił uwagę na nieprawości rządów PO. Bo to prawda, że PO miała wielką przewagę "swoich" sędziów w Trybunale, a poprzez nowelizację u schyłku poprzedniej kadencji jeszcze tę przewagę zwiększyła, działając niewątpliwie bezprawnie. To prawda, że w mediach publicznych wielką przewagę mieli dziennikarze sprzyjający PO-PSL. Coś o tym wiem, poznałem uroki tej sytuacji na własnej skórze (dlatego mam teraz problem, żeby demonstrować w obronie "wolnych mediów"). Tak więc Legutko powiedział prawdę. Ale czy całą prawdę?

Pan deputowany przemilczał stronę strukturalną zmian wprowadzonych przez PiS w Trybunale, w TVP i w Polskim Radiu. Istota rzeczy bowiem nie polega na tym, ilu jest "naszych", a ilu "waszych" - choć to też ma znaczenie. Jednak istota rzeczy polega na rodzaju mechanizmu, jaki napędza te instytucje.

Otóż mechanizm, jaki ustanowił PiS, jest taki, że Trybunał ma w efekcie nie orzekać niekonstytucyjności ustaw uchwalonych przez PiS-owską większość parlamentarną, a co najmniej takie wydawanie takich orzeczeń ma być bardzo utrudnione. W mediach publicznych z kolei, mechanizm jest taki, że mają one  nie krytykować poczynań rządu i tej większości. Tego już deputowany Legutko nie powiedział. Takie jego - zwolennika tego rządu - dobre prawo. Ale jeśli z takich retorycznych sztuczek wyprowadzamy wniosek, że rząd wygrał debatę w Strasburgu, to nieśmiało zwracam uwagę, że rzeczywistość istnieje niezależnie od tego, jak bardzo by się jej istnienie negowało.

Dawniej mówiono: papier wszystko zniesie. Teraz przeważają inne nośniki informacji/opinii, ale morał pozostaje ten sam.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje